Wszyscy chcemy być rentierami. Klasa średnia, a marzenia wysokie

Dlaczego Polacy masowo marzą o świętym spokoju i życiu z wynajmu mieszkań, zamiast podbijać świat innowacjami? Skąd w nas ta specyficzna etyka pracy, skąd lęk przed biedą, pogarda dla elit. O polskiej klasie średniej, chłopskich korzeniach pracowitości oraz narodowych kompleksach opowiada Sławomir Sochaj, autor książki "Ja nie miałem nic, ty nie miałaś nic. Jak Polska stała się nową ziemią obiecaną". 

Wszyscy chcemy być rentierami. Klasa średnia, a marzenia wysokie

To nie Niderlandy, ale płaskie pola Mazowsza, pagórki Podkarpacia i żyzne ziemie Lubelszczyzny. Tutaj figurą jest szlachcic, pan, graf. Tutaj rządzą wielkie idee i wielkie myśli, a nie jakieś przedmioty, rzeczy.

W polskiej kulturze od zawsze brakowało mocnego, rodzimego mieszczaństwa. W epoce szlacheckiej stery przejmował dwór, w PRL-u tłamszone były ambicje indywidualnego sukcesu, a dziś – w dobie kapitalizmu – wciąż z lekkim podejrzliwością patrzymy na tych, którzy dorobili się własnymi rękami. Zamiast nowoczesnych kapitalistów wolimy model bezpiecznego rentiera, który kupuje kolejne mieszkania pod wynajem, byle tylko odsunąć od siebie widmo niestabilności.

Czy polski sukces gospodarczy ostatnich dekad to dzieło przypadku, czy może owoc głęboko zakorzenionej, choć specyficznej etyki pracy? Dlaczego nie potrafimy budować wielkich globalnych narracji i dlaczego wciąż wolimy zachwycać się Zachodem zamiast docenić własne podwórko? O tym opowiada dziennikarz Sławomir Sochaj, autor książki "Ja nie miałem nic, ty nie miałaś nic. Jak Polska stała się nową ziemią obiecaną" (wyd. Filtry).

W rozmowie z magazynem Spider’s Web+ autor zderza mity o narodowej pracowitości z rzeczywistością nowej polskiej klasy średniej. Okazuje się, że korzenie dzisiejszych postaw sięgają znacznie głębiej, niż mogłoby się wydawać – aż do spalonego słońcem folwarku i XIX-wiecznych kart megapowieści "Lalka" Bolesława Prusa. 

Sławomir Sochaj. Autor książki "Ja nie miałem nic, ty nie miałaś nic. Jak Polska stała się nową ziemią obiecaną" (wyd. Filtry).

Rafał Pikuła: Jesteśmy w fajnym momencie, bo w kraju, w którym mieszczaństwo nigdy nie było jakoś mega obecne w literaturze, kinie czy teatrze, nagle mieszczanin w postaci Wokulskiego staje się główną postacią dyskusji toczącej się wokół "Lalki". Dlaczego ta figura mieszczanina nie była zbyt mocno obecna w kulturze? A jeśli już się pojawiała, to raczej jako figura do obśmiania, taki bohater negatywny?

Sławomir Sochaj: To jest ciekawa rzecz, bo jak popatrzymy sobie na XVI wiek, to mieszczaństwo stanowiło  około 20 proc. społeczeństwa. Jak pomyślimy sobie o Gdańsku, Toruniu i o wielu innych miejscach, jak pomyślimy o Koperniku, to jednak to mieszczaństwo zapisało bardzo mocną kartę polskiej historii. Ale mniej więcej od XVII wieku – głównie za sprawą szlachty, i za sprawą pańszczyzny czy całego systemu folwarczno-pańszczyźnianego – rola mieszczaństwa maleje. Wykrusza się procent mieszczan w Polsce. I niestety, przede wszystkim taki rząd dusz czy stery w sferze kultury zaczyna przejmować całkowicie niemalże szlachta. Wtedy w naszych miastach pojawia się więcej budowli takich jak pałace barokowe magnaterii, a niekoniecznie kamienice tworzone przez mieszczaństwo. Wtedy też nasz model rozwoju zaczyna się rozchodzić z na przykład modelem niemieckim.

