Filozof, hedonista, "generał danych". Kim jest Alex Karp, człowiek, który zbroi świat?

Napisał we Frankfurcie doktorat o związku żargonu, agresji i kultury. Potem stanął na czele firmy, która spina dane dla armii, służb i urzędów imigracyjnych, a swoją ekspansję opisuje słowem "suwerenność". Portret Alexa Karpa: filozofa stojącego na czele Palantir – najważniejszej firmy software’owej w globalnym sektorze zbrojeń.

Filozof, hedonista, "generał danych". Kim jest Alex Karp, człowiek, który zbroi świat?

Trzeci lutego 2025 roku. Telekonferencja wynikowa Palantir Technologies. Zwykle jest to najnudniejszy gatunek korporacyjnego teatru: prezes czyta liczby, analitycy pytają o marże, wszyscy udają, że nie muszą zerkać do notatek. Alex Karp, współzałożyciel i dyrektor generalny, ma inny scenariusz. Tłumaczy inwestorom, po co istnieje jego firma: żeby instytucje, z którymi pracuje, były najlepsze na świecie – a "kiedy trzeba, żeby straszyć wrogów, a od czasu do czasu ich zabijać". Chwilę później dorzuca prognozę na nadchodzącą epokę: "Trwa rewolucja. Niektórym pospadają głowy". W sensie literalnym.

Nazajutrz kurs Palantira skoczył o niemal jedną czwartą.

Ta scena jest w gruncie rzeczy niemożliwa. Spółka notowana na giełdzie, z armią drobnych akcjonariuszy i wyceną wyższą niż niejeden europejski budżet, komunikuje się z rynkiem językiem wręcz szokującym, skandalicznym. Ale rynek bije brawo. To znak czasów?

Żeby było ciekawiej: człowiek, który to mówi, ma doktorat z teorii społecznej obroniony na Uniwersytecie Goethego we Frankfurcie, kolebce szkoły frankfurckiej, i przez pół życia przedstawiał się jako postępowiec, socjalista, wyborca Demokratów. Media od dwudziestu lat rozwiązują tę zagadkę: człowiek-paradoks, ekscentryk, najdziwniejszy CEO Ameryki. Filozof wśród wilków.

Ale co jeśli tu żadnego paradoksu nie ma? Filozofia Karpa nie jest ozdobą przypiętą do biznesu nadzoru – jest jego instrukcją obsługi. Żeby to zobaczyć, trzeba zacząć od tekstu, którego prawie nikt nie czytał: od rozprawy doktorskiej sprzed ćwierć wieku. I od listu, który ją poprzedził.

Uczeń Habermasa

W 1992 roku do Frankfurtu przyjeżdża dwudziestoczteroletni absolwent prawa ze Stanfordu. Niemieckiego prawie nie zna, za to ma – jak sam napisze po latach – "twardą i pozbawioną ironii nadzieję", że zostanie naukowcem. Zapisuje się na Uniwersytet Goethego i trafia na kolokwium Jürgena Habermasa: niedawno zmarłego, ostatniego wielkiego filozofa Europy, teoretyka demokracji deliberatywnej, człowieka, który całe życie dowodził, że rozmowa wolna od przemocy i dominacji jest możliwa.

Jürgen Habermas. Fot: Wolfram Huke, Wikimedia.


W praktyce wyglądało to mniej idyllicznie. Karp wspominał korytarz przed gabinetem: ponad dwudziestu studentów czekających na audiencję, a co jakiś czas ktoś wychodzący ze środka "w stanie niezbyt starannie skrywanej rozpaczy". Niektórzy mieli łzy w oczach. Habermas – znów cytat z Karpa – bez litości obśmiewał "idiotów i półidiotów" z prawa i z lewa. Młody Amerykanin był zachwycony. Niemieckiego nauczył się zresztą szybciej, niż planował, do czego – jak skrupulatnie odnotował – przyczynił się romans z "nadzwyczaj zajmującą i piękną doktorantką". Zapamiętajmy tę autoprezentację: nawet we wspomnieniu o zmarłym mistrzu Karp znajdzie miejsce, żeby zaznaczyć, komu się powodziło.

Osiem lat później, w sierpniu 2000 roku, przychodzi trzystronicowy list napisany na maszynie. Habermas rezygnuje z prowadzenia jego doktoratu. Przeczytał około czterdziestu stron szkicu i uznał sprawę za zamkniętą: "Po prostu nie jest pan w stanie konkurować z krytykami literackimi i teoretykami, którzy ostatnio zabierali głos w tej sprawie". Karp przyzna po latach, że to było "totalnym szokiem i [go] zraniło".

O tym liście świat dowiedział się dopiero w marcu 2026 roku – Habermas zmarł czternastego, w wieku dziewięćdziesięciu sześciu lat, a sześć dni później Karp opublikował w "Politico" esej wspomnieniowy i sam wyłożył całą historię. Przez poprzednie dwie dekady media pisały po prostu: "uczeń Habermasa", "doktorant Habermasa", czasem nawet "protegowany". Legenda była wygodna dla wszystkich, więc nikt jej nie sprawdzał – aż zrobiła to badaczka Moira Weigel, która w 2020 roku wyciągnęła rozprawę z frankfurckiej biblioteki i ustaliła rzecz prozaiczną: rozprawę prowadził nie Habermas, tylko socjolożka Karola Brede. To pod jej opieką Karp dokończył doktorat, którego prowadzenia Habermas się zrzekł, i obronił go czternastego listopada 2002 roku. Tytuł jak z innego świata: "Agresja w świecie życia. Rozszerzenie Parsonsowskiego pojęcia agresji poprzez opis związku żargonu, agresji i kultury".

