Nie bój się, że AI zabierze ci pracę. Bój się uberyzacji, która zamieni ją w harówkę

Prawdziwym zagrożeniem, tu i teraz, nie jest fizyczna utrata pracy na rzecz sztucznej inteligencji czy maszyny, ale jej uberyzacja. Czyli radykalne pogorszenie warunków jej wykonywania – mówi w rozmowie z Magazynem Spider’sWeb+ Katarzyna Duda, autorka książki "Uberyzacja. O warunkach pracy kurierów".

fot. Shutterstock / ArtemisDiana

Boisz się, że sztuczna inteligencja zabierze Ci pracę? Niepotrzebnie. To się prawdopodobnie nie wydarzy. Stanie się coś gorszego. Zamiast cokolwiek błogiego bezrobocia czeka cię harówka za marne grosze. Technologie, w tym AI mogą sprawić, że nasza praca zostanie „zuberyzowana”, czyli podzielona na małe fragmenty i wyoutsourcowana na platformę.

W takim modelu od lat pracują kurierzy z kolorowymi plecakami, którzy przez aplikacje takie jak Uber Eats, Glovo, czy Bolt, dostarczają nam zamówione jedzenie lub zakupy. Jednak praca przez platformy rozlewa się na kolejne zawody. Jednocześnie zmieniając rynek pracy w świat, gdzie trudno nawet odpowiedzieć na fundamentalne pytania o to, kto jest naszym szefem.

Katarzyna Duda, autorka książki "Uberyzacja. O warunkach pracy kurierów" obnaża ciemne strony dynamicznie rozwijającej się pracy platformowej. Sprawdza, w jakich warunkach pracują dostawcy i co naprawdę kryje się za fasadą "wolności" i "elastyczności" oferowanej przez wielkie cyfrowe  platformy.

Katarzyna Duda, autorka książki "Uberyzacja. O warunkach pracy kurierów" Fot. Jakub Szafrański
Katarzyna Duda, autorka książki "Uberyzacja. O warunkach pracy kurierów" Fot. Jakub Szafrański

Rozmowa z Katarzyną Dudą, autorką książki "Uberyzacja. O warunkach pracy kurierów", która ukaże się 12 sierpnia nakładem Wydawnictwa Krytyka Polityczna. 

Marek Szymaniak: We wstępie swojej najnowszej książki stawiasz mocną tezę: technologie sprawiły, że szefowie zniknęli, ukryli się za algorytmami. Co to dokładnie oznacza?

Katarzyna Duda: Pozwól, że zacznę od moich poprzednich książek. Przyglądałam się w nich pracy ochroniarzy, pań sprzątających czy pracowników wielkich korporacji. Dla tych grup pracowników pewne rzeczy były oczywiste: wiedzieli, kto jest lub w przypadku outsourcingu chociaż to, kto powinien być ich szefem.

W najnowszej książce, gdzie opisuję kurierów platformowych jest inaczej. Często pytałam ich, kto jest ich szefem. I to pytanie niemal za każdym razem wywoływało konsternację, zagubienie i głębokie wahanie. Ta odpowiedź po prostu przestała być dla nich klarowna.

Dlaczego?

Kurierzy pracują w rozproszonym systemie, w którym każdy unika odpowiedzialności. Kiedy więc pytałam ich o przełożonego, najczęściej słyszałam trzy wykluczające się odpowiedzi.

Czasami wskazywali na partnera flotowego, czyli pośrednika między nimi a platformą, bo to z nim podpisują dokumenty. Czasami odpowiadali, że ich szefem jest Bolt, Uber, Glovo, czyli platformy. Jednak tych odpowiedzi udzielali z wyraźnym znakiem zapytania w głosie, właściwie szukając u mnie potwierdzenia, czy mają rację.

A jaka była najczęstsza odpowiedź?

Trzecią, którą słyszałam najczęściej było dumne: "Sam sobie jestem szefem".

Uwierzyli w bajkę opowiadaną przez platformy?

Tak, to niestety największy triumf korporacyjnej narracji. Wielu kurierów, z którymi rozmawiałam, autentycznie wierzyło w to, że są wolni, niezależni, że sami są sobie szefami i decydują o swojej pracy. Podczas gdy w rzeczywistości są całkowicie i bezwzględnie zależni od algorytmu, na który nie mają najmniejszego wpływu.

A kiedy i czy w ogóle dociera do nich, że wcale nie są swoimi własnymi szefami?

Ci, którzy uważają się za swoich własnych szefów wierzą w to dość trwale głęboko i nie przypominam sobie historii olśnień, że żyli w iluzji.

Dlaczego od razu tego nie widzą? 

Bo są zachowane pewne pozory, że jest inaczej. Mowa choćby o elastyczności czasu pracy. Wielu kurierów ceni brak sztywnych grafików. To, że w niektórych aplikacjach sami decydują, kiedy pracują a kiedy nie. Dlatego nie możemy im wmawiać, że to z gruntu złe, skoro oni sami odczuwają to jako potężną zaletę. Zresztą, kiedy sama wsiadłam na rower w barwach Uber Eats, też poczułam ten urok.

