Kto zaprogramował wojnę płci? Twój feed to nie okno na świat, ale wyreżyserowany montaż

Kobiety są dziś przedstawiane zarazem jako ofiary i sprawczynie przemocy symbolicznej. Louise Perry w "Rozprawie przeciwko rewolucji seksualnej" oraz Sophie Gilbert w "Girl on Girl. Jak popkultura zwróciła kobiety przeciw sobie" opisują różne odcinki historii, która prowadzi od wyzwolenia do nowych form przymusu.

Kto zaprogramował wojnę płci? Twój feed to nie okno na świat, ale wyreżyserowany montaż

Pierwsza pyta, komu naprawdę służyła obietnica seksualnej wolności. Druga rekonstruuje kulturę, która przez trzy dekady uczyła kobiety patrzeć na siebie oczami rynku. Pomiędzy nimi stoi smartfon: kieszonkowa maszyna porównywania, podniecenia i urazy. Nie tylko pokazuje konflikt. Układa go w serial, w którym każdy gest drugiej płci może wyglądać jak kolejny odcinek wojny.

Perry jest polemistką i nie ukrywa stawki. Jej przeciwnikiem pozostaje liberalny feminizm sprowadzający emancypację do wyboru: skoro dorosła kobieta czegoś chce i wyraża zgodę, decyzję należy uznać za wyzwalającą. Autorka odpowiada, że zgoda jest warunkiem koniecznym, ale nie stanowi kompletnej etyki. Pragnienia nie powstają w próżni, partnerzy nie dysponują identyczną siłą, ryzyko ciąży i przemocy nie rozkłada się równo, a rynek seksualny premiuje zwykle tych, którzy potrafią oddzielić seks od więzi. Rewolucja obiecywała kobietom wolność na zasadach napisanych w dużej mierze pod męskie libido – dziś dodatkowo kalibrowane przez pornografię. Perry prowokuje najmocniej, gdy przypomina: nie każda granica jest opresją, nie każda transgresja wyzwala, a "tak" może zostać wypowiedziane pod naciskiem normy, której nie widać.

 class="wp-image-5886174"

Jej argument ma jednak koszt. Z trafnej krytyki przemysłu pornograficznego, kultury przypadkowego seksu i erotyzowania przemocy Perry przechodzi ku wizji, w której różnice między płciami wydają się niemal przeznaczeniem, a małżeństwo i monogamia – domyślnym schronieniem. Jest bardziej przekonująca jako diagnostka nierównego ryzyka niż jako projektantka dobrego życia. Jeśli system zawiódł kobiety, nie wynika z tego automatycznie, że dawne instytucje były bezpieczne. Przemoc domowa nie narodziła się wraz z Pornhubem, a ekonomiczna zależność żon nie była ceną fikcyjną. Właśnie to napięcie czyni książkę wartą sporu. Perry pokazuje, że emancypacja mierzona liczbą dostępnych praktyk seksualnych może być kolejnym produktem, lecz ostrożność przedstawia czasem jako receptę bardziej uniwersalną, niż pozwalają na to doświadczenia kobiet.

Gilbert idzie inną drogą. Nie zaczyna od biologii ani obyczaju, lecz od archiwum obrazów: riot grrrl i Spice Girls, Britney Spears, Paris Hilton, Pereza Hiltona, komedii erotycznych, reality television, girlboss i Instagrama. Pokazuje, jak polityczny język feminizmu przejął postfeminizm. "Girl power" obiecywało autonomię, ale liczyła się jego zdolność do sprzedaży płyt, kosmetyków i stylu życia. Każdy wybór można było nazwać wzmacniającym, jeśli był odpowiednio fotogeniczny. Kobieta miała być jednocześnie seksualnie dostępna, przedsiębiorcza, bezwstydna, szczupła, naturalna i perfekcyjnie wyreżyserowana. Gdy nie spełniała tych sprzecznych zaleceń, winę ponosiła sama. System znikał z pola widzenia; pozostawała jednostka, która rzekomo niewłaściwie zarządzała sobą.

