Nie rządzi żadną firmą, słucha się go Trump. Marc Andreessen, bożek Doliny Krzemowej

Zbudował przeglądarkę, przez którą świat wszedł do internetu, przegrał wojnę z Microsoftem, a potem przestał budować cokolwiek – i właśnie wtedy zaczęła się jego prawdziwa kariera. Oto Marc Andreessen: człowiek, który nie prowadzi żadnej firmy technologicznej, nie sprawuje żadnego urzędu, ale ma większy wpływ na przyszłość technologii niż większość ludzi robiących jedno albo drugie.

Nie rządzi żadną firmą, słucha się go Trump. Marc Andreessen, bożek Doliny Krzemowej

Połowa maja 2026 roku, studio znanego podcastera Joe Rogana w Austin. Marc Andreessen – współzałożyciel funduszu Andreessen Horowitz (razem z Benem Horowitzem), człowiek, który wpompował w sztuczną inteligencję więcej pieniędzy niż wart budżet niejednego państwa – właśnie tłumaczy, że branża AI fatalnie sprzedaje ludziom swoją technologię.

Rogan łapie go w locie. "Czyli mówisz, że ludzie od AI fatalnie sprzedają AI. No to sam sprzedaj!"

I wtedy dzieje się coś, co przez następny tydzień będzie krążyć po internecie. Najbogatszy ewangelista sztucznej inteligencji w Ameryce zaczyna się jąkać. "Tak – aha, sprzedać to, to znaczy, słuchaj, no tak, to jest, dobra – no dobra, dam ci najgłębszy z możliwych pitchów, dam ci, ten – okej." Po czym opowiada o Newtonie, który dwadzieścia lat szukał klucza do alchemii, czyli sposobu na przemianę rzeczy pospolitych w rzeczy rzadkie. Metaforę w końcu domyka: AI to "rodzaj alchemii, która zamienia piasek w myśl", thought at scale, rozszerzenie intelektu dla każdego, na zawsze.

Idea jest… powiedzmy, że ładna. Poprzedza ją jednak trzydzieści sekund jąkania, a po niej nie następuje nic – żaden przykład, żadna rzecz, która komuś wyjdzie lepiej. Miliony słuchaczy Rogana usłyszały tego dnia abstrakcyjną, wydukaną wizję  zamiast faktycznej odpowiedzi. Świetna sprzedaż, Panie Andreessen; konkurencja klęka.

Czy Andreessen to zwykły ściemniacz? Nic z tych rzeczy, mówimy w końcu o człowieku, który trzy dekady wcześniej sprzedał światu internet. Miał wówczas dwadzieścia trzy lata i mówił o sieci tak, że rozumiał go każdy: "trzeba było być inżynierem od rakiet, żeby cokolwiek z tego wyciągnąć" – tłumaczył, po co w ogóle napisał Mosaic. Dwa lata później, u szczytu, brzmiał jak agitator: "Dziś, dzisiaj, przy odrobinie szczęścia, rozumu i wyczucia czasu każdy dzieciak z komputerem może zrobić to, co zrobił Netscape. Nie ma już żadnych barier wejścia. Każdy dzieciak może wzniecić rewolucję."

Prasa to kupowała hurtowo. Tabloid szedł ze zdjęciem glamour i nagłówkiem "Jest młody, jest gorący i jest tutaj".

"Forbes" wpisał firmę na listę dwudziestu pięciu najfajniejszych, zanim ta wypuściła jakikolwiek produkt. W sierpniu 1995 roku "Economist" ochrzcił go "nowym elektronicznym mesjaszem." Pół roku później był na okładce "Time'a." Co się od tamtej pory zmieniło? Chyba nie talent ani inteligencja.

Cóż, zmieniła się struktura jego władzy. Bloomberg opisał w lutym 2026 roku, że Andreessen Horowitz jest dziś "pierwszym telefonem", jaki wykonują urzędnicy Białego Domu i republikańscy doradcy w Kongresie, zanim ruszą cokolwiek dotykającego AI – a według byłego urzędnika administracji główny lobbysta firmy ma w praktyce prawo weta wobec propozycji regulacji. Biały Dom zaprzecza, oczywiście. 

Według "New York Timesa" firma i jej dwaj założyciele są największym jawnym donorem trwającego cyklu wyborczego – ponad sto piętnaście milionów dolarów, więcej niż Soros (niecałe 103 miliony) czy Musk (85 milionów). Sam Andreessen zasiada w prezydenckiej radzie do spraw nauki i technologii, w ciele doradczym Pentagonu, a od lipca w grupie roboczej Rezerwy Federalnej. W DOGE też był zamieszany i mówił o tym: „Nie jestem z DOGE, jestem bezpłatnym stażystą.” Zaiste!

Nie chodzi o to, że Andreessen zapomniał, jak się mówi. Mówi bez przerwy – o tym za chwilę – tylko nie do nas. Pitch szlifuje się pod konkretnych odbiorców, pod target, a Andreessen dawno przestał mieć publiczność, której trzeba cokolwiek sprzedawać. Teraz – jest tam, gdzie chciał być i może po prostu wybierać. Który startup dostanie pieniądze. Który człowiek dostanie stanowisko. Która ustawa zniknie ze stołu. 

