"Z narastającym poczuciem zakłamania obserwowali kolejne lajki, mnożące się komentarze, w których znajomi wyrażali zazdrość i pytali, kiedy mogą przyjechać. Czasem komentarze przeradzały się w wymianę wiadomości ze screenshotami połączeń lotniczych i pytaniami dotyczącymi noclegu. Ale plany nigdy się nie konkretyzowały, a Anna i Tom wcale się nie zdziwili, że ostatecznie nikt ich nie odwiedził" – tak wyglądał dłuższy wyjazd pary głównych bohaterów powieści "Do perfekcji".
Zaczynam od beletrystyki, głośnej książki, którą wydał Vincenzo Latronico. Powieść, uznawana za jedną z najważniejszych ostatnich lat, w prozatorskiej formie opowiada o tym, czego Byung-Chul Han dotyka w eseistyczny sposób. Gęsto i chętnie rozdawane "polubienia" nie przekładają się na realne relacje. Są piuste, choć zajmują uwagę.
Bohaterowi powieści Latronico pracują zdalnie dla cyfrowych biznesów, mają wielu "przyjaciół" na całym świecie, relacjonują swoją codzienność w mediach społecznościowych, świat online jest ich pierwszym uniwersum. Nie mają wspólnoty, mają wirtualną społeczność, nie mają swojego miejsca, mają feed na platformach społecznościowych.
Luksus szacunku
Przez dekady wierzyliśmy, że technologia nas wyzwoli. Internet miał być agorą XXI wieku – przestrzenią nieskrępowanej wymiany myśli, demokratycznym rajem, w którym każdy głos waży tyle samo. Stało się jednak coś dokładnie przeciwnego. Zamiast wspólnoty otrzymaliśmy cyfrowy rój a światem rządzą technokraci.
Teza o "cyfrowym roju" pojawiała się już we wcześniejszych publikacjach koreańsko-niemieckiego filozofa, ale w najnowszej publikacji, "Bez szacunku", Han łączy izolację jaką tworzy sieć z brakiem szacunku. Kryzys zaufania, którego dziś doświadczamy, w sferze prywatnej i publicznej.
"Dobrze urządzone społeczeństwo zakłada szacunek ludzi do siebie nawzajem (men’s respect for one another), który wyraża się jako wzajemne uznanie. Obopólny respekt stanowi fundament sprawiedliwego społeczeństwa" – pisze Han. .
Chociaż szacunek jest podstawą, to coraz częściej staje się towarem luksusowym.
Dlaczego? Ponieważ szacunek wymaga dystansu, uwagi i uznania inności drugiego człowieka. Wymaga zatrzymania się.
Widać to chociażby w sprawie odebrania Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełeńskiemu przez prezydenta Karola Nawrockiego. W całej sytuacji nie chodziło o próbę zrozumienia, nie było ani właściwego dystansu ani uznania Inności (dlaczego ktoś robi tak a nie inaczej) a o emocje, w szczególności emocje w infosferze. Decyzja miała grzać cyfrową publikę. Chodziło o cyfrowe poklepanie po plecach, chwilowy skok dopaminy w niekończącym się spektaklu narcyzmu. To nie była nawet polityka a spektakl.
Piekło prestiżu
Szacunek to praca na rzecz innych, nie dająca natychmiastowego "zwrotu z inwestycji". Współczesna kultura – ufundowana na paradygmacie neoliberalnej wydajności – przekształciła nas w "przedsiębiorców samych siebie".
Nie potrzebujemy już zewnętrznego ekonoma z batem, ponieważ sami staliśmy się swoimi najsurowszymi nadzorcami. Musimy być piękniejsi, bardziej produktywni, bardziej widoczni. Kto nie bierze udziału w tym wyścigu, odpada. Ta bezwzględna merytokracja rodzi potwory.
"W społeczeństwie osiągnięć szacunek nie jest czymś, co bezwarunkowo przysługuje człowiekowi jako istocie moralnej. Jest raczej wynikiem osobistych starań. Dlatego o szacunek toczy się nieustanna walka. To jednocześnie walka o status. Utrata statusu jest równoznaczna z utratą szacunku" – podkreśla Han.