Tytuł "Girl on Girl" nie zapowiada więc prostej opowieści o kobiecej zawiści. Gilbert opisuje system, który uczynił z kobiet jednocześnie towar, sprzedawczynie i komisję oceniającą. Kultura pierwszej dekady XXI wieku nie tylko uprzedmiotawiała młode gwiazdy; aranżowała publiczne rytuały ich poniżania. Paparazzi polowali na zdjęcia spod spódnicy, plotkarskie blogi dopisywały obsceniczne rysunki do twarzy celebrytek, a publiczność konsumowała kompromitację jak rozrywkę. Internet nie zerwał z tabloidowym okrucieństwem. Zdemokratyzował je. Instagram pozwolił kobietom odzyskać kontrolę nad wizerunkiem, po czym uzależnił nagrodę od nieustannej samokontroli. Nadzorca został uwewnętrzniony, a następnie wyposażony w licznik polubień.

Żądza (z) ekranu

Tu Perry i Gilbert spotykają się najciekawiej. Obie podważają bajkę o całkowicie suwerennym wyborze. Perry patrzy na sypialnię i pyta, skąd pochodzi scenariusz pożądania; Gilbert patrzy na ekran i pyta, kto wyprodukował aspirację. W obu przypadkach wolność zostaje zredukowana do konsumpcji, a krytyka struktury zaczyna brzmieć jak obraza indywidualnej sprawczości. Pornografia jest w tej historii czymś więcej niż osobnym gatunkiem. Staje się językiem wizualnym mainstreamu: uczy kadrowania ciała, dramaturgii dominacji i tego, co należy odegrać, aby uchodzić za osobę bez zahamowań. Nie trzeba przyjmować wszystkich wniosków Perry, by uznać pytanie wspólne dla obu autorek: czy pragnienie wytworzone przez najbardziej dochodową maszynę obrazów jest wyłącznie prywatną sprawą?

Radykalny feminizm wraca w tej luce jako oskarżyciel, ale również jako dostawca prostych odpowiedzi. Andrea Dworkin i Catharine MacKinnon opisywały pornografię nie jako zbiór neutralnych fantazji, lecz jako instytucję władzy. Valerie Solanas uczyniła antymęską hiperbolę jednocześnie manifestem, performansem i skandalem. W sieci ten skomplikowany rodowód spłaszcza się do memu: "male tears", "kill all men", żartu o mężczyznach jako klasie zbędnej. Dla uczestniczek bywa to ironiczne odwrócenie przemocy obecnej w kulturze od stuleci kopnięcie wymierzone w górę hierarchii. Dla odbiorcy spoza wspólnoty ironia często znika. Zostaje zdanie, które można sfotografować, podać dalej i przedstawić jako program całego feminizmu.

Nie warto ani udawać, że mizoandria online nie istnieje, ani budować fałszywej symetrii. Badania porównujące radykalne społeczności Reddita wskazują na podobieństwa ich języka i organizacji: krzywda dostarcza tożsamości, wspólnota nagradza bezkompromisowość, a przeciwnik zostaje sprowadzony do karykatury. Jednocześnie w badanych grupach mizoginicznych toksyczność okazywała się silniejsza. Także skutki poza ekranem nie są identyczne, ponieważ mizoginia opiera się na dłuższej historii przemocy i nierównej władzy. Mizoandryczny mem może ranić, zamykać rozmowę i radykalizować; nie jest przez to automatycznie odpowiednikiem przemocy seksualnej czy ekonomicznej zależności. Dojrzała krytyka musi utrzymać dwie myśli naraz: kobiecy gniew ma materialne przyczyny, ale żadna przyczyna nie uświęca dehumanizacji.

