"Wiedźmin" nie pojawił się znikąd. Światowy sukces książek Andrzeja Sapkowskiego i opartych na nich gier ma za sobą długą historię polskiej fantastyki. Jej korzenie sięgają znacznie dalej niż PRL, ale to właśnie w czasach Gagarina, niedoboru i szarej codzienności science fiction zyskała w Polsce szczególną energię. Pisarze opowiadali o przyszłości, by mówić również o świecie, w którym żyli.
W PRL-u fantastyka nie była tylko eskapizmem dla ludzi marzących o kolorowych światach. Była również laboratorium idei, szkołą podejrzliwości i jednym z miejsc, w których można było sprawdzać, jak działa system. Czytelnik wiedział przecież, że powieść o odległej planecie może mówić o ulicy za oknem. Wiedział też, że obcy język, niezrozumiała procedura albo racjonalnie uzasadniona hierarchia bywają opowieścią o codziennej polityce, tyle że w kostiumie przyszłości.
Nie oznacza to jednak, że całą polską fantastykę naukową można sprowadzić do zakamuflowanej opowieści o systemie i komunizmie. Taką pokusę warto od razu powstrzymać. Kamil Muzyk, ekspert prawa kosmicznego i znawca fantastyki, przypomina, że w PRL-u silna była także klasyczna, techniczna, niekiedy wręcz hard science fiction. Wpływały na nią międzywojenna tradycja Hugona Gernsbacka, pismo „Młody Technik”, popularnonaukowe książki Arthura C. Clarke’a i fantastyka radziecka. Czytano również (popularną do dziś!) Ursulę K. Le Guin. Fantastyka socjologiczna była zjawiskiem ważnym, ale nie wypełniała całego pola.
Tomasz Kołodziejczak, znawca polskiej fantastyki i autor kanału "Otwarte komiksy", sięga w poszukiwaniu korzeni tego nurtu jeszcze głębiej.
– Polska fantastyka socjologiczna to zjawisko złożone i niejednorodne – mówi Tomasz Kołodziejczak.
Jej korzeni szuka również w "Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkach" Ignacego Krasickiego, "Trylogii Księżycowej" Jerzego Żuławskiego i twórczości Stanisława Lema.
Dopiero jednak twórczość Janusza A. Zajdla, Edmunda Wnuka-Lipińskiego czy Marka Oramusa z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych została wyodrębniona jako charakterystyczny polski nurt.
Screen z filmu "Fantastyczny Matt Parey" o Macieju Parowskim.
Kontrolowany wentyl wolności
Do jego siły przyczynił się nie tylko talent pisarzy, lecz także infrastruktura obiegu. Miesięcznik "Fantastyka" zaczął się ukazywać w 1982 roku, już w stanie wojennym. Przez lata osiemdziesiąte osiągał nakłady, o których współczesne pisma kulturalne mogą tylko marzyć: przeciętnie około 150 tysięcy egzemplarzy. Był miejscem publikacji prozy, krytyki, informacji o książkach niedostępnych po polsku i budowania wspólnoty czytelników. W konkursie pisma zadebiutował Andrzej Sapkowski z "Wiedźminem", a na jego łamach jako nastolatek publikował Jacek Dukaj.
Wokół redakcji Macieja Parowskiego powstało środowisko, które przez kolejne dekady współdecydowało o hierarchiach polskiej fantastyki. To tutaj spotykały się różne temperamenty i światopoglądy, od autorów fantastyki socjologicznej po twórców późniejszej generacji, takich jak Rafał A. Ziemkiewicz. "Fantastyka" nie była jednak podziemną gazetą przemyconą pod nosem władzy. Funkcjonowała w oficjalnym obiegu, zależnym nie tylko od decyzji cenzora, ale także od przydziału papieru.
Dlatego opowieść o sprytnych pisarzach, którzy oszukiwali nieuważnych urzędników, jest zbyt wygodna. Prof. dr hab. Wojciech Kajtoch, badacz fantastyki i języka mediów, stawia sprawę ostrzej:
– Możliwość "obejścia" cenzury była w Polsce mitem – mówi Wojciech Kajtoch. W jego ocenie cenzorzy rozumieli polityczne aluzje. Jeśli dopuszczali książkę do druku, nie oznaczało to, że autor ich przechytrzył: władza w danym momencie godziła się na publikację takiej krytyki.