Ale – żeby zrozumieć, jak dochodzi się do władzy, która obywa się bez publiczności, trzeba zacząć od początku. Od miejsca, w którym publiczności nie było wcale.

Marc Andreessen. Fotografia: Wikimedia / JD Lasica

Ucieczka

New Lisbon w stanie Wisconsin ma dziś niespełna dwa i pół tysiąca mieszkańców i ani jednej sygnalizacji świetlnej. W latach siedemdziesiątych, gdy dorastał tam Marc Andreessen, miało jeszcze mniej wygód, niż ma teraz. Jego ojciec, Lowell, sprzedawał nasiona kukurydzy dla Pioneer Hi-Bred. Matka, Patricia, obsługiwała klientów wysyłkowego Lands' End. Rodzinę opisze po latach Tadowi Friendowi z "New Yorkera" jednym zdaniem: "skandynawscy, hardkorowi, głęboko wyrzekający się wszystkiego ludzie, którzy idą przez życie, nie oczekując, że będą szczęśliwi."

Detale z tego dzieciństwa brzmią jak świat z prozy Steinbecka. Pewnej zimy ojciec przestał płacić za ogrzewanie gazowe, "więc spędzaliśmy mnóstwo czasu, rąbiąc to cholerne drewno." Kino w sąsiednim miasteczku mieściło się w nieogrzewanym magazynie nawozów sztucznych – "Gwiezdne wojny" młody Marc Andreessen obejrzał więc w firmowej kurtce ojca Pioneer Hi-Bred, siedząc, jak sam wspominał, "na składnikach potężnej bomby." Najbliższa księgarnia była godzinę drogi od domu, w miasteczku uniwersyteckim. Kiedy wiele lat później ktoś przy nim ubolewał nad losem niezależnych księgarń wypieranych przez Amazona, wybuchł: "Pieprzyć niezależne księgarnie. Tam, gdzie dorastałem, żadnych nie było. Reszta z nas mogła sobie pogwizdać."

Przyszłość docierała do New Lisbon wyłącznie przez telewizor: gadający samochód z "Knight Ridera" czy "Star Trek." Po drugiej stronie ekranu istniał świat, w którym technologia rozwiązywała problemy; po tej stronie było rąbanie drewna. "Naturalnym stanem człowieka jest być rolnikiem produkującym na własne potrzeby – i takie były moje oczekiwania" – powie potem. O rodzicach nie mówi jednak dużo. Bliski przyjaciel wyznał dziennikarzowi, że przez lata znajomości usłyszał od niego na ten temat jedno zdanie: "Oni mnie nie lubili, a ja też nie przepadałem za nimi."

Nie lubię psychologizować ludzi, których znam wyłącznie z cudzych tekstów. Ale Andreessen sam ułatwia zadanie, bo swoją biografię opowiada zawsze tak samo: jako ucieczkę. Z miejsca, które nie miało mu nic do zaoferowania, do miejsca, które miało wszystko. Czy po drodze nauczył się gardzić jednym i drugim – prowincją, z której uciekł, i elitami, do których uciekał – o to spierają się dziś jego krytycy i jego adwokaci. Ale do tego sporu jeszcze wrócimy, bo jest o czym opowiadać.

Kradzież

Ucieczka zaczęła się banalnie: od studiów informatycznych na stanowym Uniwersytecie Illinois i studenckiej fuchy w NCSA – Narodowym Centrum Zastosowań Superkomputerów. Ośrodek istniał, bo fizyk Larry Smarr wychodził w Narodowej Fundacji Nauki pieniądze na superkomputery do modelowania zderzeń czarnych dziur. Czyli: czysta nauka podstawowa, opłacona z podatków, bez żadnego biznesplanu. Stawka studenta Andreessena wynosiła sześć dolarów osiemdziesiąt pięć centów za godzinę.

Za te pieniądze, wspólnie z etatowym programistą NCSA Erikiem Biną, przez kilka zimowych miesięcy przełomu 1992 i 1993 roku napisał Mosaic – pierwszą przeglądarkę, która wyświetlała obrazki wewnątrz strony i którą dało się zainstalować bez doktoratu. Sama sieć istniała od dawna: internet wyrósł z wojskowej agencji DARPA, protokół WWW powstał w CERN i został oddany światu za darmo. Mosaic zrobił z tej akademickiej hydrauliki coś, co można było pokazać rodzicom. W ciągu roku miliony pobrań; zespół rozrósł się z dwóch osób do dwudziestu. A projekt – jak to na uczelniach – przeszedł pod zarząd instytucji.