Kłamstwo Feedu

Na tym etapie do opowieści wchodzą media (anty)społecznościowe. Nazwa jest złośliwa, lecz trafia w paradoks: narzędzia obiecujące łączyć ludzi zarabiają najlepiej wtedy, gdy utrzymują ich w stanie pobudzenia. Nie dlatego, że w siedzibie platform ktoś codziennie wybiera mizoginię albo mizoandrię jako linię programową. System rekomendacji ma prostszy cel: przewidzieć, przy którym filmie zatrzymamy kciuk, co skomentujemy i po czym nie zamkniemy aplikacji. Oburzenie jest dla niego atrakcyjne, bo skłania zarówno do poparcia, jak i do protestu. Polubienie i pełen złości komentarz mają różne znaczenia dla człowieka, ale dla mechanizmu dystrybucji oba mogą być sygnałem: ten materiał angażuje.

Tak powstaje mylący obraz większości. Treść umiarkowana – opowieść o udanym związku, zwyczajnym kompromisie czy niejednoznacznym sporze – rzadko prowokuje tysiące odpowiedzi. Film oznajmiający, że "wszyscy mężczyźni" są zagrożeniem albo że "współczesne kobiety" zostały zepsute przez feminizm, oferuje natomiast natychmiastową rolę: ofiary, oskarżyciela lub obrońcy własnej płci. Użytkownik nie musi zgadzać się z przekazem. Wystarczy, że zatrzyma się, prześle go znajomemu z komentarzem "zobacz, co oni mówią" albo napisze sprostowanie. Każda z tych reakcji może przedłużyć życie materiału. Feed nie jest sondażem opinii publicznej, choć wygląda jak niekończący się zapis tego, "co ludzie naprawdę myślą".

Badania nad internetowym oburzeniem pozwalają ten mechanizm doprecyzować. Analizy milionów wpisów wskazują, że każde słowo niosące jednocześnie ocenę moralną i emocję daje treści przeciętnie kilkunastoprocentową premię w udostępnieniach. To nie jest dowód, że algorytm potrafi z dnia na dzień zmienić spokojną osobę w fanatyka. Ważniejszy może być efekt mniej widowiskowy: użytkownicy przeceniają skalę wrogości po drugiej stronie. Jeśli najczęściej widzę najbardziej pogardliwe wypowiedzi kobiet o mężczyznach, zaczynam sądzić, że reprezentują one kobiety w ogóle. Jeśli mój feed zapełniają szyderstwa z feministek, uznaję je za normalny język mężczyzn. Platforma nie musi stworzyć dwóch armii. Wystarczy, że przekona każdą stronę o istnieniu armii przeciwnej.

Witamy w świecie radykalizmów

Audyt systemów rekomendacji YouTube Shorts i TikToka, przeprowadzony na dziesięciu czystych telefonach z profilami udającymi szesnasto i osiemnastolatków, pokazał, że nawet konta o neutralnym zainteresowaniu rolami płciowymi potrafiły szybko wpaść w koleinę treści mizoginicznych i skrajnie prawicowych. To ważny sygnał, lecz nie wyrok: podobne eksperymenty są trudne do powtórzenia, a rekomendacje zmieniają się wraz z miejscem, momentem i najdrobniejszym zachowaniem użytkownika. Nie mamy jednej tajnej instrukcji algorytmu, którą wystarczy ujawnić. Mamy serię systemów nieprzejrzystych nawet dla badaczy, stale testujących, jaka wersja gniewu najdłużej zatrzyma konkretną osobę.

Powstaje sprzężenie zwrotne. Femosfera wybiera najbardziej obraźliwy fragment podcastu manosfery i przedstawia go jako dowód, że mężczyźni chcą odebrać kobietom podmiotowość. Manosfera wycina najbardziej agresywny feministyczny żart i pokazuje go jako dowód, że kobiety naprawdę nienawidzą mężczyzn. Twórcy obu stron komentują swoje reakcje, a platforma łączy publiczności, bo konflikt gwarantuje kolejne odsłony. Wczorajsza prowokacja staje się dzisiejszym dowodem, dzisiejsza odpowiedź — jutrzejszą prowokacją. Uczestnicy zaczynają mówić nie do przeciwnika, lecz do własnej grupy, która nagradza ich za celność ciosu. Wojna płci jest w tym sensie częściowo wojną montażystów.