Kołodziejczak ujmuje tę dwuznaczność podobnie.
– Nie sądzę zresztą, żeby cenzorzy nie widzieli aluzji i odniesień, po prostu system dopuszczał pewną wolność myśli i krytykę, tak w SF, jak i w muzyce rockowej, czy w kabaretach – dodaje.
Fantastyka była więc zarazem przestrzenią krytyki i kontrolowanym wentylem bezpieczeństwa. To napięcie nie osłabia dawnych powieści. Przeciwnie: pomaga zrozumieć, dlaczego ich język jest pełen masek, paraboli i systemów, których prawdziwe imiona pozostają niewypowiedziane.
Fantastyka, wydania z 1982 roku.
Przepowiednia czy diagnoza?
Kiedy wraca się dziś do polskiej fantastyki XX wieku, najłatwiej polować na trafione gadżety. Poważniejsza lektura zaczyna się jednak tam, gdzie kończy się zabawa w bingo wynalazców. Pisarze nie musieli znać smartfonów, platform cyfrowych ani generatywnej sztucznej inteligencji, żeby dostrzec pragnienie kontroli, wiarę w bezstronność techniki czy gotowość człowieka do wymiany części wolności na wygodę.
Czy można więc powiedzieć, że polska fantastyka przewidziała naszą teraźniejszość? Kamil Muzyka, ekspert prawa kosmicznego i znawca fantastyki, rozróżnia pojedyncze celne wizje od bilansu całej twórczości.
Na pytanie o ten bilans odpowiada: "generalnie nie, biorąc pod uwagę wszystkie utwory". Niektóre spekulacje rzeczywiście znalazły jednak odpowiedniki w naszym świecie. Zdaniem Kamila Muzyki dopiero zestawienie różnych książek tworzy mozaikę podobną do współczesności: "Limes inferior" pokazuje mechanizm cyfrowej kontroli, proza Rafała A. Ziemkiewicza dopowiada kwestie geopolityczne i medialne, a "Operacja Wieczność" Bohdana Peteckiego przybliża pewne problemy zdalnej pracy i zależności od sztucznej inteligencji.
Profesor Kajtoch proponuje jeszcze wyraźniejsze rozróżnienie. Według niego zadania futurologiczne stawiała sobie przede wszystkim fantastyka publikowana mniej więcej do końca lat pięćdziesiątych, kiedy wierzono w naukowe prawa rozwoju historii. Obietnica rozwiniętego komunizmu, którą przynosiły wczesne wizje przyszłości, nigdy się nie ziściła. Później autorzy częściej badali na wymyślonych przykładach problemy własnej teraźniejszości. Nie byli jasnowidzami. Byli uważnymi diagnostami.
Lem: od pewności do podejrzenia
Stanisław Lem zajmuje w tej historii miejsce szczególne, lecz jego droga jest ciekawsza niż gotowa etykieta "wizjonera".
"Astronauci" i "Obłok Magellana" wyrastały jeszcze z powojennej wiary, że nauka oraz socjalistyczna organizacja świata poskromią polityczne szaleństwo. Pisarz był przed 1956 rokiem ideologicznie zaangażowany. Potem doświadczenie stalinizmu i odwilży rozbiło tę pewność. Jak mówi profesor Kajtoch: "1956 rok pokazał mu, że cały ten stalinowski komunizm był pełną mordów i kłamstwa bzdurą". Polityczny wstrząs spotkał się u Lema z filozoficzną skłonnością do pesymizmu poznawczego.
Za tą przemianą stała także wcześniejsza, znacznie ciemniejsza biografia. Lem przeżył okupację Lwowa, Zagładę miejscowych Żydów i terror obu okupantów, niemieckiego i radzieckiego. Obserwował działanie machiny, która odbierała ludziom imiona, przeszłość i status człowieka. Późniejszy lęk przed doskonale racjonalnymi systemami nie był zatem wyłącznie ćwiczeniem intelektualnym. W jego prozie technika często nie jest zła sama w sobie. Niebezpieczna staje się pewność, że można za jej pomocą opisać, sklasyfikować i urządzić wszystko, co ludzkie.
