REKLAMA

Druga Ziemia może zniknąć przez drgnięcie lustra. NASA ma duży problem

Badacze sprawdzili, jak dryf frontu falowego wpływa na obróbkę zdjęć koronograficznych. Wynik jest naprawdę niezwykle brutalny dla planet typu Ziemia.

NASA ma problem z lustrem. Chodzi o szukanie drugiej Ziemi
REKLAMA

NASA chce zbudować teleskop, który zrobi coś, co dziś wciąż pozostaje poza naszym zasięgiem: bezpośrednio sfotografuje planety podobne do Ziemi krążące wokół innych gwiazd. To jednak niezwykle trudne zadanie, bo taka planeta może świecić nawet 10 mld razy słabiej niż jej gwiazda. To trochę tak, jakby próbować dostrzec latającego świetlika tuż obok potężnego reflektora.

Nowe symulacje przeprowadzone przez Natalię Sanchez-Sorię, Scotta D. Willa i Jamesa R. Fienupa pokazują, że nawet jeśli uda się zasłonić gwiazdę koronografem i zastosować zaawansowaną obróbkę obrazu, druga Ziemia nadal może zniknąć. Wystarczy minimalny dryf optyki. Nie milimetr. Nie mikrometr. Mówimy o przesunięciach segmentów lustra liczonych w pikometrach, czyli bilionowych częściach metra.

REKLAMA

Teleskop przyszłości musi zobaczyć coś niemal niewidzialnego

Chodzi o planowane przez NASA Habitable Worlds Observatory, czyli Obserwatorium Światów Mieszkalnych. To koncepcja dużego teleskopu kosmicznego, który ma w przyszłości szukać planet podobnych do Ziemi i badać ich atmosfery pod kątem możliwych śladów życia.

Największy problem jest tak naprawdę bardzo prosty do opisania, ale piekielnie trudny do rozwiązania. Gwiazda świeci tak mocno, że jej światło zalewa wszystko wokół. Planeta odbija tylko mikroskopijną część tego blasku. Żeby ją zobaczyć, teleskop musi odciąć światło gwiazdy, nie niszcząc przy tym słabego sygnału planety.

REKLAMA

Do tego właśnie służy koronograf, czyli instrument blokujący światło gwiazdy. Tyle że nawet najlepszy koronograf nie usuwa wszystkiego idealnie. W obrazie zostają resztki blasku, wzory optyczne i szumy. Astronomowie próbują je później odejmować za pomocą zaawansowanych metod obróbki danych. I właśnie tutaj zaczyna się najnowszy problem.

Obraz można oczyścić tylko wtedy, gdy teleskop się nie zmienia

Metody usuwania resztek światła gwiazdy zakładają, że optyka teleskopu jest ekstremalnie stabilna. Jeśli układ luster, segmentów i instrumentów zachowuje się przewidywalnie, można rozpoznać wzór pozostawiony przez gwiazdę i odjąć go z obrazu. Wtedy w danych może pojawić się słabiutki punkt, czyli planeta.

Jeżeli jednak optyka minimalnie się zmieni, wzór światła gwiazdy też się zmienia. Wtedy komputer nie odejmuje już dokładnie tego samego sygnału, który przeszkadza w obserwacji. Resztki światła zaczynają udawać planetę albo przeciwnie – przykrywają prawdziwą planetę.

REKLAMA

To zjawisko nazywa się dryfem frontu falowego. Światło przechodzące przez teleskop przestaje zachowywać się idealnie tak samo w czasie. Przy zwykłych zdjęciach astronomicznych drobne zmiany można często zaakceptować. Przy szukaniu drugiej Ziemi obok oślepiającej gwiazdy margines błędu robi się absurdalnie mały.

REKLAMA

Największy problem kryje się w segmentach lustra

Zespół sprawdził w symulacjach, jak taki dryf wpływa na popularne techniki obróbki zdjęć koronograficznych. Badacze wykorzystali model kosmicznego teleskopu z koronografem i segmentowanym lustrem głównym, podobnym do rozwiązań rozważanych dla przyszłych misji.

REKLAMA

Bardzo duże teleskopy trudno budować z jednego kawałka lustra. Dlatego lustro dzieli się na segmenty, które razem pracują jak jedna powierzchnia. Tak działa m.in. Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba. Segmentowana konstrukcja daje ogromną powierzchnię zbierającą światło, ale ma cenę: każdy segment musi być ustawiony z niewyobrażalną precyzją.