Fot. Wacky Racers Photography / Shutterstock.com
Kurierzy często poruszają się elektrycznymi pojazdami, nierzadko przekraczając dozwolone prędkości i stwarzając zagrożenie na ścieżkach rowerowych i chodniach Fot. Wacky Racers Photography / Shutterstock.com

Na czym ten urok polega?

To oczywiście zależy od aplikacji, bo rynek jest dość zróżnicowany. Na przykład w Pyszne.pl wciąż funkcjonują tradycyjne grafiki, a w Glovo musisz rezerwować tak zwane bloki godzinowe z wyprzedzeniem, co już samo w sobie ogranicza wolność, bo dostęp do najlepszych godzin zależy od twojego wewnętrznego ratingu w aplikacji. Sytuacja w Pyszne.pl może jednak niedługo się zmienić i wyglądać tak, jak w Uber Eats. Firma zapowiedziała, że rezygnuje z zatrudniania kurierów bezpośrednio i będą zatrudniani przez zewnętrzne firmy – tzw. partnerów flotowych.

Ale w takim Uber Eats mamy pełną dowolność. Mogę teraz, siedząc z tobą w kawiarni, po prostu wyciągnąć telefon, kliknąć „zaloguj się” i w tym samym momencie system proponuje mi gotowe zlecenie.

(Katarzyna Duda wyciąga telefon i loguje się do aplikacji Uber Eeats i po chwili czeka na nią pierwsze zlecenie).

Aplikacja proponuje Ci zlecenie za 21 złotych, które ma zająć Ci według wyliczeń systemu 37 minut. To nadal ten urok?

Tutaj urok pryska, bo 37 minut to za mało. Musiałabym podjechać te kilka kilometrów do McDonald’s a to spory dystans. Tam musiałabym poczekać na odbiór zamówienia a potem dopiero do klienta. Pewnie zajęłoby to około godzinę.

21 złotych brutto w godzinę. Prawie o połowę mniej niż obecna godzinowa płaca minimalna, która wynosi 31,40 zł brutto.

Tak, to prawda, ale przynajmniej w Uber Eats mogę też odrzucić ofertę, wylogować się i wrócić z Tobą picia kawy. To jest ta jasna strona, która przyciąga ludzi szukających dorobku na chwilę. Po prostu logujesz się, realizujesz dwa zamówienia, masz cztery dychy w kieszeni i kończysz dzień.

To może to praca właśnie dla osób np. studentów, którzy chcą sobie dorobić te 40 złotych, aby mieć na piwo w weekend? A nie dla tych, którzy myślą, aby się z niej utrzymać. 

Nawet studenci chcą i powinni zarabiać godnie – co najmniej minimalną stawkę godzinową. Obecnie platformy i partnerzy flotowi (poza Pyszne.pl) nie gwarantują tego nikomu – ani dorabiającym studentom, ani osobom, dla których ta praca jest wszystkim i stanowi jedyne źródło utrzymania.

 Za pieniądze zarobione na platformach trudno się utrzymać np. wynająć mieszkanie czy w ogóle przeżyć. Chyba, że pracujemy cały dzień, a nie robimy dwa zlecenia dziennie. Wtedy ta bajka o wolności i elastyczności zderza się z rzeczywistością?

Tak, szczególnie, że zarobki pod płaszczem tej mitycznej elastyczności ukryto inne pułapki. System może na przykład po cichu karać kuriera za korzystanie z tej wolności.

To znaczy? Aplikacja może ukarać kuriera, który np. odrzucił nieopłacalne zlecenie?

Każda odmowa zostaje zapamiętana przez system. W niektórych aplikacjach drastycznie obniżają się wtedy twoje wewnętrzne wskaźniki – tak zwane punkty doskonałości czy dyspozycyjności. Uber Eats pod tym względem wydaje się najbardziej liberalny, ale w innych systemach konsekwencje są natychmiastowe: po odrzuceniu zamówienia odcinają cię od kolejnych, lepszych zleceń.

Gdzie jeszcze ta piękna opowieść platform trzeszczy?

Kiedy przyjrzymy się temu, jak wygląda praca kuriera, dostrzeżemy, że gigantyczne koszty i ryzyko, jest przerzucone w 100 procentach na barki kuriera.

Człowiek pracuje przez osiem godzin dziennie na własnym telefonie, zużywając swój prywatny pakiet internetu i niszcząc baterię. Jeśli jeździ w ulewnym deszczu czy śnieżycy, telefon się niszczy, zalewa i błyskawicznie eksploatuje. Do tego dochodzi zakup i permanentny serwis roweru – najczęściej elektrycznego, bo tylko taki pozwala utrzymać tempo narzucone przez system. Kask, odzież robocza, naprawy – za wszystko płacisz sam.