W grudniu 1993 roku "New York Times" opublikował duży tekst o Mosaic. Ilustrowało go zdjęcie dyrektora Smarra i uczelnianego koordynatora projektu. Autorów kodu na fotografii nie było. Andreessen skończył studia i wyjechał do Kalifornii z przekonaniem, które zostanie z nim na zawsze: instytucja ukradła mu dzieło. Kiedy Jim Clark, świeżo po odejściu z założonego przez siebie Silicon Graphics, napisał do niego maila z propozycją zrobienia czegoś razem, Andreessen zaproponował rzecz prostą: zbudujmy Mosaic jeszcze raz, tym razem dla siebie – i podbierzmy z NCSA cały zespół. Uczelnia poszła na wojnę o nazwę i prawa; skończyło się ugodą, kilkoma milionami dolarów odszkodowania i zmianą szyldu na Netscape. Andreessen komentował z goryczą: "Idziesz na uczelnię, robisz badania, odchodzisz – a oni próbują okaleczyć twój biznes. Tak chcielibyście być traktowani?"

Dla porządku: jego ówczesna przełożona z NCSA twierdziła później, że pomysł graficznej przeglądarki wyszedł od niej, a koordynator projektu mówił o "organicznym" procesie zespołowym. Spór o ojcostwo Mosaic nigdy nie został rozstrzygnięty – jak większość sporów o ojcostwo rzeczy, które zarobiły miliardy. Jak wiemy sukces ma wielu ojców, a porażka zawsze jest sierotą. 

Z tej historii dało się wyciągnąć dwie lekcje. Pierwsza: wszystko, na czym Andreessen zbudował życie, wyrosło z publicznych pieniędzy – sieć internetowa z wojska, protokół z międzyrządowego laboratorium, przeglądarka z grantu na czarne dziury, pierwsza pensja z budżetu federalnego. Druga: instytucja, która ci to dała, spróbuje ci to odebrać. Andreessen zapamiętał tylko tę drugą lekcję. Trzydzieści lat później napisze pięciotysięczny manifest o tym, skąd bierze się dobrobyt, wymieni w nim z nazwiska swoich patronów – od Nietzschego po fikcyjnego Johna Galta, bohatera kultowej powieści Ayn Rand "Atlas zbuntowany" – i nie znajdzie miejsca ani dla DARPA, ani dla CERN-u, ani dla Narodowej Fundacji Nauki.

Boso, ale w ostrogach

Netscape wystartował w kwietniu 1994 roku, a już 9 sierpnia 1995 wszedł na giełdę – firma bez zysków, której akcje z wycenionych na dwadzieścia osiem dolarów skoczyły pierwszego dnia do pięćdziesięciu ośmiu. Ten dzień uznaje się za początek bańki internetowej. Pół roku później, 19 lutego 1996, "Time" posadził dwudziestoczteroletniego Andreessena na okładce: boso, na złotym tronie, nad tytułem "The Golden Geeks". Ameryka dostała nowego bohatera – nerda z prowincji, który wszedł na salony bez butów, startując od zera do wartości pięćdziesięciu kilku milionów dolarów.

A potem Microsoft przerobiła tego bohatera na studium przypadku. Internet Explorer był rozdawany za darmo i zszyty z Windowsami; dystrybucja pobiła produkt; udział Netscape w rynku stopniał w kilka lat z ponad osiemdziesięciu procent do kilkunastu. Departament Sprawiedliwości pozwał Microsoft w maju 1998 roku o nadużycie monopolu. Big Tech z brutalnością, która wtedy wydawała się szczególna, a dziś jest powszechna, prowadził wojnę Netscape. Firma Andreessena "nie dożyła" wyroku jako samodzielny podmiot. W listopadzie 1998 przejęcie ogłosiło AOL: cztery miliardy dolarów w akcjach na papierze, prawie dziesięć w chwili domknięcia transakcji. 

Sąd uznał Microsoft za monopolistę w 2000 roku. Rok później rząd poszedł na ugodę, a kara dla zwycięzcy okazała się kosmetyczna.

Z tej wojny też dało się wyciągnąć dwie lekcje. Można było uznać, że monopole trzeba tłuc, zanim zdążą udusić konkurencję, a nie po fakcie. Andreessen wyniósł co innego: najlepszy produkt przegrywa z lepszą dystrybucją, a państwo przyjeżdża na ratunek dopiero po pogrzebie. Jeśli chcesz wygrać następnym razem, państwo musi stać po twojej stronie od początku. Na pełne wdrożenie tego wniosku przyjdzie mu poczekać ćwierć wieku.

Przyjaciel

Z Netscape Andreessen wyniósł jeszcze jedno: Bena Horowitza. Ich przyjaźń zaczęła się od awantury. W 1996 roku Horowitz, wówczas menedżer produktu, wysłał mu służbowego maila z pretensją o wywiad, w którym Andreessen zdążył obsmarować jego dział. Odpowiedź – rozesłana do wiadomości sporej części firmy – kończyła się zdaniem: "Następnym razem sam udziel tego pieprzonego wywiadu. Pierdol się."

