Nagle ci sami ludzie, którzy przed chwilą zbierali miliardy dolarów od funduszy venture capital na budowę coraz to większych farm serwerowych, dziś z grobową miną podpisują petycje, listy otwarte i małe prywatne ewangeliarskie deklaracje, ostrzegające przed nieuchronną ekstynkcją gatunku ludzkiego. Twórcy algorytmów z powagą godną XIX-wiecznych poetów romantycznych opowiadają o "ryzyku egzystencjalnym", dołączając do swoich wniosków o dofinansowanie tabele prawdopodobieństwa końca świata.
Ewangelia sukcesu
Jeszcze do niedawna porządek świata był zdumiewająco prosty, wręcz ascetycznie przejrzysty. Sam Altman z uśmiechem ugruntowanego w wierze ewangelisty przekonywał nas na kolejnych konferencjach, że sztuczna inteligencja leczy raka, bezpowrotnie rozwiąże problem ubóstwa, zamknie dziurę budżetową i napisze za nas wybitne powieści – w czasie gdy my, reprezentanci zwolnionej z pańszczyzny ludzkości, będziemy sączyć kombuchę na tarasach Palo Alto. Dolina Krzemowa żyła w stanie głębokiego, niemal neopogańskiego millennializmu cyfrowego. Była to szczególna wariacja na temat świeckiego raju: świat, w którym wystarczy dokarmić algorytm odpowiednią liczbą tokenów, dostarczyć mu parę terawatów energii i kilka petabajtów zdigitalizowanego ludzkiego dorobku, by na ekranie monitora objawiła się absolutna, bezgrzeszna Jasność.
Współczesna ewangelia sukcesu miała jasne dogmaty. Wystarczyło uwierzyć w moc wykładniczego wzrostu. Modele językowe miały stać się nowymi alchemikami, a ich twórcy – kapłanami nowej ery powszechnego dobrobytu. Przekaz był prosty: dajcie nam pieniądze, dajcie nam swoje dane, odepnijcie nas od regulacji prawnych, a stworzymy Boga z krzemu, który załatwi za was całą tę brudną, ludzką codzienność.
Dziś ten scenariusz rozsypuje się na naszych oczach. Kurtyna opadła, a na scenie zamiast zbawicieli w bezszwowych bluzach z kapturem zostali zdezorientowani technokraci. Zamiast obietnicy raju dostajemy nową edycję cyfrowej zimnej wojny i chór przerażonych proroków. Ci sami ludzie, którzy jeszcze wczoraj zapalili lont pod fundamentami cywilizacji, dzisiaj z profesjonalną troską pytają w programach śniadaniowych, dlaczego w pokoju nagle zrobiło się tak gorąco. Technologiczny hurraoptymizm zbankrutował. Na jego zgliszczach wyrosła najnowocześniejsza, najdroższa i najbardziej dochodowa branża świata: przemysł strachu.
Kościoł Dni Ostatnich Doliny Krzemowej zabrał się za handlowanie tym, czym każda religia chętnie kupczy. Strachem i nadzieją, obietnicą i przestrogą. Nihil novi, białkowi cwaniacy.
Pekin, Waszyngton i widmo czipowego głodu
Spójrzmy na pierwsze z brzegu nagłówki gazet i doniesienia prasowe. Z jednej strony mamy Waszyngton i Pekin wplątane w geopolityczny klincz, przypominający najgorsze momenty wyścigu zbrojeń z czasów kryzysu kubańskiego. Narracja amerykańska – skwapliwie podbijana zarówno przez jastrzębie z Kapitolu, jak i przez szefów cyfrowych gigantów z Samem Altmanem (OpenAI) i Dario Amodeim (Anthropic) na czele – brzmi tak, jakby została podyktowana bezpośrednio przez analityków z zakurzonych gabinetów Pentagonu z połowy XX wieku.
Sztuczna inteligencja z udogodnienia dla korporacji czy zabawki do generowania obrazków z kotami stała się ostatecznym zasobem strategicznym. Opowieść snuta przez amerykański establishment technokratyczny jest prosta i pozbawiona niuansów: jeśli Zachód zwolni choćby na moment, jeśli na ułamek sekundy zatrzymamy rozwój cyfrowych molocho-modeli, autorytarny Pekin natychmiast przejmie cyfrową pałeczkę i narzuci światu swój cyfrowy totalitaryzm.
W tle tej wojennej retoryki kryje się jednak klasyczny amerykański cynizm rynkowy. Lęk przed Państwem Środka stał się idealną walutą transakcyjną. Gdy politycy w Waszyngtonie przebierają nogami ze strachu przed "chińskim zagrożeniem AI", portfele inwestorów otwierają się same. Wystarczy postraszyć azjatyckim smokiem, by rządowe dotacje na infrastrukturę energetyczną, ulgi podatkowe czy specjalne traktowanie prawne dla Big Techu przeszły przez parlament bez zbędnych pytań o prywatność czy prawa pracownicze.