W "Solaris" ocean nie jest po prostu kosmicznym komputerem ani wcześniejszą wersją sztucznej inteligencji. Potrafi ingerować w życie badaczy: materializuje postaci z ich wspomnień, odsłaniając to, o czym woleliby zapomnieć. Czy można nazwać go systemem totalitarnym – wszechwładnym, nieprzeniknionym, pozbawiającym człowieka kontroli nad własną psychiką? To kusząca metafora doświadczenia ludzi na stacji, ale jako opis samego oceanu idzie za daleko. Nie wiemy, czy ma zamiar rządzić, karać lub choćby porozumieć się z ludźmi. Powieść nie daje mu programu politycznego; pokazuje raczej granice ludzkiego poznania. Dzisiejsze porównanie z AI również ma sens tylko częściowo: modele językowe są ludzkimi wytworami trenowanymi na ludzkich danych, ocean pozostaje radykalnie obcy. Obie lektury odsłaniają jednak nasz nawyk przypisywania nieznanemu ludzkich intencji.
W "Głosie Pana" naukowcy próbują rozszyfrować sygnał docierający z kosmosu, choć nie wiedzą nawet, czy jest wiadomością i kto mógłby być jej nadawcą. Jedni szukają w nim dowodu istnienia obcej inteligencji, inni dostrzegają możliwość praktycznego, także wojskowego wykorzystania odkrycia. To przykład ambicji, lęków i interesów, które kształtują interpretację tego samego zjawiska.
W "Niezwyciężonym" potęga techniczna przegrywa z procesem ewolucyjnym, którego nie potrafi uznać na jego własnych prawach. To nie katalog wynalazków, lecz demontaż pychy.
Najbardziej polityczny Lem pojawia się tam, gdzie rzeczywistość przestaje być wspólna. W "Kongresie futurologicznym" środki psychoaktywne zmieniają to, co ludzie widzą i czują: nędza oraz zrujnowane otoczenie mogą jawić się jako dobrobyt i piękne miasto. Władza nie musi wówczas naprawiać świata ani polegać wyłącznie na przemocy, skoro potrafi dostarczyć obywatelom przyjemniejszy obraz rzeczywistości. Profesor Kajtoch uważa, że ta książka pomaga zrozumieć dzisiejszy świat spersonalizowanych informacji. Analogia nie jest dosłowna: u Lema złudzenie wywołuje chemia, dziś odmienny obraz świata mogą podsuwać dopasowane przekazy, filtry i interfejsy.
"Pamiętnik znaleziony w wannie" zmienia instytucję w labirynt instrukcji, szyfrów i ukrytych intencji. W tym miejscu warto przywołać również głośny esej "Sex Wars, czyli świat i Polska", pierwotnie opublikowany w paryskiej "Kulturze" w 1992 roku, a później otwierający tom publicystyki "Sex Wars". W zbiorze tym Lem komentował naukę, politykę, nowe technologie i koncepcje antropologiczne, stale sprawdzając wielkie prognozy przeciwko nieporządkowi rzeczywistości. W fikcji budował możliwe światy, w publicystyce przyglądał się natomiast temu, dlaczego realny świat tak często odmawia futurystom posłuszeństwa.
Zajdel: Klucz do systemu
Jeżeli Lem badał granice poznania, Janusz A. Zajdel rozkręcał mechanizmy państwa śrubka po śrubce. "Limes inferior" z 1982 roku opisuje Argoland – społeczeństwo podzielone według rzekomo obiektywnie mierzonej inteligencji. Praca jest częściowo pozorem, gospodarka produkuje absurd, a oficjalna hierarchia żyje dzięki ekosystemowi oszustów, pośredników i ludzi naprawiających system jego własnymi lukami.
Dziś łatwo dopisać do tej wizji bullshit jobs Davida Graebera: stanowiska, których społecznego sensu nie potrafią wskazać nawet wykonujący je ludzie. Jest tu również odległe echo współczesnej dyskusji o dochodzie podstawowym, nazywanym także UBI od angielskiego universal basic income – regularnym świadczeniu pieniężnym dla wszystkich, niezależnym od zatrudnienia. Argoland zapewnia obywatelom środki zależnie od przypisanej klasy, a więc nie realizuje zasady powszechnego dochodu podstawowego. Zestawienie służy tu jedynie postawieniu pytania o godność i sprawczość: samo odłączenie dochodu od pracy nie daje wolności, jeśli o miejscu człowieka nadal decyduje nieprzejrzysty system.