Rozprawa wychodzi od "Żargonu autentyczności" Theodora Adorna – pamfletu z 1964 roku na język niemieckich egzystencjalistów, na słowa w rodzaju "autentyczność", "troska", "spotkanie", które brzmią jak głębia, a działają jak znieczulenie: dają mówiącemu aurę powagi i zwalniają go z obowiązku konstruowania mocnego argumentu. Karp dokłada do tego Talcotta Parsonsa i pytanie o agresję: co się dzieje z agresją w społeczeństwie, które oficjalnie ją potępia? Odpowiedź rozprawy, w dużym uproszczeniu: agresja nie znika. Szuka ujścia. A jednym z najwygodniejszych ujść jest właśnie odpowiedni żargon – język, który pozwala atakować, ale nie robić wrażenia agresora.

Uniwersytet ocenił tę myśl dostatecznie dobrze, żeby dać jej autorowi stopień naukowy. Habermas ocenił ją surowiej. A autor, po latach – potraktował ją jak dokumentację techniczną.

Autoportret zmyślony

Zanim jednak do tego dojdziemy – skąd w ogóle wziął się ten człowiek. Alexander Caedmon Karp urodził się w 1967 roku w Nowym Jorku, dorastał w Filadelfii. Ojciec, Robert, żydowski pediatra; matka, Leah, afroamerykańska artystka; dom, który sam Karp opisuje słowem "hipisi" – weekendy na demonstracjach o prawa pracownicze i obywatelskie. Do tego dysleksja, o której mówi jako o doświadczeniu formacyjnym: "dla dyslektyka nie istnieje podręcznik, który mógłby opanować – więc uczymy się myśleć swobodnie". Tyle autoportret. Każdy element biografii zostaje w nim sprawnie przerobiony na przewagę.

Po filozofii w kwakierskim Haverford College poszedł na prawo do Stanforda – i tam, na początku lat dziewięćdziesiątych, poznał Petera Thiela. Przyszły fundator PayPala i mecenas nowej prawicy wspominał: "on był szalonym lewakiem, ja szalonym prawicowcem, ale jakoś potrafiliśmy ze sobą rozmawiać". Chociaż kłócili się podobno o wszystko. Została im z tego wzajemna fascynacja i przekonanie, że spór ideowy nie musi przeszkadzać w interesach.

Po Frankfurcie Karp nie wrócił od razu do Ameryki. Odziedziczył pieniądze po dziadku, zaczął je pomnażać, potem pomnażał pieniądze zamożnych Niemców, aż w Londynie założył firmę inwestycyjną Caedmon Group – od własnego drugiego imienia, po anglosaskim mnichu, który nie umiał śpiewać, dopóki pieśni nie otrzymał we śnie. W 2003 roku Thiel z grupą wspólników założył firmę analityczną; rok później zadzwonił do Londynu, bo szukał prezesa. Kandydat idealny nie umiał programować, nigdy nie zarządzał firmą technologiczną i miał doktorat z neomarksistowskiej krytyki języka. Miał za to dostęp do europejskiego kapitału, biegły niemiecki i twarz, którą można było pokazać ludziom nieufnym wobec Doliny Krzemowej. Został więc prezesem i jest nim do dziś, dwadzieścia dwa lata później.

Firmę nazwali Palantir – od kul jasnowidzenia z Tolkiena. U Tolkiena palantíry nie kłamią. Pokazują prawdę. Problem w tym, że to silniejsza wola decyduje, którą prawdę zobaczysz – Denethor patrzył w kamień i widział wyłącznie to, co Sauron chciał mu pokazać. Aż doprowadzony do rozpaczy spłonął na własnym stosie. Kamień, technicznie rzecz biorąc, nie okłamał go ani razu.

"Wysunięci inżynierowie"

Początki prezesowania były upokarzające, ale Karp opowiada o nich chętnie, bo upokorzenie to jego ulubiony kapitał założycielski. Fundusze z Sand Hill Road odmawiały mu jeden po drugim; legendarny Michael Moritz z funduszu Sequoia miał podczas spotkania rysować samoloty w notesie – tak przynajmniej brzmi wersja Karpa, jedyna, jaką mamy. Moritz swojej wersji, o ile wiadomo, nigdy publicznie nie przedstawił, więc nawet biograf Karpa, Michael Steinberger, opiera się tu wyłącznie na relacji prezesa. Pieniądze dał Thiel ze swojego funduszu. Pojawił się też inwestor dość szczególny: In-Q-Tel, fundusz venture capital CIA – około dwóch milionów dolarów. Agencja została też pierwszym klientem. Startup, którego nie chciała Dolina, wychowywał się więc na rządowych zleceniach, ucząc się kultury pracy służb i przekonania, które Karp powtórzy potem tysiąc razy: prawdziwi klienci to ci, którzy mają prawdziwych wrogów.

Co Palantir właściwie robi? Wokół tego pytania narosła mitologia gęstsza niż wokół niejednej agencji wywiadu – z legendą o namierzeniu bin Ladena na czele, której firma nigdy nie potwierdziła, choć jakoś też nigdy zbyt gorliwie nie prostowała. 