Do tego zwykle nie zarabiasz, gdy czekasz. A czekanie to spora część tej pracy.

Wyjątkiem jest tutaj Pyszne.pl, które zatrudnia na umowach zlecenie a więc i gwarantuje minimalną stawkę godzinową. W związku z planowanym zwolnieniem 5000 kurierów i przejęciem ich przez tzw. partnerów flotowych, którzy nie gwarantują minimalnej stawki godzinowej, ten pozytywny wyjątek za chwilę może być historią.

Generalnie jednak, pozostałych aplikacjach, kurierzy nie zarabiają czekając. A przymusowe czekanie na zlecenie czy na odbiór zamówienia w restauracji, to jedna z największych patologii ekonomii platformowej.

Jak to działa?

W takim Uber Eats, algorytm wylicza suchy czas przejazdu z punktu A do punktu B. Kompletnie ignoruje fakt, że po przybyciu na miejsce możesz spędzić w kawiarni czy fast foodzie 10, 20, a nawet 40 minut, ponieważ kuchnia nie nadąża z zamówieniami. Przez ten cały czas nie zarabiasz ani grosza. Jesteś zawieszony w próżni. Jeśli w ciągu całego dnia roboczego takie sytuacje powtórzą się kilkakrotnie, nagle okazuje się, że spędziłeś dwie lub trzy godziny na bezpłatnym dyżurze. Jesteś do dyspozycji platformy, tracisz czas, wracasz do domu późną nocą, a twój realny zarobek drastycznie spada.

Fot. Creative Lab / Shutterstock.com
Kurierzy dostarczający np. jedzenie nie mają zagwarantowanych urlopów, zwolnienia lekarskiego ani nawet stałego wynagrodzenia, dlatego nierzadko zarabiają mniej niż wynosi płaca minimalna Fot. Creative Lab / Shutterstock.com

Czyli nietrudno, by realna stawka godzinowa kuriera była znacznie niższa niż ustawowa minimalna płaca godzinowa?

Tak, szczególnie w przypadku kurierów rowerowych. System działa na zasadzie psychologicznego oszustwa. Kurier widzi na ekranie to, co ja przed chwilą: 21 złotych za rzekome 37 minut pracy. Szybko przelicza to w głowie i myśli, że to przyzwoity zarobek. Diabeł tkwi jednak w bilansie końcowym. Dopiero gdy na koniec miesiąca odejmiesz koszty naprawy roweru, zakupu ubrań na zmianę pogodową, rachunki za telefon oraz godziny zmarnowane na bezużytecznym wyczekiwaniu pod restauracjami, brutalna prawda wychodzi na jaw. Ta stawka jest bardzo często drastycznie poniżej minimalnej płacy.

Co więcej, możesz już dojeżdżać do restauracji po odbiór zamówienia, a to nagle znika. Opisujesz to w książce na bazie własnych doświadczeń, bo podjęłaś się pracy jako kurierka.

Tak, przeżyłam sytuację, która była dla mnie potężnym szokiem. Wcześniej żaden z kurierów mi o tym nie opowiadał, a uważam to za jedno z najbardziej upokarzających doświadczeń w tej pracy.

Opowiedz, co się stało.

Byłam w trasie, w drodze po odbiór jedzenia. Padał gęsty śnieg. Trudno było się poruszać, więc jechałam jak żółw walcząc o przetrwanie na nieodśnieżonym chodniku. Mimo to aplikacja nie wysyłała żadnych jasnych sygnałów ostrzegawczych, poza standardowymi, automatycznymi podprogowymi ponagleniami w stylu: „Pospiesz się, klienci uwielbiają gorące posiłki”. Kiedy jednak wreszcie stałam dosłownie naprzeciwko wejścia do kebaba, z którego miałam odebrać paczkę, aplikacja nagle, anulowała moje zamówienie i odebrała mi zlecenie. Oznaczało to, że jechałam tyle czasu bez sensu.

Jak to możliwe? W końcu stałaś pod drzwiami knajpy.

Do dziś zastanawiam się, gdzie w tym była jakakolwiek logika i ekonomiczny sens. Z biznesowego punktu widzenia ściąganie w to miejsce innego kuriera, który musiał dopiero dojechać i stracić kolejne 15 minut, było absurdalne. Dla mnie była to po prostu czysta, automatyczna kara za to, że według idealnych, laboratoryjnych kalkulacji algorytmu jechałam zbyt wolno.

Platforma posiada pełną, permanentną wiedzę o tym, gdzie się znajdujesz. Widzi na mapie GPS twój ruch, wie, że zmierzasz do celu i jesteś tuż przed metą. Mimo to, jednym ruchem kasuje twoją pracę. To dobitnie pokazuje, jak brutalna i asymetryczna jest tu relacja władzy. Nie ma mowy o żadnym partnerstwie.