Albo holenderskim, na dziedzinie sztuki.

Dokładnie tak. O tym warto pamiętać, bo to nie jest tak, że mieszczaństwa w ogóle nie było, tylko ono w pewnym momencie zostało zmarginalizowane, a w sensie kulturowym zostało przemielone przez szlachtę. Od XVI wieku, czy nawet wcześniej, widzimy w pismach szlachty bardzo wiele ataków na mieszczaństwo. Atakuje się nie tylko merkantylne podejście do świata, ale atakuje się na przykład to, jak wyglądają mieszczanie. Atakuje się to, że wszędzie widzieli rzeczy, inną perspektywę, w której kluczową rolę odgrywała podzielność przestrzeni. 

Ale to jest coś, na co zwróciłem uwagę przy tym wątku. Czy szlachta zamiast tego widziała idee?

Szlachta widziała idee, wielkie procesy historyczne, szlachta widziała Rzeczpospolitą. A mieszczanin według nich widział wszystko w rzeczach. To jest wątek, który ja poruszam dosyć szczegółowo w książce – ta podzielność przestrzeni jako pewien element życia mieszczańskiego. Przez to, że mieszczanin żył na mniejszym terenie, w mieście, wszystko było rozparcelowane. Otaczał się rzeczami, nauczył się postrzegać świat w nieco bardziej realistycznym sensie. 

A szlachcic?

Natomiast ten szlachcic na swoim folwarku widział głównie przestrzeń – wielką przestrzeń i uprawę. Niekoniecznie widział ostateczne efekty swojej działalności, bo on dostarczał przede wszystkim zboże, czyli surowiec. Nie interesował się nawet odmianami tego zboża ani szczegółami. Dla niego liczyła się pewna skala makro. Więc już na takim jednostkowym poziomie widzimy rozchodzenie się tych mentalności. I teraz: nie widzę nic zaskakującego w tym, że szlachcic w XVII wieku nie znosił mieszczan czy rzemieślników. Ale dlaczego to się przeniosło na inteligencję w XIX wieku czy na początku XX wieku? Dlaczego młody Czesław Miłosz widząc mieszczan, zatrzymywał się na chwilę, by dać upust swojej pogardzie i nienawiści? 

I Czesław Miłosz, i Jarosław Iwaszkiewicz, i Witold Gombrowicz.

Tak jest. Cytuję te fragmenty w książce. To jest dla mnie niesamowite.

A Miłosz się tego potem wstydził.

Oczywiście. Miłosz był człowiekiem na tyle dużego formatu, że potrafił z czasem dostrzec w sobie tę małostkowość, ale widzieliśmy to tak naprawdę u wielu innych intelektualistów czy pisarzy. Wróćmy choćby do "Lalki": zwróć uwagę, że Wokulski ma aspiracje nie tylko mieszczańskie, ale pozytywistyczne. On chce zmieniać świat, chce być naukowcem. 

Czyli myśli o ideach.

Myśli o ideach, dokładnie tak. A zatem wpisuje się w model myślenia inteligencji, dla której kluczowa była misja zmiany Polski i świata poprzez wiedzę. Po drugie, Prus rzuca mu koło ratunkowe w postaci szlacheckiego pochodzenia – wzmianka o tym pojawia się w powieści kilkukrotnie. Widzimy, że autor chce, żeby Wokulski niejako z urodzenia był bliższy etosowi szlachecko-inteligenckiemu. I myślę, że stąd bierze się żywotność Wokulskiego w Polskiej kulturze. Nie stąd, że był po prostu mieszczaninem. Mimo to – i to jest bardzo ciekawe – na tle współczesnej polskiej kultury język "Lalki" jest bardzo "biznesowy", by użyć współczesnego terminu. Mamy tu weksle, obrót kamienicami, aukcje i niezliczone sumy rubli i kopiejek. A teraz zwróć uwagę, jak niewiele jest we współczesnej polskiej literaturze i filmie, szczególnie najwyższych lotów, wątków typowych dla współczesnego mieszczaństwa: zakupów nieruchomości, kredytów, życia w korporacji, wypalenia, rozpadu małżeństw na tle finansowym czy wyrafinowanego konsumpcjonizmu. To są wszystko wątki arcyciekawe z punktu widzenia sztuki, ale wymagałby od twórców przełamania barier estetycznych, a w gruncie rzeczy – klasowych.