W rzeczy samej codzienna rzeczywistość jest mniej filmowa. Palantir nie ma własnej magicznej sztucznej inteligencji ani bazy danych o wszystkich ludziach świata. Sprzedaje warstwę integracji: oprogramowanie, które łączy porozrzucane bazy klienta – logistykę, kadry, zdjęcia satelitarne, rejestry, billingi – w jeden model rzeczywistości, po którym analityk może się poruszać, a od 2023 roku, po premierze platformy AIP, także rozmawiać z nim przez duże modele językowe. Do tego dochodzi metoda wdrożenia: "wysunięci inżynierowie", forward deployed engineers, którzy wprowadzają się do klienta na miesiące i budują system od środka. Gotham dla wojska i służb, Foundry dla administracji i korporacji, Apollo do spinania całości. Zamiast prezentacji handlowych – "bootcampy": przyjeżdżamy, w kilka dni stawiamy działający prototyp na waszych danych, a potem rozmawiamy o umowie.

Ta metoda ma konsekwencję, którą zrozumie każdy, kto kiedyś wpuścił fachowca do remontu bez kosztorysu. Kiedy cudzy inżynierowie zbudują ci system nerwowy, przestajesz być klientem, a zaczynasz być pacjentem. Nie będziesz się kłócić z chirurgiem o koszt nadchodzącej operacji – bo co ty wiesz o jej realnym koszcie.

Na giełdę Palantir wszedł we wrześniu 2020 roku, po siedemnastu latach bez grosza zysku, i to wejście można interpretować jak manifest. Karp w liście założycielskim pisał, że firma powstała w Dolinie Krzemowej, ale "coraz mniej łączy ją z wartościami i zobowiązaniami sektora technologicznego"; siedzibę przeniósł demonstracyjnie z Palo Alto do Denver – dalej od kampusów Doliny, bliżej ważnych baz wojskowych i siedzib agencji federalnych; a w dokumentach giełdowych padło zdanie jak przysięga: "Wybraliśmy stronę". Drobnym drukiem dopisano drugą deklarację, mniej cytowaną: strukturę akcji, która daje trójce założycieli – Karpowi, Thielowi i Stephenowi Cohenowi – 49,999999 procent głosów niezależnie od tego, ile akcji sprzedadzą. Liczba wygląda jak żart księgowego, ale jest precyzyjnym opisem intencji: kontrola bez własności, na zawsze, co do jednej milionowej procenta. Doradcze agencje akcjonariuszy protestowały, rynek wzruszył ramionami. A palantír ujawnił swojego prawdziwego pana.

Kluczowa współpraca

Najłatwiej zobaczyć polityczny ciężar tej technologii tam, gdzie Palantir działa od dawna: w amerykańskiej służbie imigracyjnej. ICE korzysta z systemów firmy od 2014 roku. FALCON i Investigative Case Management przez lata wspierały pracę śledczą agencji. W kwietniu 2025 roku, tuż po powrocie Trumpa do Białego Domu, współpraca weszła na nowy poziom: ICE bez przetargu, w trybie modyfikacji starej umowy, zamówiła za około trzydzieści milionów dolarów prototyp systemu ImmigrationOS – "systemu operacyjnego imigracji", który ma dawać "niemal rzeczywisty wgląd" w ruchy osób do deportacji, układać kolejność zatrzymań i mierzyć wydajność maszyny deportacyjnej. Uzasadnienie braku przetargu było rozbrajająco szczere: nie ma na to czasu. Istniejącej infrastruktury Palantira nie da się w wymaganym terminie zastąpić kimś innym. We wrześniu doszło kolejne trzydzieści milionów, tym razem na moduł śledzący "dobrowolne powroty". Osobne umowy obsługują drugą stronę tego samego okienka – Palantir pracuje też dla urzędu rozpatrującego wnioski imigracyjne.

Równolegle, dwudziestego marca 2025 roku, Trump podpisał rozporządzenie o "eliminacji silosów informacyjnych" w administracji federalnej. Brzmi jak higiena biurokracji, ale w praktyce działa jak zniesienie ustrojowego bezpiecznika: dane zbierane osobno – podatkowe, zdrowotne, socjalne, imigracyjne – wolno teraz łączyć. "New York Times" opisał w maju, że wspólnym mianownikiem tej konsolidacji jest Foundry, instalowany kolejno w resortach; zapytał wprost, czy powstaje centralna baza danych o Amerykanach. Firma odpowiedziała rzadkim u niej publicznym dementi: żadnej "master database" nie budujemy, nie prowadzimy inwigilacji. Weryfikatorzy ze Snopes rozstrzygnęli salomonowo: bezpośredniego kontraktu na centralną bazę nie ma; jest tylko oprogramowanie, które sprawia, że osobne bazy zachowują się jak jedna. Różnica dla prawnika ogromna, dla obywatela – żadna.

W tym miejscu widać zmianę charakteru władzy cyfrowej. Google czy Meta potrzebowały mas: jako klikających, oglądających, kupujących. Państwo nie musi nikogo monetyzować. Musi umieć odróżniać jeden rekord od drugiego i działać szybciej, w tempie pozwalającym na decyzje operacyjne. Produktem ImmigrationOS nie jest treść ani usługa – jest lista. Kogo zatrzymać, kogo odesłać, kogo obserwować dalej. Palantir nie wymyślił deportacji. Po prostu zwiększa przepustowość administracji, która je prowadzi.