Symulacje pokazały, że duże, łagodne deformacje optyki są problemem, ale jeszcze da się z nimi częściowo walczyć przy niskim dryfie. Znacznie groźniejsze są drobne przesunięcia między segmentami lustra. To właśnie one potrafią najskuteczniej niszczyć zdolność wykrywania planet podobnych do Ziemi i Wenus.

REKLAMA

Dwa pikometry na 10 minut. Tyle może dzielić sukces od porażki

Jednym z najważniejszych wniosków badania jest to, że wszystkie testowane metody obróbki wymagały stabilności ustawienia segmentów poniżej 2 pikometrów na 10 minut, aby dało się wykrywać bliskie egzoplanety podobne do Ziemi. To wartość trudna do wyobrażenia. Pikometr to 10 do potęgi minus 12 metra, czyli skala znacznie mniejsza niż rozmiar atomu.

Oznacza to, że teleskop nie może być po prostu bardzo dokładny. Musi zachowywać stabilność na poziomie, który z punktu widzenia zwykłej mechaniki brzmi niemal absurdalnie. Każde minimalne drgnięcie, termiczne rozszerzenie materiału, mikroskopijne napięcie konstrukcji albo przesunięcie segmentów może zniszczyć delikatny kontrast potrzebny do zobaczenia planety.

REKLAMA

Co ciekawe, większe planety położone dalej od gwiazd, podobne do Jowisza, były w symulacjach znacznie bardziej odporne na takie problemy. Są jaśniejsze, łatwiej je oddzielić od gwiazdy i nie giną tak szybko w resztkach światła. Druga Ziemia jest natomiast najtrudniejszym możliwym celem.

Sama moc obliczeniowa tu nie wystarczy

Badacze podczas swojej pracy porównali kilka metod obróbki obrazu, w tym techniki wykorzystujące gwiazdy odniesienia, obrót pola widzenia i informację o świetle spójnym. W symulacjach najlepiej wypadała metoda wykorzystująca obrót pola widzenia podczas obserwacji (tzw. angular differential imaging), ale żadna nie była odporna na rosnący dryf optyki.

Wynik ten tak naprawdę pokazuje ograniczenia samej obróbki danych. Można mieć świetne algorytmy, ale one nie naprawią wszystkiego. Jeśli teleskop podczas obserwacji zmienia swój optyczny podpis, nawet najlepsza obróbka danych zaczyna tracić grunt pod nogami. Innymi słowy, drugiej Ziemi nie da się znaleźć wyłącznie software’em.

REKLAMA

To szczególnie istotne w czasach, gdy bardzo łatwo mówi się, że AI, algorytmy i obróbka danych wyciągną z obrazu wszystko. Astronomia wysokiego kontrastu jest bardziej bezlitosna. Najpierw musi zadziałać fizyka instrumentu. Dopiero później można ratować sygnał obliczeniami.

NASA musi projektować teleskop razem z obróbką danych

Największy wniosek dla NASA jest taki, że Habitable Worlds Observatory nie może być projektowane tylko jako teleskop z możliwie dobrym koronografem. Stabilność lustra i zachowanie segmentów muszą być od początku wpisane w wymagania misji, bo to one zdecydują, czy późniejsza obróbka danych w ogóle będzie miała z czego wydobywać planety.

To nie oznacza oczywiście, że misja jest z góry skazana na porażkę. Badanie jest symulacją uproszczonego scenariusza. Nie uwzględnia wszystkich przyszłych systemów aktywnej korekcji frontu falowego ani pełnej złożoności obserwatorium. Autorzy sami zaznaczają, że kolejne prace powinny obejmować bardziej realistyczne warunki.

Przeczytaj także:

REKLAMA

Wyniki stanowią istotny sygnał dla projektantów przyszłych obserwatoriów kosmicznych. Jeśli NASA chce naprawdę szukać planet podobnych do Ziemi, musi myśleć nie tylko o średnicy lustra, koronografie i detektorach. Musi zbudować całą maszynę tak stabilną, żeby przez długie minuty jej segmenty praktycznie nie oddychały względem siebie.

REKLAMA
Marcin Kusz
Redaktor

O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA