Big techy kłamią o kosztach AI. "Pokażcie, ile żre naprawdę"
ONZ chce, by firmy AI ujawniały pełny koszt środowiskowy swoich systemów: zużycie energii, wody, emisje i zajmowaną ziemię.

Sekretarz generalny ONZ António Guterres podczas London Climate Action Week wezwał największe firmy rozwijające sztuczną inteligencję do publicznego ujawniania pełnego kosztu środowiskowego swoich systemów. Chodzi nie tylko o emisje CO2, ale też o zużycie wody, zajmowaną ziemię i rzeczywisty wpływ centrów danych na lokalne sieci energetyczne.
O AI przez długi czas mówiło się głównie tak, jak było wygodnie dla branży. Dużo było o produktywności, nowych narzędziach i przełomach, a znacznie mniej o tym, co stoi za kulisami. A przecież każdy model trzeba gdzieś wytrenować, każde zapytanie musi przejść przez serwery, a każdy nowy produkt dokłada swoje do infrastruktury, która wcale nie jest ani wirtualna, ani darmowa.
ONZ uruchamia AI Environmental Transparency Initiative, czyli inicjatywę, która ma zwiększyć przejrzystość. Pomysł jest prosty: jeśli firmy chcą przekonywać, że AI pomoże rozwiązywać światowe problemy, powinny najpierw jasno pokazać, jaki mają w nich udział.
To już nie jest koszt jednej odpowiedzi
Największy problem z AI polega na skali. Pojedyncza odpowiedź chatbota może wydawać się dla nas błahostką. Kilka sekund pracy serwera, trochę energii, trochę chłodzenia. Tyle że takich odpowiedzi są miliardy, a do tego dochodzi trenowanie nowych modeli, generowanie obrazów, wideo, kodu, wyników wyszukiwania i coraz bardziej rozbudowanych agentów, którzy nie odpowiadają raz, tylko wykonują całe łańcuchy operacji.
O tym, że rachunek za AI robi się coraz mniej abstrakcyjny, pisaliśmy już wcześniej w tekście: AI wypija tyle wody, co cała ludzkość razem wzięta. Woda nie jest tu metaforą. Centra danych potrzebują jej do chłodzenia, a im większa moc obliczeniowa, tym większe znaczenie ma temperatura, lokalizacja i dostęp do infrastruktury.
Międzynarodowa Agencja Energetyczna jeszcze w 2024 r. szacowała, że zużycie energii przez centra danych może ponad podwoić się do 2030 r. i dojść do około 945 TWh rocznie. To więcej niż dzisiejsze zużycie energii elektrycznej w Japonii. AI jest jednym z głównych motorów tego wzrostu. I właśnie dlatego rozmawianie o chmurze zaczyna być coraz bardziej mylące. To nie chmura. To po prostu przemysł ciężki w wersji cyfrowej.
Big tech chce AI, więc buduje sobie zaplecze
Najlepiej widać to po kierunku inwestycji. Firmy technologiczne nie siedzą z założonymi rękami, licząc, że sieci energetyczne same nadążą za ich potrzebami. Coraz częściej same dbają o dostęp do energii: rezerwują moce, podpisują długoterminowe umowy, inwestują w projekty odnawialne, jądrowe albo gazowe i traktują centra danych jak pełnoprawne zakłady przemysłowe.
Widać to szczególnie w USA, gdzie AI zaczyna zmieniać lokalne plany energetyczne. Pisaliśmy o tym w tekście: Big techy stawiają sobie elektrownie, a ludzie dowiadują się po fakcie. To obiekty, które mogą wpływać na ceny energii, obciążenie sieci, lokalne zasoby wody i decyzje o tym, jakie źródła prądu będą budowane w okolicy.
Guterres chce, aby firmy zobowiązały się do zasilania centrów danych energią odnawialną do 2030 r. Brzmi słusznie, ale diabeł tak naprawdę tkwi w szczegółach. Certyfikat zielonej energii nie zawsze oznacza, że nowe centrum danych faktycznie działa wtedy i tam, gdzie dostępna jest czysta energia. Jeśli zapotrzebowanie rośnie szybciej niż sieć i odnawialne źródła, ktoś musi uzupełnić brakującą moc. Często robią to gaz, węgiel albo kosztowna rozbudowa infrastruktury.
AI może pomagać klimatowi, ale nie za darmo
Nie chodzi o to, żeby udawać, że sztuczna inteligencja nie ma sensu, bo tak nie jest. Może pomagać w modelowaniu pogody, optymalizacji sieci energetycznych, projektowaniu materiałów, wykrywaniu metanu, analizie danych satelitarnych i przyspieszaniu badań naukowych. Problem zaczyna się wtedy, gdy potencjalne korzyści są liczone bardzo szeroko, a koszty bardzo wąsko.
Firmy technologiczne lubią mówić o przyszłych oszczędnościach, ale mniej chętnie pokazują koszt dzisiejszego wyścigu na coraz większe modele. A przecież środowiskowy rachunek AI nie kończy się na zużyciu prądu. To także produkcja chipów, łańcuch dostaw, budowa hal, chłodzenie, woda, zajęta ziemia, odpady elektroniczne i presja na regiony, w których powstają nowe centra danych.
Właśnie dlatego pełna przejrzystość jest tu absolutnym minimum. Użytkownik, regulator i lokalna społeczność powinni wiedzieć, ile energii i wody pochłania dany typ usługi. Inaczej debata o AI pozostanie asymetryczna: zyski będą prywatne i świetnie policzone, a koszty publiczne, rozproszone i ukryte za słowem: innowacja.
Koniec z AI bez rachunku
Największy problem z big techem nie polega na tym, że rozwija AI. Chodzi raczej o to, że przez długi czas przedstawiał ją jak coś niemal oderwanego od rzeczywistości: inteligencję bez zaplecza, chmurę bez fizycznej infrastruktury, automatyzację bez kosztów. To wygodna narracja, ale coraz trudniej ją utrzymać.
Przeczytaj także:
Jeśli generatywna AI ma stać się ważną częścią naszej infrastruktury, to powinna być rozliczana tak jak każda inna: ze zużycia energii, wody, emisji, zajmowanej przestrzeni i wpływu na lokalne społeczności. Firmy, które naprawdę wierzą w swoją technologię, nie powinny mieć problemu z pokazaniem tych danych. A jeśli mają, to znak, że rzeczywisty koszt może być większy, niż wynika z tego, co oficjalnie podają.
*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Brett Sayles; Pexels / Canva Pro
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.