Przypomina to działania IBM w latach 30. XX wieku, gdy firma ściśle współpracowała z nazistowskimi Niemcami i dostarczała technologie niezbędne do skutecznego rozwiązania kwestii żydowskiej.

Karp odpowiada na ten rodzaj krytyki konsekwentnie: skoro państwo i tak będzie analizowało dane, lepiej robić to w systemie z rolami, kontrolą dostępu, rejestrem działań i możliwością audytu. To nie jest argument pozbawiony sensu. Problem leży wyżej. Log dostępu może pokazać, kto otworzył rekord; nie rozstrzyga, czy państwo powinno było ten rekord połączyć z innymi ani czy cel operacji był zgodny z prawami podstawowymi. Zabezpieczenia oprogramowania ograniczają użytkownika. Granice władzy musi wyznaczyć prawo.

Palantir w Ukrainie

Najmocniejszy argument za tym, że Palantir wybrał właściwą stronę, znajduje się tysiące kilometrów od amerykańskiej granicy, w Ukrainie. W czerwcu 2022 roku, cztery miesiące po pełnoskalowej inwazji, Karp jako pierwszy prezes wielkiej zachodniej firmy pojechał do Kijowa i podał rękę Zełenskiemu. Oprogramowanie Palantira zaczęło spinać dane satelitarne, dronowe i wywiadowcze w łańcuch, który wojskowi nazywają bez eufemizmów: kill chain. W lutym 2024 roku Karp mówił "Time'owi", że jego firma odpowiada "za większość targetingu w Ukrainie" – czyli za wskazywanie, w co uderzyć. To zdanie zrobiło karierę, bo brzmiało jak deklaracja omnipotencji.

Trzy lata później, w maju 2026 roku, w rozmowie z ukraińskim UNITED24 brzmiał inaczej. Podkreślał, że Palantir dostarcza prymitywy programistyczne i infrastrukturę, ale dużą część konkretnych rozwiązań budują sami Ukraińcy; rzeczy, których jego własny zespół nawet by nie wymyślił. Obie wypowiedzi są zapewne prawdziwe; różni je adresat. Pierwsza sprzedawała inwestorom wizję wszechpotęgi. Druga, wygłoszona, gdy o odpowiedzialności za algorytmiczne celowanie zaczęły dyskutować parlamenty, sprzedaje coś przeciwnego: jesteśmy tylko hydrauliką. Palantir płynnie reguluje własną sprawczość w zależności od tego, kto pyta. To pokrętło przyda się nam jeszcze przy lekturze komunikatów o Polsce.

Za Ukrainę firma – według "Time'a" – nie wzięła pieniędzy. To nie altruizm: wojna była najlepszym pokazem produktu w historii i Karp mówi to otwarcie, gdy zachwala przewagę przetestowaną na prawdziwym polu walki. Pomoc dla Ukrainy opłacają więc jego następni klienci. Tu można jeszcze powiedzieć – motywem był interes, ale przynajmniej zrobił coś dobrego, więc niech korzysta.

Znacznie trudniejszy moralnie spór dotyczy Izraela. W styczniu 2024 roku, trzy miesiące po ataku Hamasu, Palantir zwołał posiedzenie zarządu w Tel Awiwie i ogłosił "strategiczne partnerstwo" z izraelskim ministerstwem obrony. Część pracowników odeszła; Karp skomentował to zdaniem, które mogłoby wisieć nad jego biurkiem: "Jeśli podejmujesz decyzje, które nigdy nie kosztują cię utraty pracownika, to nie są prawdziwe decyzje". Specjalna sprawozdawczyni ONZ twierdziła w 2025 roku, że są "uzasadnione podstawy", by sądzić, iż technologia firmy wspiera izraelskie systemy analityczno-celownicze; Palantir zaprzecza, a niezależnego rozstrzygnięcia nie ma. Uczciwie trzeba zapisać: sporne. Równie uczciwie trzeba dodać, że firma, która wszędzie indziej chwali się byciem systemem nerwowym swoich klientów, akurat tutaj prosi, by wierzyć, że jest tylko drutem.

Pentagon wątpliwości nie miał żadnych. Kontrakty na system Maven – algorytmiczne rozpoznawanie celów, projekt, z którego Google wycofał się w 2018 roku pod presją własnych pracowników – rosły od setek milionów w górę. A w marcu 2025 roku klientem zostało NATO: od zgłoszenia potrzeby do podpisu minęło pół roku – jeden z najszybszych zakupów w historii organizacji, w której samo uzgodnienie komunikatu prasowego potrafi trwać dłużej. Wrogowie Zachodu, powtarza Karp przy różnych okazjach, mają "budzić się przestraszeni i zasypiać przestraszeni". Sojusznicy najwyraźniej postanowili kupować sen u źródła.

Szorstkie sojusze

Europa odpowiedziała Palantirowi w dwojaki sposób.