Myślę, że to bardziej Netflix niż Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni. A jeszcze wracając do Wokulskiego: jak czytałem "Lalkę" po raz pierwszy w liceum, to patrzyłem z sympatią na Wokulskiego, bo jest takim self-made manem. Jest człowiekiem, który wszystko osiąga własnymi rękami. Oczywiście ma tam trochę szczęścia. Za to Izabela jest osobą, która czeka, aż coś jej się po prostu należy. I wiesz, trochę tak jest, że ja nawet teraz widzę u nas taką tendencję: nie ufamy przedsiębiorcom. Przedsiębiorca to w powszechnym odczuciu ten zły – jak ma pieniądze, to musiał coś ukraść. 

Albo jest "Januszem biznesu", "panem na folwarku" lub dorobił się na kryptowalutach. To wszystko są próby zmierzenia się z tym zjawiskiem na skróty. Z drugiej strony mamy narrację przeciwną, w której widzi się w twórcach startupów, szczególnie technologicznych, niemal świętych współczesnego świata, którzy są nie śpią, są tytanami pracy i geniuszami.  To też gdzieś tam żyje, szczególnie na TikToku i w branży IT, gdzie ludzie inspirują amerykańskimi przedsiębiorcami. W jednym i drugim przypadku chodzi o pójście na skróty. Zainspirowany startupowcami młody adept świata technologii niekoniecznie rozpisuje strategię na 12 czy 15 lat. Liczy się szybki termin, szybkie skaszowanie się i pełny exit.

Tak jest. Patrząc na ten wątek technologiczny, myślę, że gdyby Wokulski żył dzisiaj, to byłby właśnie takim startupowcem. A Łęcka byłaby...

Widziałem gdzieś taki nagłówek, że ona byłaby influencerką. Ja nie jestem pewien, czy poszłaby tę stronę, dlatego że ona żyje w świecie statusu, ale statusu, który jest jak najbardziej elitarny. Mam wrażenie, że dzisiaj dla Łęckiej Instagram czy TikTok byłyby zbyt masowe. Myślę, że byłaby gdzieś w świecie mody, w świecie biżuterii albo sztuki, czyli w sferach, które są postrzegane jako elitarne, wymagają hermetycznego języka i gdzie ta ściana między nią a klasą niższą byłaby bardziej szczelna. 

I chciałaby pisać do Vogue'a.

Być może chciałaby pisać do Vogue'a, albo do czegoś jeszcze bardziej prestiżowego w jej mniemaniu. A najchętniej zapraszałaby do siebie media piszące o designie, by pokazać im swoje wnętrza i porozmawiać o swoich podróżach i stylu życia. Nie miałaby nic przeciwko temu, żeby temu wszystkiemu przysłuchiwał się Wokulski i absolutnie nic z tego nie rozumiał. To, co jest najmocniejszą i najboleśniejszą w sensie klasowym bronią Łęckiej, to język. 

Wokulski w czasach Prusa był pogardzany przez klasę wyższą. Dzisiaj zachwycamy się startupowcami, chociaż z drugiej strony, szczególnie młodzi ludzie, mają dość tej "kultury zapierdolu". A Stachu to jest typowy człowiek kultury zapierdolu. Ciekawe, jak by na niego spojrzeli.