Nie ma tam człowieka, który zadzwoniłby i zapytał: „Kasiu, widzę, że zwalniasz, co się dzieje?”.

Nie słyszałam, żeby ktokolwiek dostał taki telefon. I choć wiedziałam, że moje zlecenie robiłam tylko na potrzeby książki, to chciało mi się płakać z bezsilności. Poczułam potworne upokorzenie. To był mój czas, mój pot i mój wysiłek. Pytałam w myślach: kto zwróci mi pieniądze za te 20 minut ciężkiej walki ze śniegiem? Ale znałam odpowiedź: nikt. Zostałam z niczym. To była bezduszna lekcja dyscyplinowania pracownika: masz zapierdalać i nie zadawać pytań, bo inaczej zostaniesz odcięty. Algorytmy są skrajnie nieelastyczne. Nie biorą pod uwagę korków, awarii, pogody ani ludzkich możliwości. To człowiek w tym układzie musi stać się nieskończenie plastyczny i dopasować do maszyny.

Ta elastyczność ma jeszcze jeden ukryty koszt, czyli całkowite odarcie z praw pracowniczych i socjalnych. Zimą ryzyko wypadku drastycznie rośnie, a kurier nie ma ubezpieczenia, czy prawa do zwolnienia lekarskiego.

Oczywiście. Praca na platformach oznacza całkowitą utratę prawa do urlopu wypoczynkowego oraz chorobowego. Kiedy jeździłam zimą, uderzyło mnie, jak łatwo w tych warunkach o poważną infekcję, a jeszcze łatwiej o groźny upadek na oblodzonej nawierzchni.

Z moim rozmów z kurierami wynikało, to że niektórzy woleli całkowicie zrezygnować z pracy i nie zarabiać przez dwa tygodnie najcięższych mrozów, traktując to jako mniejsze zło. Kalkulacja była prosta: jeśli wyjadę na lód i złamie rękę, zostaje odcięty od dochodów na dwa lub trzy miesiące. W tym systemie nie ma absolutnie żadnej opieki nad pracownikiem ze strony platformy. Gdy kurier się „zepsuje”, korporacja po prostu go wypluwa i zastępuje kolejnym zalogowanym użytkownikiem.

W książce piszesz, że algorytmy, platformy, aplikacje nie są sprawiedliwe ani niesprawiedliwe. Nie wyzyskują nikogo z własnej woli, bo woli nie posiadają. To kto tak naprawdę pociąga za sznurki?  

To fundamentalna kwestia. Algorytmy, platformy i aplikacje to tylko i wyłącznie zaawansowane narzędzia pracy. Niczym nie różnią się od taśmy montażowej w XIX-wiecznej fabryce czy maszyn włókienniczych. Ktoś te narzędzia stworzył, ktoś nadał im konkretny kierunek i ktoś ustalił bezwzględne zasady gry.

Maszyna nie podjęła autonomicznej decyzji, że jeśli kurier spóźni się o trzy minuty, to należy odebrać mu zlecenie i pozbawić zarobku?

Tak, to człowiek, programista działający na zlecenie zarządu korporacji, zaprogramował ten algorytm w taki sposób, aby optymalizował zyski i bezlitośnie śrubował efektywność kosztem ludzkiej godności. Maszyny uczą się na podstawie danych, ale nie zrobią niczego wbrew woli ich właścicieli. Celem tego systemu jest maksymalne wyciśnięcie wydajności z kuriera i nauczenie go absolutnego posłuszeństwa. Niestety, jako społeczeństwo daliśmy sobie wmówić, że „tak działa aplikacja”, zapominając, że za każdym kodem stoją konkretni ludzie, wielki kapitał i chęć zysku. Szefowie nie zniknęli, ale po prostu schowali się w gąszczu cyfrowego kodu, za parawanem pośredników i platform.

W książce pracę platformową porównujesz do agencji pracy tymczasowej. Gdzie widzisz te analogie?

Zbieżność jest uderzająca. Przez całe lata agencje pracy tymczasowej wysyłały na przykład migrantki z Europy Wschodniej do opieki nad seniorami w Niemczech. Istniał pośrednik, który spijał śmietankę z ich ciężkiej pracy, dystansując się jednocześnie od odpowiedzialności za ich los. Podobnie działo się w polskich szpitalach czy urzędach, które masowo outsiercowały sprzątanie i ochronę zewnętrznym firmom-krzakom. Jedynym celem pośrednika od zawsze było zarabianie na cudzej pracy poprzez obniżenie jej kosztów i pozbawienie ludzi ochrony prawnej.

W przypadku platform jest podobnie, choć pojawia się technologia.

Jedyną realną zmianą jest to, że teraz technologia pozwala ukryć się pośrednikom. Jeszcze mocniej rozmyć odpowiedzialność. Technologia platformowa została wykorzystana do stworzenia iluzji, że cały proces odbywa się bez udziału człowieka. Wszystko kręci się samo, automatycznie, a pracownik zostaje sam na sam z bezdusznym interfejsem na ekranie telefonu.