Głos pierwszy nadszedł z Karlsruhe. Niemiecka przygoda firmy zaczęła się w 2017 roku od Hesji, której policja kupiła Gothama i nazwała go swojsko HessenDATA: system łączył policyjne bazy z danymi z postępowań i pozwalał wyszukiwać powiązania między ludźmi, którzy w żadnym śledztwie nie byli podejrzanymi. Szesnastego lutego 2023 roku Federalny Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepisy, na których to oparto, naruszają prawo do informacyjnego samostanowienia: automatyczna analiza łącząca dane zebrane w różnych celach to nowa, głęboka ingerencja w prawa podstawowe i wolno po nią sięgać tylko przy realnie skonkretyzowanych zagrożeniach, nie prewencyjnie, nie wobec wszystkich. Trybunał nie zakazał oprogramowania – zakazał państwu używania go tak, jak było najwygodniej. Bawaria kupiła swoją wersję systemu w ramach umowy ramowej, do której rząd federalny i pozostałe landy mogły dołączyć bez przetargu. Rząd federalny latem 2023 roku podziękował. Dziś poza Hesją i Bawarią Palantira używa Nadrenia Północna-Westfalia, której umowa wygasa w październiku 2026 roku, i od niedawna Badenia-Wirtembergia, która już zapowiada wyjście w 2030. Pozostałe landy go nie kupiły, a gdy w czerwcu 2026 roku "TAZ" zapytał wszystkie szesnaście, otwarcie broniły go już tylko Bawaria i Hesja.

Głos drugi nadszedł z Londynu i brzmi jak z innego kontynentu. W listopadzie 2023 roku Palantir wygrał kontrakt na Federated Data Platform dla NHS – do trzystu trzydziestu milionów funtów za spięcie danych całej angielskiej służby zdrowia. Karp na tę okazję założył kostium pokory i mówił: nie ma w Zjednoczonym Królestwie ważniejszej instytucji niż NHS, jesteśmy zaszczyceni, skrócimy kolejki. 

Brytyjskie samorządy lekarskie wezwały do ograniczenia współpracy z platformą, kampania "Say No to Palantir" zebrała dziesiątki tysięcy listów pacjentów, a wiosną 2026 roku posłowie debatowali w Izbie Gmin nad umową, w której – jak wyliczał jeden z nich – po wydaniu trzystu trzydziestu milionów publicznych funtów Wielka Brytania nie będzie miała "ani oprogramowania, ani ulepszeń, ani własności intelektualnej". Trwały uścisk i pojedynczy punkt awarii – tak to nazwano w parlamencie. Rząd w tym samym czasie przyjmował od firmy deklarację inwestycji na półtora miliarda funtów, otwierał jej londyńską kwaterę obronną i dorzucał resortowi obrony kontrakt za prawie ćwierć miliarda. Bez przetargu, rzecz jasna; przetargi są dla ludzi, którzy mają alternatywę.

Między tymi głosami rozpięta jest cała stawka sporu o Palantira w Europie – i hasło, którym Karp ten spór wygrywa: AI sovereignty, suwerenność sztucznej inteligencji. Brzmi jak emancypacja. Znaczy: wasze dane zostaną u was, w waszej infrastrukturze, pod waszą flagą – ale na naszym oprogramowaniu. Suwerenność jako usługa, z fakturą co kwartał. Imperia platform społecznościowych żyją z naszej uwagi; ta firma żyje z przepływu: władzy, danych i pieniędzy. Kto siedzi na węźle, przez który płynie krwiobieg państwa, nie musi nikogo przekonywać ani niczym straszyć. Wystarczy, że istnieje ryzyko odłączenia.

Że nie jest ono teoretyczne, Europa przekonała się w 2025 roku, gdy po nałożeniu amerykańskich sankcji główny prokurator Międzynarodowego Trybunału Karnego stracił – jak donosiła agencja AP – dostęp do służbowej skrzynki prowadzonej przez Microsoft. Firma tłumaczyła się potem zawile, ale sedno zdążyło wybrzmieć: oskarżyciel największych zbrodni świata nie mógł wysłać maila, bo ktoś inny trzymał wyłącznik. Cory Doctorow nazwał w rozmowie ze Spider's Web+ "monarchią konstytucyjną" sposób, w jaki od ponad dwudziestu lat reguluje się cyfrowe potęgi: regulatorzy mówią królowi "Nadal możesz być królem, ale pozwól nam wskazywać, jak masz używać swojej władzy". Nikt nie mówi: "Zdetronizujemy cię". Nikt tu nie łamał prawa, nikt nie dopuścił się agresji, nic wielkiego przecież się nie stało – ale jakoś nagle wiadomo, kto kogo trzyma za smycz.

Palantir w Polsce

Dwudziestego siódmego października 2025 roku ten sam człowiek, który obiecywał wrogom Zachodu nieprzespane noce, stał w Wojskowym Centrum Edukacji Obywatelskiej w Warszawie obok Władysława Kosiniaka-Kamysza. Wicepremier i minister obrony podpisywał z nim list intencyjny o współpracy "w obszarach sztucznej inteligencji, technologii informacyjnych oraz cyberbezpieczeństwa"; w tle stali generałowie, w tym dowódca Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni Karol Molenda, w którego strukturach ma powstać Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji. Cicha faza trwała już rok – memorandum podpisano jeszcze w grudniu 2024, potem szły testy i ćwiczenia z udziałem inżynierów firmy. Trzy lata wcześniej Palantir zaliczył w Polsce dyskretny debiut, pomagając stawiać portal z ofertami pracy dla ukraińskich uchodźców. Klasyka wejścia: najpierw pomagamy, potem trzymamy nogę w progu.