Najsłynniejszym rekwizytem powieści jest Klucz: dokument, środek płatniczy, przepustka, kartoteka i narzędzie lokalizacji. Dla współczesnego czytelnika wygląda jak smartfon połączony z cyfrową tożsamością. Profesor Kajtoch przestrzega jednak przed zbyt łatwą aktualizacją.
– Klucz jest raczej satyrą na szczególną dystrybucję dóbr w PRL. Chodzi o sklepy dla górników, Pewex, Baltonę itd. – zauważa.
Mariusz M. Leś, autor monografii "Fantastyka socjologiczna. Poetyka i myślenie utopijne", przypomina ponadto, że Maciej Parowski widział w Kluczu także parodię zachodnich udogodnień – między innymi kart kredytowych – które obezwładniają użytkownika. Już wtedy rekwizyt pracował więc w dwóch porządkach: komentował reglamentowany PRL i uniwersalizował zależność od infrastruktury.
Kołodziejczak podkreśla, że na tym polega dziś najciekawsza aktualność Zajdla. Pisarz "dokonał czegoś więcej niż prosta alegoryzacja PRLu".
Ekspert wylicza.
– Klucz, z zakodowanymi pełnymi danymi o obywatelu, jako sposób kontroli państwa nad jednostką. Oszukiwanie systemów elektronicznego nadzoru poprzez używanie specjalnego, kreowanego na bieżąco języka: koalangu. Podział społeczeństwa na "15-minutowe" strefy zamieszkania, kwadraty, blokujące transfer ludzi i informacji. To nie znaczy, że każda współczesna technologia realizuje projekt Argolandu. Znaczy tylko, że wygoda identyfikacji, płatności i komunikacji może zostać złączona z możliwością kontroli – tłumaczy.
Jeszcze ostrzejsza "Paradyzja" opowiada o świecie utrzymywanym przez wielkie kłamstwo przestrzenne i językowe. Władza kontroluje nie tylko informację, ale też to, co mieszkańcy mogą bezpiecznie powiedzieć; ci odpowiadają koalangiem, mową opartą na aluzji i wieloznaczności. Przypomina to dzisiejsze platformy cyfrowe: użytkownicy omijają automatyczne filtry, zmieniając zapis słów lub używając aluzji, gdy obawiają się usunięcia wpisu czy ograniczenia jego zasięgu. Takie praktyki bywają reakcją na arbitralne decyzje i można je nazywać cenzurowaniem wypowiedzi. Różnica pozostaje jednak zasadnicza. U Zajdla stawką była polityczna kontrola obywateli przez państwo; na platformach prywatne regulaminy i moderacja – również ta chroniąca przed przemocą czy nękaniem – działają w innych warunkach, choć ich decyzje także mogą ograniczać debatę. Profesor Kajtoch przypomina zasadę "odbioru historycznie adekwatnego": trzeba respektować wiedzę autora i pierwszych czytelników. Zajdel miał przed oczami cenzurę polityczną, nie współczesny internet.
Zajdlowscy bohaterowie uczą się wykorzystywać luki w systemie. Nie jest to jednak czysty bunt. "Każdy system trwa dlatego, że ludzie uczą się omijać jego absurdy" – zauważa Profesor Kajtoch. Kombinatorzy zarazem osłabiają porządek i pomagają mu przetrwać, bo czynią codzienność znośną. Ta uwaga pasuje również do relacji z platformami Big Techu. Narzekamy na śledzenie, arbitralną moderację czy uzależniające mechanizmy, lecz pozostajemy, bo są tam znajomi, praca, pamięć zdjęć i wygodne usługi. Siłę systemu podtrzymuje nie tylko przymus, ale także przyzwyczajenie, lęk przed wykluczeniem i realna użyteczność.