Okładka książki "Uberyzacja. O warunkach pracy kurierów" - Wydawnictwo Krytyka Polityczna
Okładka książki "Uberyzacja. O warunkach pracy kurierów" - Wydawnictwo Krytyka Polityczna

Stara, dobrze znana patologia wyzysku została po prostu ubrana w błyszczące, nowoczesne szaty cyfrowe?

Zdecydowanie. W pracy platformowej mechanizmy wyzysku uległy radykalnemu wzmocnieniu. Z jednej strony wmówiono rzeszom pracowników, że tak naprawdę dla nikogo nie pracują. Zaś z drugiej odebrano im prawa np. do płatnego urlopu, co zwiększa zysk ukrytych za aplikacjami szefów.

Kurierzy są niewidzialni dla swoich szefów, ale stają się też w dziwny sposób przezroczyści dla nas – konsumentów. Widzimy ich na ulicach, ale jako społeczeństwo rzadko pochylamy się nad ich losem. W książce opisujesz uderzające zjawisko, jakim są dostawy „bez kontaktu”, bezpośrednio na wycieraczkę, które pojawiły się w pandemii ze względu na bezpieczeństwo. Jak to na Ciebie wpłynęło?

To było dla mnie jedno z najbardziej przygnębiających i upokarzających odkryć. Osobiście uważam dostawy na wycieraczkę za głęboko upokarzające.  Ludzie zamawiają jedzenie i nie mają w sobie tyle empatii, by chociaż spojrzeć kurierowi w oczy albo podziękować.

Może robią to z wygody? Albo nie zdają sobie sprawy, że dla kogoś to ważne.

Zwykłe, ludzkie „dziękuję” usłyszane na progu ma w tej wycieńczającej pracy gigantyczne znaczenie psychologiczne. Tymczasem masowo spotykałam się z sytuacjami, gdzie zamawiający żądali zostawienia zamówienia pod drzwiami. Po pewnym czasie zauważyłam, że to zjawisko nie jest dziełem przypadku. Istnieją konkretne osiedla i budynki, w których ta forma dostawy jest absolutnym standardem.

Jakie to osiedla?

To zwykle luksusowe, nowoczesne budynki na strzeżonych, zamkniętych osiedlach. To enklawy nowej klasy średniej, gdzie zanim dotrzesz pod drzwi, musisz pokonać kilka furtek, domofonów i barier. I to właśnie tam, w tych nowoczesnych budynkach, lokatorzy nagminnie uciekali przed jakimkolwiek kontaktem wzrokowym.

Z czego to wynika? To chęć zachowania maksymalnej wygody, aspołeczność czy może podświadomy wstyd i wyrzuty sumienia, że ktoś goni rowerem w ulewę, żeby przywieźć nam jedną paczkę chipsów? Co jak opisywałaś wcale nie jest wyjątkiem.

Nie rozmawiałam bezpośrednio z klientami, więc mogę jedynie snuć domysły. Wydaje mi się jednak, że kluczem jest postępująca alienacja i niechęć do wchodzenia w jakiekolwiek relacje międzyludzkie. W aplikacji byłam podpisana jako Kasia, więc klienci widzieli, że zamówienie niesie im Polka. To nie była kwestia uprzedzeń rasowych czy strachu przed nieznajomym migrantem.

Po prostu jako społeczeństwo wchodzimy na wyższy poziom bezosobowości. Kiedyś, żeby zamówić pizzę, trzeba było wykonać telefon, porozmawiać z dyspozytorem. Dziś wszystko odbywa się za pomocą kliknięć. Aplikacja idealnie odcina nas od drugiego człowieka. Skoro zamówienie jest bezosobowe, to dostawa też ma taka być. Zamykamy się w swoich bezpiecznych bańkach, a kurier ma być jedynie bezgłośnym, mechanicznym przedłużeniem algorytmu, który zostawia paczkę na wycieraczce i znika.

Co najbardziej wyryło się w Twojej pamięci z okresu, gdy sama zakładałaś ten wielki, kolorowy plecak?

Zapamiętam rozczarowanie z wypłaty. Kiedy na koniec miesiąca widzisz swój realny przelew, z którego po odliczeniu wszystkich kosztów eksploatacji sprzętu zostają grosze, czujesz złość. Do pasji doprowadzał mnie fakt, że jako pracownik musiałam co tydzień płacić platformie około 20 złotych za samą możliwość korzystania z aplikacji i wykonywania dla nich zleceń! To totalny absurd. Ruszasz w trasę i przez pierwsze godziny pracujesz tylko na to, żeby zapłacić korporacji za to, że łaskawie pozwoliła ci dla niej zarabiać. To praca dla sportu, w której na starcie jesteś na minusie.