Horowitz był pewien, że to koniec. Ale trzy lata później zakładali razem Loudcloud – firmę, która wynajmowała innym gotowe serwerownie z obsługą, czyli robiła chmurę sześć lat przed Amazonem i o mało na tym nie zbankrutowała. W 2002 roku sprzedali usługi EDS-owi za sześćdziesiąt trzy miliony i zostali z samym oprogramowaniem do zarządzania cudzymi serwerami. Pięć lat później HP kupiło je – już jako Opsware – za miliard sześćset pięćdziesiąt milionów. Jeden z przyjaciół powiedział "New Yorkerowi": "Kiedy Marc czuje się zlekceważony, potrafi wyciąć cię ze swojego życia jak nowotwór." Horowitz jest człowiekiem, którego to nigdy nie spotkało.

Fundusz Andreessen Horowitz wystartował w 2009 roku z pomysłem, który dziś wydaje się oczywisty, a wtedy uchodził za herezję: fundusz VC ma działać jak agencja talentów. Nie tylko czek, ale marketing, rekrutacja, dostęp do mediów i polityków; founder jako gwiazda, wokół której buduje się przekaz. Benedict Evans, wieloletni analityk firmy, ujął to bez ogródek: a16z to firma medialna, która monetyzuje się przez venture capital. W 2011 roku Andreessen opublikował w "Wall Street Journal" esej "Why Software Is Eating the World" – dziś cytowany jak proroctwo, wtedy czytany jak prospekt emisyjny. Teza, że oprogramowanie pożre każdą branżę, była jednocześnie odpowiedzią na pytanie, czemu należy powierzyć pieniądze funduszowi finansującemu oprogramowanie. U Andreessena esej i teza inwestycyjna to od początku ten sam gatunek literacki.

Najdłużej trwającą inwestycją Andreessena nie jest jednak żadna spółka, tylko człowiek: od 2008 roku zasiada w radzie dyrektorów Facebooka, dziś Mety. Już w 2006, gdy Yahoo! oferowało za serwis miliard dolarów, powtarzał Zuckerbergowi jak mantrę: "Nie sprzedawaj, nie sprzedawaj, nie sprzedawaj". Dekadę później poznaliśmy mniej podręcznikową odsłonę tej lojalności. Zuckerberg chciał wyemitować akcje bez prawa głosu, by móc pozbyć się większości udziałów i zachować pełną kontrolę nad firmą; rada powołała trzyosobowy komitet specjalny, który miał w tej sprawie reprezentować pozostałych akcjonariuszy. Andreessen w nim zasiadł – i, jak pokazały odtajnione w procesie dokumenty, w trakcie posiedzeń esemesował Zuckerbergowi relacje na żywo ta argumentacja nie pomagała.

"NOW WE'RE COOKING WITH GAS" – teraz to gotujemy na gazie. W pakiecie znalazł się zapis, dzięki któremu Zuckerberg mógłby odejść na dwa lata do rządu i nie stracić kontroli nad firmą. Kiedy komitet to zatwierdził, Andreessen zameldował sukces cytatem ze "Słodkiego zapachu sukcesu": "Kot jest w worku, a worek jest w rzece." Zuckerberg cytatu nie rozpoznał. "To znaczy, że kot nie żyje?" – zapytał. "Nie" – odpowiedział Andreessen. "Zadanie wykonane".

Pod presją pozwów Facebook ostatecznie wycofał się z całego planu. Andreessen z rady nie wyleciał. W Dolinie lojalność wobec founderów to model biznesowy: founderzy dobrze pamiętają, kto ich bronił przed ich własnymi akcjonariuszami.

Manifest

Każda dekada Andreessena ma swój esej, a każdy esej ma swój fundusz.

Tekst "Software is eating the world" z 2011 roku zapowiadał portfel SaaS.

"It's Time to Build" z kwietnia 2020 – to pandemiczny apel o powrót do budowania fabryk, infrastruktury i mieszkań. Esej poprzedzał powstanie American Dynamism, ramienia a16z (funduszu venture capital Andreessena) inwestującego w zbrojeniówkę i przemysł. 

"The Techno-Optimist Manifesto" z października 2023 stanął w obronie AI dokładnie wtedy, gdy debata o jej ryzykach zaczęła zagrażać wycenom portfela spółek działających w sektorze AI.

Manifest ma pięć tysięcy słów i formę litanii: "Wierzymy…". "Mamy wrogów. Naszymi wrogami nie są źli ludzie – lecz złe idee." Lista wrogów wymienia z nazwy "etykę technologiczną", "zaufanie", "bezpieczeństwo”, "zrównoważony rozwój", "odpowiedzialność społeczną" i "zarządzanie ryzykiem". Zasada ostrożności to według manifestu "być może najbardziej katastrofalny błąd zachodniego społeczeństwa" popełniony za życia autora, błąd "głęboko niemoralny", który należy "odrzucić z całą bezwzględnością". 