Mam wrażenie, że nie mówilibyśmy tak dużo o Wokulskim, gdyby tradycja inteligencka nie niosła go przez dziesięciolecia. Porównajmy dwie książki o mieszczanach: "Rodzinę Połanieckich" Sienkiewicza i "Lalkę" Prusa. Połaniecki nie ma tych ambicji zmiany świata, nie ma tej intencji pozytywistycznej i inteligenckiego etosu – i przez to przepadł w naszej kulturze, mimo, że w sensie artystycznym jest postacią o niebo ciekawszą. Jak już wspominałem, ten mechanizm okazał się bardzo żywotny w polskiej kulturze. Zwróć uwagę, jak niewiele nagradzanych filmów porusza wątek klasy średniej, szczególnie trudno u nas o kameralne spojrzenie na mieszczańskie życie par czy małżeństw. To jest dzisiaj fascynujący temat, który eksplorują thrillery na Netflixie, ale rzadko pojawia się w ambitnym polskim kinie. 

Mieliśmy coś w latach 90. Są dwa ważne filmy, które mogłyby przeczyć tej tezie: "Dług" i "Plac Zbawiciela". Potem może jeszcze "Sala samobójców" czy "Hejter". 

Ale zwróć uwagę, że w obu przypadkach nie ma tu mowy o klasie średniej ukształtowanej i ustabilizowanej, tylko jest mowa o pewnej aspiracji, która napotyka wielką władzę pieniądza, i ten pieniądz degraduje to małżeństwo czy tych ludzi. To jest inna opowieść – transformacyjna. Ja mam na myśli dojrzałą opowieść mieszczańską: gdzie masz małżeństwo, które jest ze sobą 20 lat, ma dużo pieniędzy i w tym małżeństwie zaczynają pojawiać się pęknięcia. Ale nie pęknięcia wynikające z braku pieniędzy, tylko wręcz przeciwnie – z tego, że pieniędzy jest już dużo i pojawiają się inne aspiracje, także duchowe. Najlepszym przykładem takich opowieści są oczywiście filmy Bergmana. 

Podejrzewam, że u nas nie ma takiej tradycji, ponieważ z jednej strony tego mieszczaństwa historycznie nie było, a z drugiej mieliśmy epokę PRL-u, gdzie były zupełnie inne tematy. Ja chciałbym dzisiaj obejrzeć film, który byłby historią majątku najbogatszych Polaków np. Kulczyka.

Super, bardzo chętnie bym to zobaczył.

Tylko myślę, że to się nie wydarzy. Wolimy amerykańskie historie: teraz kręcą o Elizabeth Holmes, zaraz będzie biografia Sama Altmana. Wolimy zachwycać się sukcesami Zachodu niż patrzeć na własne podwórko.

Dokładnie tak. Mam wrażenie, że nie poświęcamy dostatecznie dużo uwagi – my jako kultura i nasze kino – temu, co zostało wytworzone u nas. I mówię to nie jako patriota, ale jako ktoś, kto obserwuje rozwój kultury w innych krajach europejskich i widzi, że one znacznie lepiej chwalą się swoimi produktami, historiami i osiągnięciami. U nas wzorców jakości tradycyjnie szukaliśmy gdzieś na zewnątrz. To się zaczyna zmieniać, ale, jako ktoś, kto zajmuje się także produktami regionalnymi, widzę, jak trudno w Polsce wydłużać ich oficjalną listę. Poczucie dumy rolników czy serowarów jest niewielkie. Dominuje przekonanie: "Francja ma wielkie sery, gdzie nam do ich rozpoznawalności, po co nam te wszystkie certyfikaty PDO i PGI". Nie potrafimy jeszcze trzeźwo spojrzeć na nasze wytwory i zrozumieć, że możemy być z nich naprawdę dumni. 

Albo jak próbujemy się przyjrzeć, to wychodzi kuriozalnie – jak z raportem o portretach własnych z chlebowością pani Gorgoń-Mróz, co po prostu zaszkodziło sprawie.