Słownik terapeutyczny potrafi tę spiralę przyspieszyć. Były partner staje się „narcyzem”, sprzeczka „przemocą”, dyskomfort „naruszeniem granic”, a nieudane spotkanie kolejnym świadectwem patologii całej płci. Pojęcia potrzebne do opisu realnej krzywdy zaczynają obsługiwać codzienną irytację. Problemem nie jest samo nazywanie przemocy ani popularyzacja wiedzy psychologicznej. Problem zaczyna się wtedy, gdy termin kliniczny pełni funkcję młotka sędziowskiego: kończy rozmowę, zwalnia z wyjaśnienia i daje materiałowi atrakcyjny nagłówek. Krótka diagnoza lepiej mieści się na planszy TikToka niż historia, w której obie osoby zachowały się źle, lecz żadna nie była potworem.

Azja Wschodnia dostarczyła Zachodowi szczególnie nośnych obrazów odmowy. Koreański ruch 4B odrzucenie małżeństwa, macierzyństwa, randkowania i seksu z mężczyznami wyrósł z lokalnych doświadczeń: nierówności płac, presji rodzinnej, cyfrowych przestępstw seksualnych i gwałtownego backlashu. Wcześniejsze wspólnoty Megalia i Womad stosowały "mirroring", czyli odwracanie mizoginicznego języka przeciw mężczyznom. Strategia ujawniała podwójne standardy, lecz potrafiła też reprodukować pogardę, esencjalizm, homofobię i transfobię. Kiedy po wyborach w USA w 2024 roku 4B stało się viralem na TikToku, złożona koreańska historia została skompresowana do hasła: skoro polityka zagraża kobietom, kobiety wycofają dostęp do swoich ciał.

To transfer kuszący i mylący. Liczebność aktywistek 4B w Korei pozostaje niepewna, a przypisywanie ruchowi kryzysu demograficznego ignoruje ceny mieszkań, koszty edukacji, kulturę pracy i fakt, że wielu mężczyzn również nie chce dzieci. W Chinach pokrewny nurt 6B4T funkcjonuje pod presją cenzury i pronatalistycznego państwa; odmowa małżeństwa może być tam cichym protestem, a nie modą z feedu. Japonia z kolei dostarcza Zachodowi wyobrażeń o samotności i demograficznym schyłku, które częściej służą naszym lękom niż opisowi japońskich kobiet. Azjatyckie idee są ważne nie dlatego, że "zaraziły" Zachód mizoandrią, lecz dlatego, że platformy zamieniły lokalne strategie oporu w przenośne estetyki: cztery litery, krótki film, deklarację możliwą do wklejenia w bio.

4B świetnie pokazuje różnicę między widocznością a skalą. Ruch może być lepiej rozpoznawalny w amerykańskim internecie niż w kraju, z którego pochodzi, a mimo to zacząć funkcjonować jako wyjaśnienie koreańskiej demografii. Platforma odbiera zjawisku kontekst, ale dodaje poczucie historycznej chwili. Użytkownik widzi dziesiątki podobnych deklaracji i otrzymuje wrażenie, że rewolucja właśnie wybuchła. Tymczasem może obserwować nie masowy przewrót, lecz tę samą niewielką grupę cytowaną, krytykowaną i kopiowaną w setkach filmów. Wiralność mierzy szybkość obiegu symbolu, nie liczbę osób, które zmieniły pod jego wpływem życie.