O sztucznej inteligencji pisze: "każde spowolnienie AI będzie kosztować życia. Śmierci, którym mogłaby zapobiec AI, jeśli uniemożliwiono jej powstanie, są formą morderstwa". Wśród wymienionych z nazwiska "świętych patronów techno-optymizmu" obok Nietzschego i Johna Galta figurują Nick Land, filozof "Ciemnego Oświecenia" postulujący zastąpienie demokracji zarządem korporacyjnym, oraz ideolog Filippo Tommaso Marinetti. Ten ostatni jest cytowany z aprobatą: "Piękno istnieje tylko w walce. Nie ma arcydzieła, które nie miałoby agresywnego charakteru". Dodajemy, że Marinetti był współautorem Manifestu faszystowskiego z 1919 roku. W tekście liczącym pięć tysięcy słów nie znalazło się miejsce na tę informację.

Podobny dwukrok Andreessen wykonuje wokół Curtisa Yarvina – blogera, który od kilkunastu lat przekonuje, że Ameryce potrzebny jest monarcha zarządzający krajem jak CEO firmą. Andreessen nazywał go przyjacielem, inwestował w jego startup i polecał lekturę jego tekstów, zastrzegając, że można "czytać Yarvina, nie zostając monarchistą". To akurat prawda. Z finansowaniem monarchistów bywa już subtelniej.

A jeśli ktoś chce sprawdzić, ile naprawdę ważą te manifesty, powinien sięgnąć po najkrótszy dokument w dorobku autora. 25 czerwca 2022 roku – dwa lata po "It's Time to Build", w którym Andreessen grzmiał, że Ameryka "nie potrafi zbudować wystarczająco dużo mieszkań w miastach o rosnącym potencjale" – wysłał maila do władz Atherton w Kalifornii. To najdroższy kod pocztowy w Stanach Zjednoczonych i miejsce zamieszkania Andreessenów.  

Temat maila brzmiał: "IMMENSELY AGAINST multifamily development!" – ABSOLUTNIE PRZECIW zabudowie wielorodzinnej. W treści małżeństwo komunikuje "OGROMNY sprzeciw" wobec planu dopuszczenia bloków, żąda "NATYCHMIASTOWEGO USUNIĘCIA" wszystkich takich projektów z dokumentów planistycznych i ostrzega, że mieszkania "DRASTYCZNIE obniżą wartość naszych domów" oraz "NIEZMIERNIE zwiększą hałas i ruch". Stawką było nieco ponad sto trzydzieści mieszkań, których budowę rozłożono na dekadę.

W lipcu miasto wykreśliło zabudowę wielorodzinną z projektu. Była to najskuteczniejsza kampania publicystyczna w karierze Marca Andreessena i trwała mniej więcej dwa miesiące. Stanowy urząd mieszkaniowy odrzucił plan Atherton, potem odrzucił go po raz drugi, jesienią jeden z radnych przyznał publicznie, że miasto dostało od stanu ocenę F, najgorszą, a we wrześniu 2024 roku doszło do gróźb: kary od dziesięciu do stu tysięcy dolarów miesięcznie, odcięcie od funduszy stanowych, odebranie władztwa planistycznego. O wszechmocy amerykańskich lobbystów krążą opowieści, ale pewnie niejeden mógłby pozazdrościć Andreessenowi determinacji.

I wszystko, oczywiście, w imię idei. Co prawda innej niż się głosi – bo idei osobistego interesu – ale jednak: w imię jakiejś idei.

Polityka

Przez większość życia Andreessen głosował jak wzorowy wyborca Partii Demokratycznej: Clinton, Gore, Kerry, Obama, w 2016 roku Hillary Clinton. Swoją relację z tamtym układem opisuje dziś jako "The Deal" – niepisaną umowę Doliny z demokratyczną Ameryką: technologia dostarcza wzrost i cuda, Waszyngton nie wtrąca się w szczegóły, a miliarderzy płacą podatki i uchodzą za filantropów. Z jego perspektywy umowę zerwała administracja Bidena: regulatorzy wzięli się za krypto, zaczęły się przymiarki do nadzoru nad AI, a kroplą przelewającą czarę okazał się pomysł podatku od niezrealizowanych zysków kapitałowych. "Jeśli prowadzisz fundusz venture, co roku odrywają ci kolejne kawałki portfela. Wypadasz z biznesu" – tłumaczył latem 2024 roku, ogłaszając z Horowitzem poparcie dla Trumpa pod szyldem "Little Tech Agenda": programu pisanego rzekomo z myślą o małych startupach, a czytanego powszechnie jako lista życzeń ich inwestorów. Tydzień po wyborach opisał na firmowym podkaście swoje uczucia frazą, która się do niego przykleiła: jakby ktoś wreszcie "zdjął but z naszego gardła".

Miesiąc przed wyborami, u tego samego Rogana, u którego półtora roku później nie zdoła sprzedać AI, Andreessen był jeszcze w znakomitej formie retorycznej. Opowiadał o CFPB – federalnym biurze ochrony konsumentów rynku finansowego – jako o "osobistej agencji Elizabeth Warren", która "terroryzuje instytucje finansowe" i maczała palce w odcinaniu konserwatystów od kont bankowych. Sęk w tym, że akurat to biuro z debankingiem walczyło: wymuszało na bankach odszkodowania i prowadziło postępowania w sprawach odmowy usług. Skonfrontowany z tym, odpowiedział rozbrajająco: "Będę zachwycony, jeśli to prawda. Powiem tylko, że nigdy nie widziałem ani nie słyszałem niczego, co by na to wskazywało".”