Fot. Karolis Kavolelis / Shutterstock.com
Firmy takie jak Glovo nie postrzegają kurierów jako swoich pracowników Fot. Karolis Kavolelis / Shutterstock.com

W swojej książce piszesz, że język w świecie kurierów staje się osią podziału, która brutalnie decyduje o dostępie do lepszej lub gorszej części rynku pracy. Jak ten mechanizm segregacji wygląda od środka?

Bariera językowa na wielu poziomach jest potężnym murem, która wypycha ludzi poza nawias społeczeństwa. Po pierwsze odcina ich od kontaktu od klientów, bo szczególnie ci rosyjskojęzyczni nie mogą się z nikim porozumieć.

Po drugie osoby znające język polski mogły pracować dla Pyszne.pl, czyli jak wspomnieliśmy platformy, która oferuje nieco bardziej cywilizowane warunki zatrudnienia. Choć to oczywiście to nadal – jak mówił jeden z moich rozmówców kurier Wojciech Dereszewski – dno, lecz po prostu dni mniej muliste.

Oznacza to, że osobom, które nie znają języka polskiego, czyli głównie migrantom z dalszych zakątków świata, pozostają wszystkie inne, gorsze aplikacje, gdzie nie ma nie ma mowy o stawce godzinowej, darmowym kasku czy ubraniu roboczym.

Po trzecie zaś, bariera językowa odbiera kurierom możliwość budowania relacji, a więc i solidarności zawodowej i zrzeszania się w walce o swoje prawa.

To fundamentalny problem. Jak celnie zauważył wspomniany Wojciech, który od lat próbuje organizować tych ludzi i walczy o ich prawa: „Kurierzy z Polski i z Indii mogą porozumieć się przez Google Translate, ale w ten sposób nie przeprowadza się rewolucji”. Swobodna, naturalna komunikacja jest podstawą budowania zaufania. Jeśli jej brakuje, bardzo łatwo jest zarządzać rozproszonym tłumem.

Czy uważasz, że to celowa strategia korporacji? Stworzenie swoistej wieży Babel, w której pracownicy są tak zróżnicowani i odizolowani językowo, że z założenia stają się niezdolni do jakiejkolwiek skoordynowanej rewolty?

Nie chcę wchodzić w sferę teorii spiskowych i spekulować, co dokładnie siedzi w głowach menedżerów globalnych platform, ale z perspektywy biznesu taki układ jest bez wątpienia niezwykle wygodny. Strukturalnie sprzyja to platformom, ponieważ skutecznie blokuje narodziny solidarności i wspólnej walki.

Wydaje mi się jednak, że główna motywacja korporacji jest jednak znacznie prostsza: poszukiwanie skrajnie taniej, a przez to posłusznej siły roboczej. Oferta pracy celowo kierowana jest do migrantów, ponieważ są oni w obcym kraju, często słabo znają lokalne realia i prawo, a ich determinacja, by zarobić na utrzymanie, jest bez porównania większa a prace przez aplikację bardzo łatwo zdobyć. Taki pracownik ma z założenia drastycznie mniejszą siłę przetargową i rzadziej stawia opór. 

Zostanę jeszcze chwilkę przy kwestii języka, bo cyfrowa nowomowa idzie jeszcze dalej. Wręcz odczłowiecza sam proces pracy poprzez eliminację słowa „pracownik”. Zastępuje się je „partnerem”, „klientem” czy „dostawcą”. Dlaczego korporacje tak panicznie boją się tradycyjnego nazewnictwa?

To precyzyjnie zaprojektowana maska. Używa się tych pojęć na każdym kroku, aby za wszelką cenę zatuszować istnienie klasycznego stosunku pracy. Na rynku kurierskim doszło wręcz do językowych kuriozów – spotkałam się z określeniem „partner kurierski partnera flotowego”. Te wydziwione, wielopiętrowe konstrukcje językowe mają jeden cel: broń Boże nie użyć słowa „pracownik”.

Gdyby to słowo padło, w głowie kuriera mogłoby zrodzić się niebezpieczne podejrzenie, że wcale nie jest „sam sobie szefem”, lecz trybikiem w cudzej maszynie. Ta semantyczna manipulacja ma jednak znacznie mroczniejszy skutek – ona głęboko odczłowiecza. W tym systemie znikają ludzkie twarze i nazwiska. Masz aplikację, masz kody zamówień, masz bezosobowych partnerów. Człowiek jako podmiot zostaje całkowicie wymazany ze struktury.

Spójrzmy na ten problem szerzej. Kurierzy jedzenia stanowią zaledwie ułamek, może kilka procent wszystkich zatrudnionych w Polsce. W kraju, w którym tak często panuje znieczulica i podejście „mnie to nie dotyczy”, dlaczego przeciętny obywatel powinien w ogóle przejmować się ich losem?