Niestety społeczeństwo sukcesu generuje gigantyczną masę tych, którym się nie udało. System wmawia im jednak, że ich porażka jest wyłącznie ich winą. Efekt? Dawny klasowy bunt, który potrafił jednoczyć ludzi wokół wspólnej sprawy i budować solidarność, ustąpił miejsca autodestrukcji.
Dzisiejszy prekariat nie organizuje powstań – on cierpi na depresję, wypalenie i głęboki, paraliżujący samosąd. Nie ma społecznych problemów i systemowych rozwiązań. Rządzi resentyment i indywidualizacja wszystkiego. Każdy musi grać sam w grze, w której w pojedynkę mało kto ma szansę cokolwiek osiągnąć. Zwrot egoistyczny wydaje się przejawem realpolitik na poziomie jednostki, ale to mądrości z hollywoodzkich filmów akcji. Nie każdy będzie samotnym mścicielem. Społeczeństwo zindywidualizowanych jednostek, nawet genialnych, nie ma prawa być szczęśliwe i dobrze funkcjonujące.
Gdy brakuje wspólnoty, walka o resztki szacunku przenosi się na poziom walki o status materialny i pozycję w sieci. Ponieważ jedynymi obiektywnymi miernikami wartości człowieka stały się pieniądz i liczba obserwujących, wszyscy bezustannie porównujemy się ze wszystkimi. Towarzyszy nam permanentny, podskórny lęk przed degradacją. Ta permanentna podejrzliwość i agresja wylewają się do sfery publicznej.
Zjawiska takie jak cyfrowy lincz, cancel culture czy wszechobecne shitstormy to nic innego jak symptomy głębokiej frustracji społeczeństwa pozbawionego struktur wzajemnego uznania. Zamiast rozmawiać, krzyczymy; zamiast argumentować – niszczymy przeciwnika, traktując go jak przeszkodę na drodze do naszej własnej, narcystycznej samorealizacji. To właśnie jest owa katastrofa, ku której nieuchronnie dryfujemy.
Demokracja nie może istnieć bez zaufania, a zaufanie nie istnieje bez szacunku. Bez tych fundamentów debata publiczna zamienia się w plemienną wojnę domową, w której rację ma ten, kto krzyczy głośniej i potrafi skuteczniej zmobilizować swój internetowy cyfrowy rój. Tracimy zdolność słuchania tego, co inne, obce, niewygodne. Zastępujemy to gładką, bezproblemową konsumpcją treści, które jedynie utwierdzają nas w naszych własnych uprzedzeniach.
Nowe społeczeństwo starych zasad
Czy jest stąd jakieś wyjście? Byung-Chul Han w swoich analizach rzadko bywa naiwnym optymistą, jednak w eseju "Bez szacunku" rysuje mglistą, choć konieczną wizję ratunku: powrót do polityki przyjaźni.
Ratunkiem dla nas nie są kolejne regulacje algorytmów ani sprytniejsze filtry antyspamowe. Ratunkiem jest radykalna rekonstrukcja relacji międzyludzkich opartych na dystansie, uprzejmości i uważności. Musimy na nowo nauczyć się sztuki bycia razem bez konieczności natychmiastowego oceniania, fotografowania i wrzucania wszystkiego do sieci.
Bez tych wszystkich gierek znanych z sieci. Życie to nie przesuwanie zdjęć kciukiem i blokowanie niechcianych kontaktów. To dialog, nie scrollowanie.
"Tak zwany ghosting odzwierciedla społeczeństwo pozbawione szacunku, w którym Inny znaczy tyle co wymienny przedmiot. Ofiara ghostingu jest używana i usuwana jak odpad. To symptom deficytu uwagi dla Innego. Odpowiedzialność, szacunek i uwaga wzajemnie się warunkują" – pisze Han.
Jeśli nie odzyskamy zdolności do okazywania szacunku bez oczekiwania natychmiastowego zysku lub cyfrowego poklasku, katastrofa, o której pisał Han, domknie się na naszych oczach. Staniemy się społeczeństwem doskonale skomunikowanych, a jednocześnie potwornie samotnych atomów, które potrafią do siebie pisać, ale całkowicie zapomniały, jak ze sobą rozmawiać. Najwyższy czas odłożyć smartfony i spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy – nie przez pryzmat ekranu, ale z czystym, archaicznym wręcz szacunkiem.