To jest zupełnie inna historia – jednostkowy przypadek i wtopa, mówiąc w skrócie. Temat został tak prześwietlony, że niewiele mogę tu dodać. Może tylko to, że jest w Polsce cała masa ludzi, którzy zjedli zęby w biznesie, na promocji produktów na rynkach międzynarodowych. To są ludzie, których doświadczenie mogłoby przewyższyć wiele osób z nadania politycznego czy akademickiego. Tu pojawia się pytanie: na ile w rozwoju naszej marki potrzebujemy akademików, a na ile ludzi z praktycznym doświadczeniem w promocji polskich produktów czy polskiej kultury. 

Z pewnością. Wydaje mi się, że w kulturze nie ma tej klasy średniej także dlatego, że nie rozumiemy własnego sukcesu. Stawiasz w książce tezę, że nasz sukces gospodarczy nie był dziełem przypadku. Nie mieliśmy kapitału, kolonii, wielkich bogactw naturalnych, ani protestanckiego etosu, ale mieliśmy za to różne kody intensywnej pracy – chłopskie  inteligenckie. To one w dużej mierze odpowiadają za to, że staliśmy się 20. gospodarką świata. Czemu tego nie dostrzegamy i skąd się wzięła ta nasza specyfika? 

To temat, któremu poświęcam sporo miejsca. Przede wszystkim przyglądam się modelowi pracowitości klasy chłopskiej. Zwróć uwagę, że chłopstwo w naszym zwrocie ludowym jest analizowane wnikliwie, ale nie jest traktowane jako siła polityczna. Jest traktowane jako klasa ciemiężona, niewolnicza, która nie wytworzyła w sobie ani homo economicus, ani homo politicus – nie wykazywała inicjatywy ekonomicznej ani politycznej. 

Powołując się na socjologa Jamesa C. Scotta, pokazuję, że cale tak nie musiało być. Z pewnością istniały wśród polskich chłopów mikrostrategie sabotażu i budowania własnej autonomii. 

A często jest tak pokazywana.

Jest pokazywana jako klasa bierna, której istotą jest sprzeciw wobec pańszczyzny. Ale to klasa, która miała swoje potrzeby. Widać, choćby w piosenkach ludowych, że chłopi chcieli budować ograniczoną autonomię. Moja główna teza jest taka, że w naszej kulturze wytworzył się model pracy, w którym ta autonomia miała ogromne znaczenie. Dzisiaj nazwalibyśmy to Work-Life Balance. Obserwując różne kultury korporacyjne, dochodzą do wniosku, że że jako Polacy jesteśmy w tym naprawdę dobrzy. Potrafimy harować naprawdę ciężko, ale potrafimy też wrócić do domu bez psychicznych obciążeń pracą. 

Ale z drugiej strony jesteśmy jednym z najciężej pracujących narodów.

Dokładnie tak. Stawiam tezę, że potrafimy skumulować pracę w krótkich odcinkach. Trochę jak w korporacyjnych sprintach. Potrafimy to mocno skumulować, posiłkując się umiejętnością improwizacji zakorzenioną w polskiej kulturze, po to, aby wypracować poduszkę finansową, zainwestować w mieszkanie albo poświęcić czas rodzinie. To napięcie między pracą a autonomią zasługuje na zdecydowanie większą uwagę.

Jednym z wątków, które opisujesz, jest model "pracować, żeby nie pracować". Przekładając to na praktykę, widzę w tym problem polskiej innowacyjności: pracujemy, żeby zostać rentierem i pokupować mieszkania. Gdy rozmawiam ze startupowcami, mówią, że w Polsce ciężko robić startupy, bo nie ma kapitału – kto ma pieniądze, inwestuje w beton. To chyba marzenie postszlacheckie?

Często nazywa się to marzeniem postszlacheckim i porównuje do folwarku. Ja trochę zmieniam tę optykę i porównuję to do chłopskiego dążenia do wypracowania renty przy zachowaniu nastawienia defensywnego, a więc takiego, które ma mi zapewnić przede wszystkim byt. Polak, który „pracuje, by nie pracować”, czuje, że jego byt może być zagrożony, więc woli kupić nieruchomość, bo łatwiej ją spieniężyć i daje pewniejszą poduszkę finansową. Strach przed biedą jest wciąż silny u wielu przedsiębiorców. Błędem jest moim zdaniem przykładanie do dzisiejszych inwestorów kalki szlachcica czy XIX-wiecznego landlorda angielskiego.