Powinniśmy się tym przejmować z czysto pragmatycznego, egoistycznego punktu widzenia: dla dobra nas wszystkich i w trosce o stabilność państwa. Na masowym zatrudnianiu kurierów w tym modelu tracimy jako społeczeństwo gigantyczne pieniądze. Rutynową praktyką pośredników, czyli partnerów flotowych, jest podsuwanie ludziom do podpisu jawnie fikcyjnych „umów wynajmu roweru” zamiast standardowych umów zlecenia czy umów o pracę. To jest de facto praca na czarno.

Rzesze ludzi ciężko pracują na ulicach polskich miast, a do budżetu państwa oraz do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych nie trafiają z tego tytułu należne składki i podatki?

Dokładnie. Ktoś bezczelnie omija prawo i generuje gigantyczne zyski kosztem nas wszystkich, bo to my będziemy musieli w przyszłości udźwignąć ciężar systemu ochrony zdrowia czy minimalnych emerytur dla tych ludzi. To jest ordynarne okradanie państwa, czyli nas obywateli.

Dlaczego jeszcze nas wszystkich to dotyczy?

Bo, i może jeszcze bardziej przerażające, mamy do czynienia z niezwykle niebezpiecznym precedensem, który infekuje cały rynek pracy. Jeśli pozwolimy na normalizację i pełną akceptację takich praktyk w branży kurierskiej, inne sektory gospodarki błyskawicznie dojdą do wniosku, że im też wolno tak robić. Skoro wokół tego procederu panuje społeczna cisza i przyzwolenie, to dlaczego nie ciąć kosztów?

Ten model już zaczyna przelewać się na kolejne zawody.

Tak, dlatego każdy pracownik w Polsce, niezależnie od tego, czy siedzi w luksusowym biurze, czy też nie, powinien się dziś autentycznie bać. Bać tego, że jego praca zostanie wkrótce zuberyzowana, wyoutsourcowana na platformę i sfragmentaryzowana.

Ostrzegasz czy straszysz?

Straszę, bo naprawdę możemy stać się pracownikami na żądanie. Ktoś w korporacji kliknie w aplikacji, że zamawia cię na dwie godziny lub na jeden dzień, bez żadnej gwarancji stabilności, bez ubezpieczenia i bez jakichkolwiek widoków na przyszłość.

W mediach głównego nurtu bez przerwy debatuje się nad tym, czy sztuczna inteligencja i roboty zabiorą nam pracę. Ty w swojej książce odwracasz ten wektor i twierdzisz, że zadajemy złe pytania. Powinniśmy pytać o to, czy nasza praca zostanie „zuberyzowana”.

Dokładnie. Wizja, w której humanoidalne roboty masowo wypychają ludzi z fabryk i biur, to w wielu branżach wciąż odległa wizja. Bardzo często automatyzacja sprawia, że firmy wręcz szukają nowych sposobów na podnoszenie jakości usług i utrzymują zatrudnienie. Prawdziwym zagrożeniem tu i teraz nie jest fizyczna utrata pracy na rzecz sztucznej inteligencji czy maszyny, ale jej uberyzacja, czyli radykalne pogarszanie warunków jej wykonywania.

Unia Europejska próbuje okiełznać ten dziki kapitalizm. Przed nami nieuchronne wdrożenie unijnej dyrektywy o pracy platformowej. W książce przytaczasz przykłady państw zachodnich, które podjęły rękawicę. Możesz wskazać działania, które ważasz za najbardziej obiecujący drogowskaz dla Polski?

Kraje przyjęły różne strategie, mocno uzależnione od siły lokalnych związków zawodowych i politycznej odwagi rządów. Dla mnie absolutnym punktem odniesienia i wzorem do naśladowania jest Hiszpania. Oni nie bawili się w półśrodki ani w próby regulowania rynku za pomocą lokalnych układów zbiorowych. Wprowadzili twardą, odgórną ustawę, która wprowadziła domniemanie stosunku pracy dla wszystkich pracowników platformowych.

Co niezwykle istotne, hiszpański rząd nie poprzestał na samym spisaniu suchego prawa na papierze. Tamtejsza minister pracy wprost wezwała prokuraturę i sądy do bezwzględnego ścigania korporacji, które próbowały ignorować nowe przepisy. Państwo z całą swoją surowością i aparatem przymusu stanęło po stronie kurierów. 

Czy wyobrażasz sobie taki scenariusz w Polsce? Gdyby u nas jakikolwiek minister, nawet z lewicowego skrzydła rządu, wezwał prokuraturę do ścigania przedsiębiorców, w przestrzeni publicznej podniósłby się lament. 

Oczywiście, u nas wywołałoby to gigantyczne oburzenie. A w Hiszpanii to po prostu zadziałało. Instytucje państwowe powołane do stania na straży prawa pracy dostały jasny, odgórny sygnał do działania. I ścigały te firmy z pełną determinacją. Kary nie wynosiły symbolicznego tysiąca złotych, jak to często bywa w realiach naszych inspekcji pracy, ale opiewały na miliony euro. Korporacje oczywiście kluczyły, odwoływały się, odwlekały procesy, ale państwo pokazało potężną, instytucjonalną siłę.