Trzeba więc uważać na determinizm, którego łatwo dopuścić się w krytyce mediów. Gilbert układa imponujący katalog wpływów, lecz kultura nie programuje odbiorczyń jak urządzeń. Te same dziewczyny mogły słuchać Spice Girls, czytać feministyczne blogi, podziwiać Britney Spears i rozpoznawać przemoc wymierzoną w nią przez media. Użytkowniczki platform nie są wyłącznie surowcem algorytmu: tworzą sieci pomocy, archiwa świadectw i język, dzięki któremu krzywda przestaje być prywatnym wstydem. Podobnie Perry ma rację, że rynek kształtuje pragnienia, ale człowiek nie jest tylko sumą bodźców z pornografii. Między naiwnością "wolnego wyboru" a przekonaniem, że wszystkie wybory zostały nam wgrane, pozostaje pole negocjacji, oporu i zmiany.

Prawda montażu

W Polsce ten spór ma dodatkowy filtr. Importujemy język amerykańskiej wojny kulturowej, chociaż nasze doświadczenia obejmują jednocześnie protesty po wyroku aborcyjnym, silną pozycję Kościoła, ekonomiczną emigrację i niedokończoną modernizację ról domowych. Hasła z TikToka podróżują szybciej niż instytucje, które je zrodziły. "Body positivity", "tradwife", "red pill" czy 4B trafiają do jednego obiegu i konkurują o uwagę młodych osób, których codzienność rzadko mieści się w tych etykietach. W rezultacie polski nastolatek może poznawać relacje damsko-męskie przez konflikt skrojony pod amerykańskie wybory, koreańską demografię i biznes globalnej platformy naraz — a następnie uznać tę kompilację za opis własnej klasy.

Kto więc nauczył kobiety nienawidzić mężczyzn? Nikt jeden i samo słowo "nauczył" odbiera kobietom sprawczość. Popkultura długo uczyła je raczej nienawidzić siebie i rywalizować o męskie spojrzenie. Przemoc, nierówny podział opieki oraz rozczarowanie aplikacjami randkowymi dostarczyły powodów do nieufności. Radykalny feminizm dał język systemowej krytyki, ale w najbardziej separatystycznych odmianach także pokusę zamiany relacji w wojnę klas płciowych. Internet połączył doświadczenie, teorię i żart, usunął kontekst, a następnie wypromował najbardziej obraźliwy kadr. Manosfera odpowiedziała tym samym, z rozbudowanym ekosystemem influencerów i starszym arsenałem pogardy.

Najmocniejsza lekcja Perry i Gilbert nie brzmi zatem: cofnąć rewolucję albo wyłączyć Instagram.

Brzmi: odzyskać zdolność odróżniania wyboru od warunków, w których się go dokonuje, a popularności przekazu od popularności poglądu. Technologia potrafi poszerzać kobiecą autonomię, budować kontrpubliczności i ujawniać przemoc, lecz ta sama infrastruktura zmienia solidarność w markę, a traumę w treść. Feminizm pozostaje potrzebny właśnie tam, gdzie odmawia dwóch łatwych pocieszeń: że każda decyzja kobiety jest z definicji wyzwalająca oraz że każdy gniew skierowany przeciw mężczyznom jest z definicji sprawiedliwy.

Jeśli wojna płci wydaje się dziś wszechobecna, nie musi to znaczyć, że większość naprawdę jej pragnie. Wspólne życie jest ciche: składa się z rozmów, ustępstw, rozczarowań, przyjaźni i zwyczajnej współpracy, czyli zdarzeń fatalnie przystosowanych do wiralności. Wojna jest głośna, łatwa do serializowania i dochodowa. Ekran pokazuje więc nie tyle społeczeństwo, ile najbardziej angażującą wersję społeczeństwa. Najważniejszym aktem cyfrowej samoobrony może być dziś świadomość, że feed nie jest oknem. Jest montażem.

Nota źródłowa: esej powstał w dialogu z książkami Louise Perry "Rozprawa przeciwko rewolucji seksualnej" i Sophie Gilbert "Girl on Girl. Jak popkultura zwróciła kobiety przeciw sobie" oraz z badaniami nad feminizmem cyfrowym, mizoandrią online, koreańskimi ruchami 4B/6B4T, systemami rekomendacji i internetową nadpercepcją wrogości międzygrupowej.