A co na to Pekin? Chiny doskonale wiedzą, w co gra Zachód. Odpowiadają bez owijania w bawełnę: krytykują amerykańscy potentatów za zwykłe "sianie paniki" i geopolityczny szantaż. Chińscy oficjele i tamtejsza prasa państwowa kwitują apele Altmana i Amodeiego o stworzenie globalnych hamulców bezpieczeństwa krótko – to próba zmonopolizowania rynku przez Dolinę Krzemową i zamaskowania własnych problemów biznesowych pod płaszczykiem troski o losy planety.
Co ciekawe, w tej geopolitycznej licytacji na groźby ukryta jest bolesna prawda o ograniczeniach obu stron. Chiny, mimo spektakularnych sukcesów aplikacyjnych, cierpią na realny głód sprzętowy – amerykańskie sankcje na zaawansowane półprzewodniki, czipy i litografię spowalniają ich marzenia o dominacji. Z kolei Amerykanie, dysponujący sprzętem, cierpią na strukturalny brak energii, przepustowości sieci i... pomysłu na to, jak zmonetyzować te gigantyczne nakłady bez ciągłego straszenia wojną. Zimna wojna AI okazuje się w rzeczywistości teatrem obopólnego szantażu, w którym zwykły obywatel jest tylko statystą.
Doomeryzm jako najnowszy model biznesowy
Z drugiej strony barykady obserwujemy zjawisko jeszcze ciekawsze i głębsze psychologicznie: cała branża AI wpadła w głęboki, egzystencjalny dołek. Technologiczny hurraoptymizm z ubiegłych lat bezpowrotnie ustąpił miejsca tak zwanemu doomeryzmowi – zwrotowi w stronę mrocznych, apokaliptycznych wizji.
Wyłania się z tego ponury, ale niezwykle fascynujący obraz naszej współczesności. Technologia przestała być opowiadana w języku społecznej emancypacji, skracania czasu pracy czy rozwiązywania kryzysu klimatycznego. Stała się opowieścią o paraliżującym strachu. Strachu geopolitycznym ("Chiny nas dogonią i zniewolą") oraz strachu metafizycznym ("Sztuczna inteligencja zyska świadomość i zamieni nas w baterie").
Screen z popularnego filmiku na TikToku o tym jak Chiny wyprzedzają gospodarczo USA. jambo1286/TikTok
Zapytajmy jednak przytomnie: dlaczego doliniarze z taką lubością zakładają dziś włosiennicę, posypują głowy popiołem i wieszczą apokalipsę na łamach branżowych magazynów? Odpowiedź jest porażająco prosta: bo apokalipsa świetnie się sprzedaje.
To najstarsza sztuczka świata, przebrana jedynie w cyfrowe szaty. Jeśli przekonasz inwestorów, polityków i opinię publiczną, że twój produkt jest tak niewyobrażalnie potężny, iż w nieodpowiednich rękach może unicestwić strukturę czasoprzestrzeni społecznej – automatycznie sprawiasz, że twój produkt staje się najcenniejszą rzeczą na Ziemi.
Straszenie apokalipsą to w istocie genialsza forma lobbingu. Jeśli AI to zagrożenie egzystencjalne na miarę broni jądrowej, to z kim rządy powinny pisać ustawy i regulacje? Oczywiście z tymi, którzy to zagrożenie stworzyli i rozumieją je najlepiej – z kilkoma monopolistami z Kalifornii. W ten sposób powstaje idealna bariera wejścia dla konkurencji. Mały startup z Europy czy Azji nie dostanie licencji na tworzenie zaawansowanych modeli, bo "nie gwarantuje bezpieczeństwa gatunkowego". Złote klucze do cyfrowej przyszłości zostają w rękach kilku wybranych gigantów.
Apokaliptyczny fatalizm stał się najbardziej wyrafinowaną strategią marketingową XXI wieku. Twórcy technologii nadają sobie status współczesnych Prometeuszy – cierpią za nas, niosą ogień, ale jednocześnie informują, że ten ogień za chwilę spali cały las, więc musimy im płacić abonament za gaśnicę.
Wielka ucieczka od teraźniejszości
W tym całym technologicznym melodramacie najbardziej uderzające jest to, jak skutecznie apokaliptyczna retoryka pozwala uciec od absolutnie realnych, namacalnych i palących problemów, które AI generuje tu i teraz.