Wnuk-Lipiński: sprawna opresja
Edmund Wnuk-Lipiński patrzył na ten sam problem oczami socjologa. Trylogia "Apostezjon" – "Wir pamięci", "Rozpad połowiczny" i "Mord założycielski" – przedstawia technokratyczne państwo, które ingeruje w pamięć i tożsamość skuteczniej niż w zachowanie. Człowieka można tu nie tylko uwięzić, ale przeprogramować jego biografię, odciąć od dawnego "ja" i oddać społeczeństwu jako kogoś innego.
Najmocniejsze pytanie cyklu brzmi: czy system przestaje być opresyjny, jeśli jest sprawny? W tym miejscu "Apostezjon" wykracza poza argument o pustych półkach. Współczesne Chiny pokazują, dlaczego to pytanie nie straciło znaczenia. Państwo może rozwijać infrastrukturę, podnosić poziom życia milionów ludzi i skutecznie zarządzać wielkimi procesami, a jednocześnie ograniczać pluralizm polityczny, kontrolować informację i rozbudowywać nadzór. Sukces gospodarczy nie jest dowodem wolności, tak jak wolność nie gwarantuje sprawności. Wnuk-Lipiński zmusza do utrzymania obu prawd naraz.
Polityczny wybór autora był czytelny: doradzał "Solidarności", uczestniczył w rozmowach Okrągłego Stołu, a po 1989 roku współtworzył instytucje naukowe demokratycznej Polski. Dzisiaj pamięta się go przede wszystkim jako badacza transformacji i rektora Collegium Civitas, przez co pisarz bywa przesłonięty przez profesora. Niesłusznie. "Apostezjon" dopowiada jego socjologię obrazem, którego nie zastąpi tabela: tożsamość polityczna zależy od pamięci, a kto może redagować przeszłość, ten projektuje granice przyszłości. W epoce dezinformacji i syntetycznych obrazów ta intuicja brzmi wyjątkowo świeżo.
Nie warto jednak stawiać znaku równości między wszystkimi autorami. "Dużo ich nie łączy" – przestrzega Profesor Kajtoch. Lem bywał polityczny przede wszystkim w groteskach, Zajdel pisał aluzyjnie, gdy w oficjalnym obiegu otworzyła się na to przestrzeń, a nie każda literacka dyktatura musiała oznaczać PRL. Wrzucenie Lema, Zajdla, Wnuka-Lipińskiego i Snerga do jednego worka "pisarzy antysystemowych" zaciera ich najważniejsze różnice.
Snerg i system, którego nie widać
Osobne miejsce należy się Adamowi Wiśniewskiemu-Snergowi i jego "Robotowi". To najmniej publicystyczna z omawianych książek, dzika, nierówna, chwilami hipnotyczna. Bohater próbuje odkryć własną naturę w rzeczywistości zorganizowanej przez byty stojące wyżej w hierarchii poznania. Ludzie mogą być dla Nadistot tym, czym przedmioty i automaty są dla ludzi: elementami układu niezdolnymi zobaczyć reguł całości.
Profesor Kajtoch przypomina, że Snerg "w ogóle nie myślał o polityce".
– Nie warto więc dopisywać mu programu ani partyjnej afiliacji. Polityczna siła "Robota" jest skutkiem późniejszej lektury: rodzi się z radykalnego doświadczenia podległości. Dzisiaj podobne pytanie powraca wobec modeli decydujących o widzialności, zatrudnieniu, kredycie czy dostępie do informacji. Nie dlatego, że algorytm jest Nadistotą, lecz dlatego, że człowiek coraz częściej widzi wynik procesu, którego reguł nie zna i którego nie potrafi zakwestionować – wyjaśnia.
Kamil Muzyka zwraca uwagę na ograniczenie takich analogii. Polscy autorzy tworzyli "mozaikę rozpoznającą szczegółowe mechanizmy władzy", ale często opisywali je w izolacji od późniejszych procesów globalnych. Diagnoza zbudowana w warunkach PRL-u nie musi działać tak samo po pojawieniu się cyfryzacji, globalizacji czy odmiennych modeli kulturowych. Dawna literatura dostarcza narzędzi do myślenia, niegotowych instrukcji obsługi XXI wieku.