Bliższe rzeczywistości są moim zdaniem kody kulturowe pochodzenia ludowego. Nie oznacza to oczywiście, że inwestowanie w "betonowe złoto" lepiej wspiera przez to nasz rozwój, bo tak nie jest. Lokowanie tych środków w nieruchomości ma fatalne skutki dla rynku kapitałowego i rozwoju startupów. By jednak przezwyciężyć ten mechanizm, nie wystarczy powiedzieć, że dzisiejszy reprezentant klasy średniej to kapitalista, który dąży jedynie ofensywnie do pomnażania majątku; on działa w dużej mierze defensywnie, budując kapitał mieszkaniowy na wypadek znacznego uszczuplenia majątku. 

Ale to widać też u programistów zarabiających po 20 tysięcy złotych, którym szkoda wydać paru groszy na rozrywkę czy kulturę. W książce pokazujesz też, że nie potrafimy uprawiać codziennej dobroczynności. Zapalamy się zrywami przy akcjach typu WOŚP czy zbiórka Łatwoganga, ale w codziennym myśleniu społecznym dominuje egoizm.

Tak, nasza praca jest w dużej mierze pulsacyjna i pulsacyjna jest też nasza charytatywność. Ludzie chętnie wspierają akcje, które mają wyraźne, najlepiej krótkie okna czasowe. Potrafi się to przełożyć na rekordowe w skali świata zebrane kwoty. Z drugiej strony nie wszyscy mają przekonanie, że należałoby systemowo uzdrowić służbę ochrony zdrowia. 

Właśnie. Nowa klasa średnia nie ma etosu inteligenckiego. Dwa problemy polskiego przedsiębiorcy to podatki i składka zdrowotna, a solidaryzm społeczny leży. Z czego to wynika?

To kluczowa sprawa, bo musimy rozróżnić dwie klasy średnie: jedną pochodzenia inteligenckiego, głównie wielkomiejską, i drugą, która awansowała w ostatnich dekadach, często pochodzenia ludowego i z małych miasteczek. 

Ta druga nie ma etosu inteligenckiego i błędem jest moim zdaniem mówienie jej reprezentantom: "podzielcie się majątkiem i płaćcie wyższe podatki dla solidaryzmu społecznego". Oni tego nie kupią. Potrzebujemy innej narracji, odwołującej się do wartości mieszczańskich: solidności i jakości. Powinniśmy im powiedzieć: "budujemy silne państwo, z którego będziecie dumni. Państwo o wysokiej jakości infrastruktury, przemysłu i ochrony zdrowia, ale do tego szarpnięcia modernizacyjnego będziemy potrzebować środków z podatków". Odwoływanie się do czystego solidaryzmu społecznego jest retorycznym błędem. 

Ale w tym założeniu musimy ufać państwu. A mam wrażenie, że to zaufanie z roku na rok spada.

Państwo musi zacząć mówić językiem mieszczańskim. Postuluje to choćby ekonomistka Mariana Mazzucato, o której piszę. Według niej państwo skuteczne to państwo przedsiębiorcze, które przenosi metaforę „tygrysa gospodarki” na poziom publiczny. Wyobraź sobie małego przedsiębiorcę z miasteczka, który nauczył się skupienia na jakości: wie, że, jeśli wypiecze lepszy chleb, sprzeda go za 15 zł, a nie za 7 zł. Nauczył się logiki powiększania marży. On od państwa oczekuje tego samego: chce zobaczyć państwo, które działa ambitnie i profesjonalnie. Takiemu partnerowi, który wykazuje cechy przedsiębiorczości, byłby w stanie płacić wyższe podatki. 

Czy państwo powinno postawić na rewolucję ambicji?

Dokładnie tak: rewolucja języka, jakości i solidności. To kwestie znacznie bardziej kluczowe niż próby edukowania klasy średniej, by stała się bardziej solidarystyczna.