Kilka miesięcy później nowa administracja praktycznie rozmontowała CFPB, a ProPublica ustaliła, że wśród zamrożonych śledztw znalazły się trzy dotyczące spółek finansowanych przez fundusz Andreessena.

Każda dekada Andreessena ma swój esej, a każdy esej ma swój fundusz. Ilustracja: Reddit.

Niechęć

Po 5 listopada Andreessen spędzał – jak sam mówił – "połowę czasu" w Mar-a-Lago, posiadłości Trumpa. Rozmawiał z kandydatami na wysokie stanowiska w Departamencie Stanu, w Pentagonie i w resorcie zdrowia; przesiewał ludzi nie tylko do agend technologicznych, ale i do służb wywiadowczych. Formalnie nie pełnił żadnej funkcji. Nieformalnie robił to, co robi zawodowo od siedemnastu lat – selekcję kadr, tym razem dla państwa. Ot, taki nieopłacany stażysta, od którego zależy cała twoja kariera.

A jego elokwencja? Nie zniknęła. Wyprowadziła się tylko tam, gdzie nie sięga żaden algorytm i żaden dziennikarz: do zamkniętych czatów. W kwietniu 2025 roku Ben Smith opisał w Semaforze sieć grup na Signalu i WhatsAppie, w których elita Doliny od czasów pandemii negocjowała swój zwrot na prawo. Największa, "Chatham House", liczyła około trzystu uczestników, od Larry'ego Summersa po Bena Shapiro. Jeden z rozmówców Smitha opisał Andreessena jako "reaktor jądrowy, który zasilał wiele grup"; inny szacował, że "spędza pół życia na stu czatach jednocześnie". To z tych pokojów – pisze Smith Krishnan, wtedy partner a16z – wyszły i kariera Yarvina w głównym obiegu, i słynne, memiczne określenie "vibe shift", i skoordynowana niechęć do niepokornych dziennikarek.

Jest jeszcze jedna kolacja warta opowieści. Wiosną 2024 roku historyk Rick Perlstein opisał wieczór, na który Andreessen zaprosił go siedem lat wcześniej – jego klub książkowy omawiał akurat "Nixonland". Rozmowa, jak wspomina Perlstein, płynęła w rytmie pogodnej plutokratycznej pogawędki, aż zeszła na temat amerykańskiej prowincji. I wtedy gospodarz – według relacji gościa cytującego z pamięci – miał powiedzieć, że "cieszy się, że istnieją OxyContin i gry wideo, które trzymają tych ludzi w spokoju". Andreessen potwierdza kolację, cytatowi kategorycznie zaprzecza: "W trakcie rozmowy zorientowałem się, że to autentyczny komunista […]. Teraz, jak można było oczekiwać, oczernia mnie zmyślonymi cytatami". W obronie Andreessena stanął publicznie J.D. Vance – wiceprezydent, którego fundusz VC sam Andreessen współfinansował.

Nie potrafię rozstrzygnąć, kto mówi prawdę o tamtym wieczorze. Umiem jednak przytoczyć inny cytat, autoryzowany i wydrukowany w "New Yorkerze".Gdy w jego obecności ktoś potępił lombardy żerujące na biednych, Andreessen eksplodował: skąd niby wiadomo, ile wart jest dostęp do lombardu dla kogoś, kto właśnie został z ostatnimi stu dolarami – "uważacie, że to moralnie złe, bo obraża waszą wrażliwość, wy bogate skurwysyny?"

Człowiek z tego cytatu i człowiek z cytatu Perlsteina niespecjalnie do siebie pasują. A jednak obaj brzmią jak on – i przy odrobinie złej woli dają się pogodzić. Żeby wygłosić pogardę dla elit w imieniu prowincji, prowincji nie trzeba lubić. Wystarczy jej potrzebować do czegoś. Chwyt znany demagogom od zarania – używać jednej grupy przeciwko drugiej, ale samemu siedzieć tam, gdzie nie dolecą rzucone kamienie.

Stażysta

Styczeń 2026: a16z ogłasza, że w trzy miesiące zebrała ponad piętnaście miliardów dolarów. Horowitz dodaje z dumą, że to osiemnaście procent wszystkich pieniędzy pozyskanych przez amerykański venture capital w całym 2025 roku. Firma zarządza aktywami przekraczającymi dziewięćdziesiąt miliardów. Sequoia, najstarsza legenda branży, po odcięciu jednostek chińskiej i południowoazjatyckiej zarządza pięćdziesięcioma sześcioma. To już nie jest wyścig. Wśród inwestorów, obok kalifornijskiego funduszu emerytalnego, jest Sanabil – wehikuł saudyjskiego Funduszu Inwestycji Publicznych. Ile z powierzonych pieniędzy fundusz kiedykolwiek zwrócił inwestorom w gotówce, nie wiadomo: o wskaźnik DPI a16z pytać nie warto, bo nie odpowiada. TechCrunch podsumował całość formułą krótką i trafną: to wizja amerykańskiej dominacji technologicznej, "która biegnie przez Rijad, Mar-a-Lago i Pentagon."