Fot. Karolis Kavolelis / Shutterstock.com
Wielu pracowników platform to migranci, dla których podjęcie pracy poprzez aplikację jest bardziej dostępne Fot. Karolis Kavolelis / Shutterstock.com

Najbardziej zaimponował mi przypadek, w którym do osobistej, karnej odpowiedzialności miał zostać pociągnięty szef jednej z takich globalnych firm.

Temu konkretnemu człowiekowi zaczęła realnie grozić kara bezwzględnego więzienia. Dopiero wtedy, przed widmem personalnych konsekwencji, ten wielki kapitał autentycznie się wystraszył. Deliveroo, czyli jedna z platform zdecydowała się nawet wycofać z tego rynku, bo wiedziała, że z aparatem państwa nie wygra. Hiszpania udowodniła, że potrafi wyciągnąć ukrytego za algorytmami szefa za uszy, pokazać jego twarz opinii publicznej i zmusić do przestrzegania prawa. To było imponujące.

Przenieśmy się na nasze podwórko. Mamy połowę 2026 roku. Dyrektywa unijna powinna zostać zaimplementowana w Polsce najpóźniej do grudnia tego roku. Tymczasem wokół projektu ustawy panuje głęboka, niemal grobowa cisza. Jak to oceniasz?

Jestem w stanie głębokiego, nieustającego zdziwienia i niepokoju. Ministerstwo Pracy zapowiadało, że oficjalny, rządowy projekt ustawy ujrzy światło dzienne najpóźniej na wiosnę. Mamy sierpień, a projektu jak nie było, tak nie ma. Przecież to jest gigantyczna reforma strukturalna, która wymaga głębokich, rzetelnych konsultacji społecznych ze związkami zawodowymi, z kurierami oraz ludźmi, którzy ten rynek znają od podszewki. Tego nie da się przepchnąć kolanem w dwa tygodnie w trakcie wakacji.

Jakie są Twoje największe obawy związane z ostatecznym kształtem polskich przepisów?

Ogromnie boję się tego, że brak szerokiej, transparentnej debaty społecznej zaowocuje potworkiem legislacyjnym. Nawet jeśli ministerstwo przepisze dobre, propracownicze unijne rozwiązania, to bez dogłębnej znajomości realiów rynkowych ta ustawa będzie dziurawa jak ser szwajcarski.

Korporacje technologiczne reagują błyskawicznie. W sekundę po wejściu w życie nowych przepisów ich działy prawne wygenerują dziesiątki kreatywnych sposobów na obejście prawa. Widzieliśmy to już w innych krajach europejskich. Jeśli nie zaprosimy do stołu ludzi, którzy doskonale znają ten rynek od środka, nie będziemy w stanie przewidzieć kolejnych ruchów platform i skutecznie zabezpieczyć interesów pracowników.

Jak tego uniknąć? Załóżmy, że dzwoni do Ciebie Agnieszka Dziemanowicz-Bąk, szefowa resortu pracy i pyta: Pani Kasiu, co trzeba zrobić? Co byś jej odpowiedziała.

W idealnym świecie każdy kurier powinien mieć zagwarantowaną umowę o pracę. Musimy jednak wyjść naprzeciw ich realnym oczekiwaniom i zrozumieć, że kurierzy nie chcą sztywnego, tradycyjnego etatu od 8:00 do 16:00. Oczekują elastyczności i to się absolutnie nie kłóci z prawami pracowniczymi.

Tylko umowa o pracę gwarantuje kurierowi pełne ubezpieczenie społeczne, ochronę w przypadku choroby czy nieszczęśliwego wypadku na drodze oraz, co kluczowe, nakłada na pracodawcę obowiązek zapewnienia bezpłatnych narzędzi pracy. Kurier nie może płacić za rower, telefon czy internet, na którym zarabia korporacja. Wszelkie inne rozwiązania, w tym umowy zlecenia, wciąż pozostawiają lwią część kosztów po stronie pracownika.

Co jeszcze?

Drugą kluczową kwestią jest pełny, ustawowy wgląd w działanie algorytmów. Pracownik musi mieć czarno na białym wyłożone zasady, według których system przydziela konkretne zlecenia, nakłada kary, blokuje konta czy wylicza bonusy. To musi być transparentne i przewidywalne. Jeśli wprowadzimy umowy o pracę, część problemów z algorytmami rozwiąże się automatycznie, ponieważ zniknie płatność wyłącznie od sztuki czy darmowe czekanie pod restauracją.

Na zakończenie dodam, że powinniśmy i musimy wyobrazić sobie nowoczesne umowy o pracę, które dają pełną ochronę socjalną, ale jednocześnie pozwalają na elastyczne zarządzanie czasem. Zresztą takie rozwiązania są już teraz  W innych krajach europejskich i powinniśmy pójść ich śladem.