Minister mówił tego dnia rzeczy, które mogłyby wyjść spod pióra działu marketingu Palantira: że firma to "absolutny lider w zakresie zarządzania danymi", że "bazy danych są obecnie największą walutą – cenniejszą niż złoto, dolary, euro", że "możemy pozostać w epoce, w której wszystko będziemy robić na papierowych mapach, tylko wtedy żadnej wojny nie wygramy".

Pełną gębą język kompleksów wobec Zachodu, którego uznanie legitymizuje prowincjonalnych książąt niczym niegdyś cesarski przywilej albo papieskie błogosławieństwo. Tylko czasy inne, więc trybut płacimy w "danych cenniejszych niż złoto".

Ale to Kosiniak-Kamysz, który najwyraźniej musi wywalczyć okrawki poparcia. Karp nie musiał się napinać, więc odwzajemniał się kurtuazją o Polsce, która "pokazuje, jak inwestować w obronność", i obietnicą inwestycji także w technologie cywilno-wojskowe. Scena jak z podręcznika: państwo frontowe, wydające na obronność najwięcej w NATO w proporcji do PKB, wita infrastrukturę, na której pracują Ukraina, Pentagon i kwatera główna sojuszu. Trudno o bardziej racjonalny odruch. I trudno o lepszy moment, żeby zadać pytania, na które Londyn odpowiedzi już nie pozna, a Karlsruhe wywalczyło je sądownie.

Bo list intencyjny to jeszcze nie umowa – i tu historia się komplikuje. Minister zapowiadał w październiku, że kontrakty na konkretne produkty przyjdą w perspektywie dwóch miesięcy. W grudniu 2025 roku resort studził: list niczego nie przesądza, stawiamy warunki, analizujemy alternatywy. Ktoś w MON najwyraźniej czyta cudze rachunki. Pytania, które trzeba rozstrzygnąć przed podpisem właściwej umowy, dadzą się sprowadzić do trzech. Kto ma kod – czy po latach i miliardach zostanie u nas cokolwiek poza fakturami, czego Brytyjczycy właśnie się dowiadują? Kto ma dane – czy architektura naprawdę trzyma je w kraju? I kto trzyma wyłącznik – co się dzieje z systemem dowodzenia armii frontowego państwa, jeśli w Waszyngtonie zmieni się pogoda?

Wszystkie etykiety Karpa 

Pozostaje człowiek, który to wszystko sprzedaje. Oficjalny portret Karpa zbudowany jest ze sprzeczności. "Wall Street Journal" opisywał go w 2018 roku jako "socjalistę z własnego nadania"; syn hipisów z frankfurckim doktoratem nazywał się czasem wręcz neomarksistą. On sam mówi o sobie "postępowiec, ale nie woke". W 2024 roku deklarował głosowanie przeciw Trumpowi i poparcie dla Kamali Harris – po czym jego firma została technologicznym kręgosłupem drugiej administracji Trumpa. Na telekonferencjach Karp potrafi jednocześnie mówić językiem liberalnego patriotyzmu i nazywać część współczesnej lewicy "cienką pogańską religią". Jego biograf Michael Steinberger rozstrzyga zagadkę formułą: on nie odszedł od lewicy, to lewica odeszła od niego. Pod koniec 2025 roku, u szczytu współpracy z administracją deportującą ludzi jego systemem, Karp obstawał w wywiadzie, że jest "bardziej zatwardziałym postępowcem" niż kiedykolwiek.

Można to czytać jako niespójność. Pożyteczniej czytać to jako konstrukcję nośną – szkielet, na którym buduje samego siebie.

Etykieta postępowca robi dla Karpa dokładnie to, co dla bohaterów jego doktoratu robił żargon: pozwala atakować, nie wyglądając na napastnika. Lewicy mówi "jestem jednym z was, więc moja firma nie może być tym, czym się wydaje"; prawicy mówi "patrzcie, nawet socjalista robi waszą robotę”; a każdemu, kto pyta o etykę, odpowiada bibliografią".

W lutym 2025 roku domknął tę konstrukcję książką: "The Technological Republic". Napisana z Nicholasem Zamiską, weszła prosto na szczyt listy bestsellerów "New York Timesa". Teza: Dolina Krzemowa zdradziła swoją misję, roztrwoniła talent na aplikacje do zamawiania jedzenia i musi wrócić do służby państwu, jak za czasów Projektu Manhattan. Blurby napisali generałowie i felietoniści konserwatywni; recenzenci mniej ujęci zauważali, że pod erudycyjną powierzchnią książka "nie mówi nic błędnego i niewiele w ogóle". Co jest zresztą bardzo precyzyjną recenzją: żargon nie służy do mówienia rzeczy, służy do zajmowania pozycji.

Do kompletu dochodzi teatr osobowości. Karp pracuje ze stodoły w New Hampshire, biega na nartach w tempie, które sam nazywa ślimaczym, ćwiczy qigong i tai chi; "Forbesowi" opowiadał kiedyś, że o Palantirze nie myśli tylko podczas pływania, ćwiczeń i seksu. Rodziny nie założył, bo – jak mówił – sama myśl przyprawia go o wysypkę. Prasa uwielbia tę figurę anty-CEO: dres zamiast garnituru, filozof zamiast inżyniera, stodoła zamiast kampusu.