Rozmawiamy o hipotetycznym buncie maszyn za pięćdziesiąt lat, podczas gdy za ścianą dokonuje się cicha dewastacja. Nie rozmawiamy o tym, jak algorytmy już dzisiaj degradują rynek pracy, spychając kolejne grupy zawodowe do cyfrowego proletariatu. Nie rozmawiamy o gigantycznym śladzie węglowym i wodnym – o tym, że jedno zapytanie do skomplikowanego modelu potrafi zużyć tyle energii, co wielogodzinne świecenie żarówki, a serwerownie chłodzone są milionami litrów pitnej wody w rejonach dotkniętych suszą.
Uciekamy od dyskusji o cyfrowym kolonializmie, w ramach którego giganci technologiczni drenują dane ludzkości bez pytania o zgodę, o prawa autorskie czy o godziwe wynagrodzenie dla twórców. Ignorujemy fakt, że informacyjny ekosystem internetu został zalany syntetycznym śmieciem, rozkładającym zaufanie społeczne i niszczącym debatę publiczną.
O tym wszystkim nie wypada rozmawiać na eleganckich panelach dyskusyjnych. O wiele bardziej szlachetnie wygląda dyskusja o tym, czy za dekadę cyfrowa nadświadomość uzna nas za szkodniki. Katastrofizm jest po prostu wygodny. Zwalnia z odpowiedzialności za skutki uboczne wprowadzania niesprawdzonego produktu na rynek dzisiaj. Skoro walczymy o przetrwanie gatunku, to kogo obchodzą prawa autorskie jakiegoś rysownika czy stabilność sieci energetycznej w małym miasteczku?
Doszliśmy do momentu, w którym doomerizm działa jak zasłona dymna. Technokratyczna elita z powodzeniem odwraca naszą uwagę od teraźniejszości, karmiąc nas futurystycznym mrokiem. Zamiast rozliczać ich z tego, co robią z naszym społeczeństwem tu i teraz, patrzymy w niebo i wypatrujemy cyfrowych jeźdźców apokalipsy.
Tak jak mówił w rozmowie z nami Cory Doctorow, biznes skupia się na modnych i głośnych terminach, na narracjach, sianiu strachu i dezinformacji, aby odwrócić naszą uwagę od powszechnego i zaplanowanego gównowacenia wszystkiego. Produkty i usługi stają się gorsze, bo biznes wie, że może sobie na to pozwolić. Niektóre firmy są zbyt wielkie aby upaść, zbyt potężne aby się od nich uwolnić i zbyt cwane, żebyśmy migli o tym nawet pomyśleć. Zamiast domagać się zmian tu i teraz, myślimy o klęskach i/albo rajach w przyszłosci.
Towarzysze cyfrowej apokalipsy
Wypełnia się tu stara, niezmienna prawda o cyfrowym kapitalizmie: technologia pod rządem wielkiego kapitału rzadko rozwija się po to, by rozwiązywać nasze rzeczywiste, ziemskie troski. Od samego początku służy głównie do budowania stref wpływu, koncentracji kapitału i ciągłego przekonywania użytkowników, że bez kilku korporacji z Doliny Krzemowej popadniemy w cywilizacyjny niebyt.
Kiedyś sprzedawano nam marzenie o cyfrowym raju i demokratyzacji wiedzy. Dziś, gdy tamta obietnica okazała się pustym frazesem, sprzedaje się nam polocentryczny niepokój. Żyjemy w świecie, w którym technologia nie ma już przynieść nam zbawienia. Ma nas trzymać w stanie permakryzysu i ciągłej czujności.
Zimna wojna z Chinami, widmo zagłady ludzkości, wyścig zbrojeń na tokeny i czipy – to wszystko elementy tej samej gry. Gra polega na tym, by rządy oddały Big Techowi ostatnie bastiony autonomii politycznej i budżetowej w imię "bezpieczeństwa narodowego".
Nie dajmy się na to nabrać. Sztuczna inteligencja nie stanie się nowym Bogiem, który zniszczy świat w błysku cyfrowej światłości. O wiele bardziej prawdopodobny – i o wiele bardziej przerażający – jest scenariusz prozaiczny: technokraci, strasząc nas końcem świata, po prostu po cichu wykupią resztki naszych zasobów, uzależnią od swoich usług każdą dziedzinę życia, a na koniec wystawią nam za to słony rachunek.
Nic tak dobrze nie wyciąga dotacji państwowych, nie likwiduje konkurencji i nie ucisza krytyków jak obietnica, że ratujemy ludzkość przed zagładą – tą samą zagładą, którą sami, na naszych oczach i za nasze własne pieniądze, od poniedziałku do piątku projektujemy.