Ramię American Dynamism, prowadzone przez byłą dziennikarkę Katherine Boyle, urosło do funduszu wartego blisko miliard dwieście milionów. W portfelu: Anduril – producent autonomicznych systemów bojowych, któremu armia USA przyznała w marcu 2026 ramowy kontrakt z pułapem dwudziestu miliardów dolarów na dziesięć lat, wokół systemu dowodzenia Lattice; Shield AI od wojskowych dronów; Saronic od autonomicznych okrętów; Castelion od broni hipersonicznej. To wszystko ciągle startupy, w które inwestują aniołowie biznesu, ale tym razem produktem nie są apki, a towarem nie są złowieni w nie użytkownicy – tym razem wyścig trwa o to, kto pierwszy zbuduje SkyNet z "Terminatora".

Równolegle biegnie inwestycja w wiernych Andreessenowi ludzi. Scott Kupor, pierwszy pracownik a16z, kieruje od lipca 2025 roku federalnym urzędem kadr – tym samym, który wspólnie z DOGE odchudzał administrację. Sriram Krishnan, były partner, doradzał Białemu Domowi w sprawach AI do czerwca 2026, po czym odszedł i został doradcą zewnętrznym; z takiej sieci się nie wychodzi, można najwyżej zmienić pozycję. Peter Bowman-Davis, świeżo po stypendium inżynierskim w a16z i na urlopie dziekańskim z Yale, przez cztery miesiące 2025 roku pełnił obowiązki szefa AI w federalnym resorcie zdrowia.

Do tego wspomniany "bezpłatny stażysta" osobiście. W marcu 2026 wszedł do prezydenckiej rady do spraw nauki i technologii – ciała, któremu współprzewodzą David Sacks i Michael Kratsios, a w którym na trzynastu członków przypada jeden naukowiec akademicki i dwunastu ludzi biznesu: Brin, Ellison, Huang, Dell, Zuckerberg. W czerwcu sekretarz wojny Pete Hegseth powołał go do odnowionej rady doradczej Pentagonu, zanim ustalono dla niej zasady ujawniania konfliktów interesów – przy portfelu zawierającym właśnie Anduril, Saronic, Castelion i inne łase na publiczny pieniądz spółki. W lipcu Rezerwa Federalna ogłosiła jego udział w grupie roboczej badającej wpływ sztucznej inteligencji na produktywność i zatrudnienie. Więc tu też należy spodziewać się dotyku Andreessenowej dłoni – produktywność może wzrośnie, może nie, ale na pewno znikną ludzie, którzy nie dokonali hołdu lennego.

A w tle Bloomberg z tym swoim "pierwszym telefonem" i byłym urzędnikiem opowiadającym o lobbyście z prawem weta. Dementi brzmiało: weto ma tylko prezydent. Jak na dementi – dość wąska linia obrony.

Decyzje

Pieniądze na politykę płyną osobnym strumieniem: czterdzieści siedem i pół miliona dla kryptowalutowego super PAC-u (komitetu akcji politycznej - przy. red) Fairshake, pięćdziesiąt dla Leading the Future, który wprost obiecuje wspierać polityków przychylnych AI i zwalczać nieprzychylnych. Dwadzieścia pięć z tych pięćdziesięciu Andreessen i Horowitz dorzucili osobiście wiosną 2026 roku, na finiszu prawyborów.

Na pierwszy ogień poszedł Alex Bores, stanowy poseł z Nowego Jorku, współautor pierwszej w kraju ustawy nakazującej największym firmom AI publikowanie protokołów bezpieczeństwa, kandydat do Kongresu w okręgu po odchodzącym Jerrym Nadlerze. Leading the Future zapowiedział dziesięć milionów na jego pokonanie, wydał osiem – i Boresa pokonał. Prawybory wygrał Micah Lasher, współsponsor tej samej ustawy i faworyt listopadowych wyborów do amerykańskiego parlamentu.

Zwieńczeniem kampanii było rozporządzenie wykonawcze z 11 grudnia 2025 roku: Departament Sprawiedliwości ma powołać zespół skarżący stanowe regulacje AI przed sądami, a strumienie federalnych funduszy mają omijać oporne stany. Dokładnie ten postulat a16z lobbowała od miesięcy, choć autorstwo dokumentu przypisuje się Davidowi Sacksowi – prezydenckiemu carowi od AI i krypto, człowiekowi spoza funduszu. W tej sieci nazwiska są wymienne. Trzydziestu sześciu stanowych prokuratorów generalnych protestowało jeszcze przed podpisaniem, kolejni poszli po podpisaniu do FCC. Rozporządzenie obowiązuje.

Przyjrzyjmy się architekturze tej władzy. Musk ma fabryki i rakiety. Thiel ma Palantira. Altman i Amodei budują modele, które można kochać albo się ich bać. Andreessen nie produkuje niczego. Jego jedynym produktem są decyzje: który startup zaistnieje, który człowiek obejmie urząd, która regulacja zniknie ze stołu.