Tym zabawniej czyta się dokumenty finansowe. Z raportu rocznego firmy za 2025 rok wynika, że Palantir zwrócił prezesowi siedemnaście milionów dwieście tysięcy dolarów za loty odrzutowcem – należącym do samego prezesa; rok wcześniej było to siedem milionów siedemset. Analitycy Jefferies próbowali przeliczyć te kwoty na czas i wyszło im, że przy rynkowych stawkach mógł spędzić w powietrzu kilkanaście do blisko trzydziestu procent roku. Asceta ze stodoły okazuje się jednym z najintensywniej latających ludzi Ameryki, a jego "prostota" kosztuje akcjonariuszy więcej niż niejeden pałac.

Najbardziej dotkliwa krytyka przyszła jednak nie od filozofów ani short-sellerów, tylko z samego środka firmy. W maju 2025 roku trzynaścioro byłych pracowników opublikowało list otwarty "The Scouring of the Shire". Tytuł jest celny dla firmy nazwanej po Tolkienie: w tym rozdziale "Władcy Pierścieni" bohaterowie wracają do domu i odkrywają, że zło zdążyło urządzić się także tam. Byli pracownicy oskarżyli Palantira o "normalizowanie autorytaryzmu pod przykrywką rewolucji prowadzonej przez oligarchów" i o coraz brutalniejszą retorykę. Większość byłych pracowników Palantira usta zamyka klauzula o niedyskredytowaniu; ci najwyraźniej podpisali się mimo tego.

Długi marsz Karpa

Rynek przez większość tej historii był dla Karpa znacznie łagodniejszy. Palantir czekał na pierwszy roczny zysk dwadzieścia lat, do 2023 roku; potem wszedł do S&P 500 i został najlepszą spółką indeksu w 2024; armia drobnych inwestorów, pielęgnowana przez Karpa specjalnymi sesjami pytań na callach, wyniosła kurs w listopadzie 2025 roku powyżej dwustu dolarów. Przy tradycyjnych wskaźnikach – nieczułych na nastroje tłumu i życzenia dorobkiewiczów – wycena wygląda jak zakład nie tyle o kolejne dobre kwartały, ile o to, że Palantir stanie się jedną z podstawowych warstw infrastruktury ery AI. Czyli, krótko mówiąc, że nie będzie opcji z niego nie korzystać.

Po rekordowym wybiciu ceny akcji Palantira, do gry wszedł Michael Burry – ten od wielkiego szorta na rynku nieruchomości w 2008 roku. Jego fundusz ujawnił opcje put na Palantira, czyli na spadek, obejmujące ekspozycję odpowiadającą pięciu milionom akcji. Media podały około 912 milionów dolarów jako "wartość zakładu", choć była to wartość nominalna aktywa bazowego, nie kwota zapłacona za opcje. Burry później uściślił, że wydał około 9,2 miliona dolarów i kupił prawo sprzedaży akcji po 50 dolarów w 2027 roku. To nadal realny zakład, tylko o dwa rzędy wielkości mniejszy od nagłówków. Ale wymowa zostaje: człowiek, który zarobił na przejrzeniu jednej bańki, płaci realne pieniądze za prawo sprzedania Palantira za drobne. Karp nazwał zakład obłąkanym i szortowaniem samej idei AI.

Wolność słowa w tej relacji jest w każdym razie symetryczna. W lutym 2025 roku, w rozmowie z Andrew Rossem Sorkinem, Karp wyznał, że marzą mu się drony opryskujące moczem z domieszką fentanylu analityków, którzy "próbowali go wykołować". Rok później Burry mu to przypomniał: zakpił na X z "wrogów, których Karp i Palantir nie mogą dosięgnąć dronami z fentanylowym moczem", a dwa dni później wyciągnął z raportu rocznego odrzutowiec, którym szef najwyraźniej lata po poranne pieczywo.  Rynek przez chwilę słuchał jego, nie Karpa: do początku sierpnia 2026 roku kurs był o niemal jedną trzecią niżej, niż zaczynał rok.  

Wiosną Burry otworzył nowy front. Ósmego kwietnia napisał, że Anthropic "zjada Palantirowi lunch" (choć wpis szybko skasował). Wyliczał, że laboratorium AI w kilka miesięcy urosło z dziewięciu do trzydziestu miliardów dolarów przychodów, a Palantir na pięć pracował dwadzieścia lat. Firmy wybierają rozwiązanie "łatwiejsze, tańsze, intuicyjne", więc Palantirowi zostanie rząd, "nisko marżowy i mały". Tym samym Burry podważał wizję tego jak silny jest i może być chwyt Palantira nad światową gospodarką. Akcje straciły kilkanaście procent w kilka dni, więc w swojej ocenie nie był odosobniony.

I wtedy, trzeciego sierpnia 2026 roku, Palantir opublikował wyniki drugiego kwartału, przy których spór o wycenę na moment zamilkł: przychody wyższe o dziewięćdziesiąt trzy procent rok do roku, amerykański biznes komercyjny o sto czterdzieści dziewięć, prognoza roczna podniesiona do ośmiu miliardów stu pięćdziesięciu milionów dolarów – o cztery piąte więcej niż rok wcześniej. A więc: kurs w górę o blisko jedną trzecią w jeden dzień. Karp w komunikacie nie silił się na skromność: kwartał był "nie z tego świata", a "popyt na suwerenność AI został właśnie spuszczony ze smyczy". W tym samym akapicie przemycił zdanie adresowane do klientów wielkich laboratoriów AI: wasza przewaga konkurencyjna "nigdy nie powinna stać się danymi treningowymi cudzych modeli". Przetłumaczmy: nie oddawajcie swoich danych im. Oddajcie je nam. Suwerenność, jak każda usługa abonamentowa, wymaga przede wszystkim, żeby klient nie wiedział, że da się ją mieć na własność.