To doskonale widać przy wielkich projektach modernizacyjnych, takich jak CPK. Zauważ, że to sprawa ponad podziałami politycznymi. Zarówno PiS, jak i KO to kontynuują, bo wszyscy widzimy ten projekt. Chcemy myśleć wielką skalą. Przeciętny Kowalski latający przez Schiphol, Frankfurt czy Paryż chce mieć takie lotnisko w Polsce.

Przeciętny Kowalski chce mieć takie lotnisko. Nie tylko dlatego, że to będzie dla niego wygodne, ale też dlatego, że da mu to dodatkowy zastrzyk sprawczości i kapitału społecznego. Tak działa mechanizm BIRG (Basking in Reflected Glory) w psychologii. Amerykańscy sportowcy na olimpiadach odnoszą sukcesy także dlatego, że są w silnym zespole – ta przynależność daje dodatkowy impuls i motywację. Nowe polskie mieszczaństwo szuka potwierdzenia, że jest w silnej drużynie, bo to daje napęd do rozwoju, także na rynkach międzynarodowych. Potrzebujemy wielkich inwestycji nie tylko dla zysków gospodarczych, ale i psychologicznych. 

I to jest opowieść o wielkiej narracji. Chcemy wielkiej narracji, wbrew temu, co mówił Donald Tusk o "ciepłej wodzie w kranie". PiS zrozumiał, że Polak chce rewolucji godności. Chcemy czuć się dumni. Kiedyś patrzyło się na Zachód z zachwytem, teraz często z pobłażaniem – widzimy protesty we Francji czy ubóstwo, które bywa tam wyższe niż w Polsce.

Zdecydowanie tak. Ale na tę rewolucję godności patrzę ostrożnie. Poczucie, że jesteśmy równie dobrzy, jest lepsze od kompleksów, ale to wciąż nie załatwia sprawy tego, jak opowiadamy o swoim sukcesie. Mówienie, że u nas jest czyściej lub bezpieczniej, to za mało, by przekonać świat i zbudować realne soft power. 

Dominują dzisiaj dwie narracje: pierwsza to równanie do Zachodu, druga to twierdzenie, że u nas jest lepiej. Obie nie do końca budują opowieść, która przekona świat i nas samych o sukcesie. Prawdziwa narracja sukcesu skupiałaby się na tym, co unikatowe: na naszym charakterze, kulturze, regionach i demokratyzacji innowacji. Producent okien, który nieznacznie przesuwa klamkę w swoim produkcie, robi mikroinnowację dającą wyższą marżę, ale o takich drobnych innowacjach nie da się stworzyć opowieści na miarę Spotify.

Dałoby się już jednak stworzyć opowieść o Polsce jako kraju, który zdemokratyzował innowacje i stały się one dziełem nie dziesiątek i setek przedsiębiorców, ale setek tysięcy. Warto w tym kontekście opowiadać o naszym egalitaryzmie i ludowym modelu pracowitości. Wyobraź sobie, że opowiadamy o naszym sukcesie studentom z Brazylii.

Kiedy powiemy "Już prawie dogoniliśmy Zachód”, zaczną ziewać. Ale kiedy powiemy o unikatowości naszego modelu rozwoju, o demokratyzacji innowacji, ludowych kodach kulturowych, wyciągną wnioski dla siebie i to będzie dla nich dużo bardziej inspirujące. Z jakiegoś powodu my ciągle tkwimy jednak w tej pierwszej, nieco nudnej narracji pochodzenia inteligenckiego. 

Dużym sukcesem, o którym nie mówimy, jest to, że polski rozwój udał się bez oligarchizacji społeczeństwa – nie mamy oligarchii na wzór węgierski, a nierówności są relatywnie niskie. Dlaczego tego nie dostrzegamy i czy unikając pułapki średniego rozwoju, te nierówności są nieuniknione?