Tu można postawić kontrargument – że to przecież normalnie, czego innego się można spodziewać. Wydatki polityczne branży technologicznej pod presją regulacji są odruchem obronnym, normalnym w USA na styku biznesu i władzy. Branża farmaceutyczna osiągnęła w tym mistrzostwo tak dawno, że już ciężko wyobrazić sobie, jak miałaby działać bez tego. Ba, związki zawodowe – bastion lewicy na całym bodaj świecie – używają w Stanach dokładnie tych samych metod. Pieniądze wybierają, a nie wyborcy. Więc to uświęcona amerykańska tradycja, że wola narodu ustanawia zasady gry pod posiadaczy najgrubszych portfeli.

Nowość polega jednak na skali i bezczelnej otwartości działań. Fundusz, który obsadza federalny urząd kadr, prezydencką radę naukową i ciało doradcze resortu wojny, a równolegle finansuje usunięcie z gry polityków od regulacji tej samej technologii, przestał przejmować się zasadami eleganckiej gry. Za to bardzo chętnie wymusi zasady, które zwiążą ręce innym. Można wręcz zapytać: po co w ogóle są te instytucje, które poddały się wpływom tej mafii, skoro zamiast funkcji kontrolnej pełnią funkcję pasu transmisyjnego? Taniej byłoby je zlikwidować i powstałą dziurę wypełnić widzimisię Andreessena.

Introspekcja

W marcu 2026 roku, w podkaście Davida Senry, Andreessen dostał pytanie o introspekcję. Ile jej uprawia? "Tak mało, jak się da. Do przodu. Jazda". Ludzie, którzy rozpamiętują przeszłość, "utykają w przeszłości – to problem w pracy i problem w domu". Samobadanie to jego zdaniem wynalazek z okolic 1910 roku, wina Freuda: "Gdyby cofnąć się o jakieś czterysta lat, nikomu nie przyszłoby do głowy być introspektywnym". I jeszcze: "Wielcy ludzie historii nie siedzieli i się w tym nie babrali".

Odpowiedział mu między innymi Paul Graham, pytając, czy Karol Darwin nie zaliczał się do wielkich ludzi historii. Reszta internetu poszła w wyliczankę: napis "poznaj samego siebie" wykuto w Delfach mniej więcej dwa i pół tysiąca lat przed Freudem; Sokrates twierdził, że życie niepoddane badaniu nie jest warte życia; Marek Aureliusz, zarządzający organizacją nieco większą od a16z, prowadził dziennik bezlitosnej autoanalizy. Andreessen, zamiast się wycofać, dokręcił śrubę: "Introspekcja = neurotyzm × narcyzm × ssanie kciuka".

Można to czytać jako trolling – Andreessen uwielbia trollować. Można też przyjąć, że mówi w tej sprawie to samo dwa razy: raz o świecie, raz o sobie. W manifeście techno-optymisty lista wrogów zaczyna się od "zarządzania ryzykiem" i "zasady ostrożności", a kończy na "odpowiedzialności społecznej" – same nazwy hamulca, który zatrzymuje działanie, zanim skutki staną się widoczne. Introspekcja jest tym samym hamulcem, tylko że działającym wewnątrz jednostki, nie w ramach systemu społecznego. Andreessen demontuje go na obu poziomach: w państwie przez rozporządzenie, w sobie przez deklarację. W efekcie dostajemy człowieka bez sumienia, który tworzy system poza wszelką kontrolą. Super szef; a nie, przepraszam – stażysta.

Alchemik

Wróćmy na koniec do studia w Austin. Rogan mówi: "No to sprzedaj" mi tę AI – a Andreessen sięga po Newtona i alchemię, po dwadzieścia lat poszukiwań sposobu na przemianę tego, co pospolite, w to, co rzadkie. Metafora jest lepsza, niż mu się wydawało, tylko podstawił do niej nie ten materiał. Alchemię w jego wykonaniu znamy od trzydziestu lat. Brał to, co publiczne – sieć zbudowaną przez wojsko, protokół oddany światu za darmo, laboratorium opłacone z podatków – i przetapiał w prywatne.

Nic w tej metodzie się nie zestarzało. Do spółki z jego portfela idzie dwadzieścia miliardów z budżetu armii, w jego funduszu pracują emerytury kalifornijskich urzędników, federalnym urzędem kadr kieruje jego pierwszy pracownik, a rozporządzenie, którego chciał, używa pieniędzy podatnika jako dźwigni przeciw administracji lokalnej. Od lipca zasiada też w grupie roboczej banku centralnego, która ma ustalić, co automatyzacja robi z ludzką pracą. W sytuacji gdy automatyzację finansuje jego portfel.

Newton kamienia filozoficznego nigdy nie znalazł. Andreessen najwyraźniej znalazł, i to w wieku dwudziestu dwóch lat. Resztę życia poświęcił pilnowaniu, żeby przemiana zachodziła już tylko w jedną stronę.

Tytułowa ilustracja: Gemini AI.