Kanon ma martwe pola
Klasyki nie należy zamieniać w gabinet samych trafnych diagnoz. Jej wyobraźnia bywa wyraźnie męska: centrum świata zajmują uczony, inżynier, kosmonauta i dysydent, podczas gdy kobiety zbyt często pozostają funkcją fabuły albo nie pojawiają się wcale. Autorzy świetnie rozpoznawali przemoc instytucji, słabiej – władzę ukrytą w rodzinie, obyczaju i podziale pracy.
Podobne ograniczenie widać w historii środowiska "Fantastyki". Z ankiet pisma wynikało, że około 90 procent respondentów stanowili mężczyźni. Nie znaczy to, że kobiety nie czytały i nie tworzyły fantastyki, lecz ich doświadczenie słabiej wpływało na kanon i opowieść o jego powstaniu. Dzisiejsza lektura musi więc pytać nie tylko, co dawni autorzy zobaczyli, ale także czego nie potrafili albo nie chcieli dostrzec.
Technologia ma u nich zwykle monumentalną postać aparatu państwa. Trudniej było przewidzieć kontrolę dobrowolną, intymną i konsumencką, zamawianą wraz z usługą. Zajdel rozumiał znaczenie wygody, ale nie mógł znać ekonomii platform, w której użytkownik jednocześnie konsumuje, produkuje dane i sam pilnuje własnej widzialności. Dlatego aktualizowanie klasyków wymaga sporu, a nie nabożeństwa.
Testament futurystów
Co zostało z przyszłości projektowanej w PRL-u? Nie jeden polityczny testament. Lem przeszedł od młodzieńczego optymizmu do sceptycyzmu; Zajdel był związany z demokratyczną opozycją; Wnuk-Lipiński połączył etos "Solidarności" z budowaniem instytucji wolnego państwa; Snerg pozostawił metafizyczne podejrzenie, nie deklarację.
Łączy ich przede wszystkim czytelnicze pytanie o moment, w którym narzędzie wyzwolenia zmienia się w narzędzie dyscypliny: nauka w dogmat, informacja w propagandę, identyfikator w smycz, pamięć w edytowalny plik, racjonalna organizacja w system bez człowieka. Kołodziejczak podsumowuje siłę Zajdla słowami, które można odnieść do całego nurtu.
– Zajdel zauważył (jak przed nim np. Bradbury czy Dick), że ludzi kontrolować może nie tylko brutalna przemoc, ale też medialna propaganda i rozrywkowe ogłupienie, śledzenie edukacji i zakupów, segregacja kastowa i geograficzna. I że pod taką, teoretycznie miękką opresją, zachowanie swojego "ja" może być nawet trudniejsze – tłumaczy.
Po 1989 roku zmienił się przeciwnik. Państwowy monopol informacji ustąpił konkurencji kanałów, a niedobór – nadmiarowi. Władza nie zniknęła; rozproszyła się między urzędy, rynki, platformy i samych użytkowników. Dziedzictwo klasyków podjęli późniejsi autorzy, między innymi Jacek Dukaj, dla którego stawką nie jest już wyłącznie cenzura, lecz przemiana człowieka przez technologie komunikacji.
Najlepsza kolejność lektury? Zacząć od "Limes inferior", bo jego świat wciąga jak kryminał i szybko ujawnia społeczną maszynerię. Potem "Kongres futurologiczny", krótki, zabawny i coraz mniej zabawny z każdą stroną. Następnie "Wir pamięci", który przenosi konflikt do wnętrza biografii, oraz "Robot", gdy czytelnik jest już gotów stracić pewność, kto właściwie patrzy. "Paradyzję" warto zostawić na finał: jako książkę o tym, że prawda polityczna potrzebuje nie tylko faktów, ale wspólnoty zdolnej je nazwać.
Klasyczna polska science fiction nie przepowiedziała nam przyszłości. Zrobiła coś pożyteczniejszego: nauczyła rozpoznawać władzę, zanim ta przedstawi się jako władza – pod postacią przyjaznego interfejsu, obiektywnej punktacji, eksperckiej konieczności albo wygodnej wersji rzeczywistości. Dlatego te książki nie stoją dziś na półce jak muzealne eksponaty z epoki rakiet i cenzury. Są instrukcjami patrzenia, które trzeba stale aktualizować i sprawdzać w rozmowie z innymi. Napisanymi dla mieszkańców obcych planet, a wciąż zaskakująco dobrze działającymi na Ziemi.