Rekordowy kwartał przyszedł w środku wojny, którą Karp wypowiedział laboratoriom AI na początku lipca. W CNBC ogłosił wtedy, że z ich modelem sprzedaży tokenów "coś poszło kompletnie nie tak", bo klienci chcą wiedzieć, że "są właścicielami środków produkcji". Zdanie z aprobatą zacytował na X Satya Nadella, szef Microsoftu, najważniejszego partnera OpenAI. Pod koniec lipca Palantir podpisał z Nvidią i Microsoftem list w obronie modeli o otwartych wagach. W ciągu doby dopisało się drugie tyle firm, łącznie z OpenAI i Google.

W dniu ogłoszenia wyników Karp poszedł w CNBC nawet dalej. Laboratoria "próbują uzależnić nas od przyszłości, którą, jak sądzą, kontrolują" – w oryginale dosadniej: drug addict us. "Spędziłem dużo czasu z Dario i ekipą z Anthropic. Chcą nam wmówić, że musimy maszerować w przyszłość, w której niczego nie posiadamy, nasze firmy nie przynoszą zysków, nikt z nas nie ma pracy, a nasi przeciwnicy wygrywają".

Tych przeciwników w tym samym wywiadzie rozgrzeszył: chińska destylacja amerykańskich modeli nie jest nieuczciwa, skoro laboratoria same "wydestylowały całą wartość własności intelektualnej" od reszty ludzkości. Czasu z ekipą Amodeia Karp rzeczywiście spędził sporo. Claude był głównym modelem w niejawnych sieciach Pentagonu, wpiętym głęboko w palantirowego Mavena, aż na przełomie lutego i marca administracja uznała Anthropic za zagrożenie dla łańcucha dostaw i dała wojsku pół roku na wymianę. W sierpniu sąd uznał tę etykietę za bezprawny odwet, ale Palantir zdążył przerobić na własnej skórze pytanie o wyłącznik, które warto zadać w MON. Na odwyk Karp zaprasza, naturalnie, do siebie: firmy mają trzymać własne modele u siebie, a na nich postawić warstwę aplikacji – czyli rozwiązanie, które Palantir ma już gotowe.

Burry może mieć rację, że za nawet wybitną firmę można zapłacić absurdalnie dużo; akcjonariusze mogą mieć rację, że wzrost dopiero się rozpędza. Spory o cenę rozstrzygają się na rynku, a nie w esejach takich jak ten. Dla nas tutaj ciekawsze jest, w czym wszyscy się zgadzają. Byki wierzą w Palantira, bo klienci nie będą umieli od niego odejść. Burry wieszczy klientom przeprowadzkę do Anthropic. Karp ostrzega, że dilerem jest konkurencja. O sedno tego biznesu nikt się nie spiera. Sednem jest uzależnienie klientów od dostawcy; spór dotyczy wyłącznie tego, od którego.

I kto miał rację

Wróćmy do Frankfurtu.

Czternastego marca 2026 roku umiera Jürgen Habermas, filozof, który zbudował dzieło życia na jednej upartej tezie: że możliwa jest komunikacja wolna od dominacji, rozmowa, w której liczy się siła argumentu, a nie argument siły. Sześć dni później osobliwe pożegnanie pisze mu w "Politico" jego odrzucony doktorant – dziś operator największej infrastruktury komunikacji podporządkowanej, jaką zna Zachód: systemów, w których dane nie dyskutują, tylko meldują. Karp pisze o mistrzu ciepło. Chwali go za bezwzględność wobec idiotów i półidiotów. Wspomina korytarz, łzy, piękną doktorantkę. Cytuje list, który go zranił. I ani przez akapit nie zauważa ironii, że na odrzucony maszynopis sprzed ćwierćwiecza odpowiada teraz – w rozmowie, w której druga strona już nic nie powie.

A studencka rozprawa Karpa? Rozprawa okazała się najlepiej zweryfikowaną tezą w dorobku szkoły frankfurckiej ostatnich dekad. Agresja naprawdę nie znika w kulturze, która ją potępia – przebiera się w inny kostium ze słów i wraca z szykiem. Trzeba było tylko czytać uważnie i wyciągnąć wniosek odwrotny do zamierzonego: skoro odpowiednio dobrane słowa tak dobrze przenoszą agresję, to mogą być znakomitym opakowaniem produktu. "Bezpieczeństwo". "Odporność". "Suwerenność". Pod spodem, wypowiedziane raz do roku na telekonferencji, żeby wierni wiedzieli, za co płacą: straszyć, a od czasu do czasu zabijać. Habermas uznał, że autor tej myśli nie ma nic do powiedzenia w obszarze teorii. Miał rację połowicznie. W teorii – być może. W praktyce Alex Karp został najwybitniejszym uczniem szkoły frankfurckiej, jakiego wydał kapitalizm: jedynym, który diagnozę wdrożył produkcyjnie.