Tu jestem umiarkowanym pesymistą. Myślę, że nierówności będą się w Polsce pogłębiać. Widzimy to już teraz u dzieci dzieci: część chodzi do prywatnych szkół i rozwija aktywności pozaszkolne, część jest przyklejona do smartfonów. Te modele wychowawcze zaczynają się rozchodzić. Tymczasem zmniejszanie nierówności mogłoby przyspieszyć nasz rozwój. Zmniejszenie luki płacowej między kobietami a mężczyznami o 1 punkt procentowy, przekłada się na realny wzrost PKB. Potrzebujemy aktywnej roli państwa niwelującego te nierówności dla dobra całej gospodarki. 

Tu pojawiłby się Marcin Rola i krzyknął: "Ojeju, komunizm!". Widać to w tak zwanych mediach społecznościowych, gdzie dominuje narracja, że państwo nie powinno się wtrącać. 

Znowu przywołam Marianę Mazzucato i jej "przedsiębiorcze państwo" oraz historię iPhone'a, stworzonego dzięki badaniom finansowanym przez państwo. Amerykańscy politycy deklaratywnie są neoliberalni, ale ich system bardzo mocno wspiera badania i rozwój. U nas na odwrót: deklaracji jest dużo, ale siła państwa w kwestii innowacji i współpracy ze startupami jest słaba.

Motto do mojej książki wziąłem z "Lalki", nie usłyszymy go ani w filmie, ani w serialu: "Kupcy nie dali mu roboty, gdyż był uczonym, a uczeni nie dali mu także, ponieważ był eks-subiektem. Został tedy, jak Twardowski, uczepiony między niebem a ziemią". W pewnym sensie cały czas jesteśmy zawieszeni między biznesem a nauką. Te dwa światy są od siebie mocno oddzielone i nie potrafią ze sobą rozmawiać.

U nas akademia broni się jak twierdza – nie wiem, czy poza Kościołem Katolickim jest bardziej zatwardziała instytucja. A z drugiej strony biznes mówi: "odczepcie się od nas, po co mi naukowiec, sam wiem najlepiej".

Dokładnie tak. Świat subiekta i świat uczonych wciąż żywią do siebie negatywne emocje. Największym problemem Polski są wewnętrzne, szczelne granice klasowe lub ich relikty oraz myślenie „silosowe”. Działanie państwa powinno polegać na likwidowaniu tych barier. 

Powołujesz się w książce na Marcina Piątkowskiego, autora publikacji o "Złotym Wieku". Czy uważasz, że ten złoty wiek w Polsce się kończy, a jeśli tak, to co będzie potem?

Jeśli się kończy, to powoli. Przed nami faza stabilizacji – staniemy się normalnym, zamożnym, dość nudnym społeczeństwem Zachodu. Nie spodziewam się nagłego zwrotu czy pauperyzacji.

Ale stając się typowym krajem Zachodu, przejmiemy też jego problemy: starzenie się społeczeństwa, wyzwania migracyjne czy uzależnienie od technologii.

Z pierwszym i trzecim problemem już się mierzymy. W kwestii demografii jestem pesymistą, bo problem zaczyna się już na wczesnym etapie budowania relacji między ludźmi. Polityka prorodzinna państwa musi stać się bardziej systemowa, a jednym z jej głównych celów powinna być walka z cyfryzacją życia i epidemią samotności. 

Nie ma dzieci, bo nie ma związków, a ludzie ze sobą nie rozmawiają.

I tu możemy zamknąć klamrę ponownym odniesieniem do "Lalki": Zwróć uwagę, że Wokulski i Łęcka żyją osobnych bańkach i nie potrafią ze sobą rozmawiać. To, co dla niego jest wyrazem miłości i dyskrecji, dla niej może być ordynarnym osaczeniem. Nie chodzi o to, że ktoś z nich się myli, albo ktoś ma rację. Chodzi o to, że nie mają okazji, by swoje stanowiska do siebie zbliżyć. Są jak ludzie ukształtowani przez smartfony. Gdyby dać im przestrzeń do prawdziwej rozmowy i wyrwać z tych baniek, być może coś by się między nimi urodziło. 

Zabieramy smartfony Wokulskiemu i Łęckiej! Bardzo ci dziękuję za rozmowę.