Felietony

Motoblender 43/2019: hura, wypadki!

Felietony 16.11.2019 263 interakcje
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 16.11.2019

Motoblender 43/2019: hura, wypadki!

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski16.11.2019
263 interakcje Dołącz do dyskusji

Dzień dobry, oto Motoblender numer 43/2019. W nim jak zwykle przepisy na pyszne wegańskie potrawy ze żwiru oraz obiektywne recenzje wyposażenia gabinetów stomatologicznych. Zapraszam.

Zaczniemy od tego, że w Jaworznie, mieście w Polsce najbardziej zorientowanym na bezpieczeństwo ruchu drogowego, doszło do dwóch potrąceń pieszych na pasach i to dzień po dniu. Cóż można powiedzieć? Można tylko współczuć ofiarom, bo wypadki co do zasady są czymś, co nie powinno się zdarzać. Oczywiście można być też tzw. eksperckim portalem i reagować „haha” na następujący komentarz na Facebooku:

motoblender

Komentarz sugeruje że ruch kierowców – nie wiadomo o jaki chodzi – cieszy się z wypadków, bo to oznacza że jaworzyńskie metody (zwane przez ekspertów „toszowaniem”) nie działają. To oczywiście obrzydliwość i kretynizm do sześcianu. Żadne wypadki nie powodują że ktoś się cieszy, nie słyszałem o takim przypadku. Jako kierowca chciałbym żeby wypadki się nie zdarzały, a chociaż ideologicznie nie zgadzam się z jaworzyńskim naczelnikiem ruchu drogowego, to i tak życzę jemu i całemu Jaworznu żeby nikt w nim nigdy nie zginął w wypadku komunikacyjnym. One zawsze będą się zdarzać, a jednostkowe przypadki w rodzaju tego niekorzystnego zbiegu okoliczności z Jaworzna nie świadczą, że działania jaworzyńskie są bez sensu – tak jak jednostkowe przypadki typu Wypadek na Sokratesa nie świadczą o tym, że jest coraz bardziej niebezpieczne. Mamy za to coraz więcej dowodów, że zwykli ludzie, których należy edukować i objaśniać im konsekwencje swoich czynów mogą ze strony aktywistów liczyć co najwyżej na pogardę i nazywanie ich durniami. Widzicie durnie – zamknijcie ryje i róbcie co każemy, bo my jesteśmy mądrzy, a wy głupi. Tak najkrócej można streścić próby jakiejś dyskusji na temat koncepcji na podniesienie bezpieczeństwa ruchu drogowego.

Organizatorzy ulicznych wyścigów zaprosili na nie policję. Policja przyjechała

Pewnie już wszyscy o tym czytali, ale jacyś geniusze z Konina, spotykający się w celu szybkiej jazdy po ulicach (nie wiem czy to już wyścigi, czy tylko zap…lanie), na swój zlot zaprosili policję – dla żartu. Policja załapała żart i przyjechała. Ukarano 40 z 46 skontrolowanych kierowców. Pięciu straciło prawo jazdy za przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h w obszarze zabudowanym. Odebrano też dwa dowody rejestracyjne, czyli jeden na 23 samochody. Ale ponoć wielu kierowców ukarano mandatami za stan techniczny pojazdu. Trochę tego nie rozumiem: jeśli stan techniczny pojazdu budzi wątpliwość, to chyba zatrzymanie dowodu rejestracyjnego powinno być podstawowym działaniem policjanta, a nie karanie kogoś mandatem. Ma pan łyse opony, to będzie kosztowało 300 zł, dziękuję, może pan jechać dalej. Nie, moim zdaniem to jakiś wkręt. Przy czym oczywiście popieram policję w działaniach przeciwdziałających rozwijaniu dużych prędkości w mieście i agresywnej jeździe. Spotkania motoryzacyjne powinny jak najbardziej się odbywać, ale w takiej postaci jak spoty klasyków: przyjeżdżamy, popatrzymy się na siebie i odjeżdżamy. Nie widzę powodu żeby z tej okazji palić gumę albo się ścigać, ale pewnie, wiecie, mam za słabe auto.

GM i Ford po swoich genialnych decyzjach gwałtownie tracą klientów

Oczywiście chodzi o decyzje w kwestii wycofania gamy aut osobowych i skoncentrowania się na crossoverach czy SUV-ach. Problem polega na tym że po wypadnięciu z rynku Chevroleta Cruze i Forda Focusa dotychczasowi nabywcy tych samochodów nie poszli do salonów GM i Forda po crossovery, tylko do Toyoty po Corollę i do Hondy po Civica. Po raz kolejny Japończycy, którzy jakoś umieją zarabiać na swoich autach kompaktowych, są beneficjentami kontrowersyjnych posunięć producentów amerykańskich. Rzecz w tym, że udział klientów, którzy chcą mieć SUV-a, jest ograniczony i nie wyjdzie ponad pewną wartość. Jest całkiem spora grupa ludzi, która woli samochody osobowe i po prostu nie rozważa SUV-ów. Dlatego oni, gdy skończył im się leasing Focusa, nie poszli do salonu po Escape (naszą Kugę), a po Toyotę Corollę w hybrydzie.

Oczywiście kimże jestem, aby kwestionować koncepcje wymyślone przez zespoły ludzi Dużo Mądrzejszych Ode Mnie? Ano jestem sobie mikroprzedsiębiorcą, który sprzedaje naklejki. I realnie w moim sklepie sprzedają się 2-3 rodzaje naklejek. Inne wzory nie żrą tak dobrze. Ale utrzymuję je, choć na pierwszy rzut oka wydają się one niedochodowe – druk kosztuje, potem bardzo długo leżą, zajmują mi miejsce w magazynie, ogólnie bez sensu. Nie, jeśli spojrzy się na to szerzej: te „gorsze” naklejki przeważnie stanowią sprzedaż komplementarną do tych lepszych. Ktoś bierze naklejkę X, to czasem dobierze sobie do niej Y. Czasem zdarzy mi się, że w miesiącu, w którym dodrukowuję tych mniej popularnych naklejek, sklep ostatecznie nic nie zarobi. To się zdarza. Jestem przedsiębiorcą, więc wiem, że nie w każdym miesiącu się zarabia. Czasem się inwestuje, a zarabia się za 3 miesiące.

I to jest kłopot: udziałowcy koncernów motoryzacyjnych są ich właścicielami, ale nie są ich zarządcami. Nie interesuje ich więc kompletnie, jak firma będzie działać i guzik ich obchodzi, że teraz inwestujemy, ale potem zarobimy. Nie. Pieniądze mają być tu i teraz, a jak firma nie zarabia, to znaczy że zarząd jest nieudolny. Więc robi się tak, żeby inwestorzy dostawali szmal, myśląc krótkoterminowo, bo zarządcy są na kontraktach, a co nastąpi po nich, też guzik ich obchodzi. Halo? Prezydent Trump? Jest taka sprawa, potrzebujemy wsparcia rządowego…

General Motors planuje liberalizację w dziedzinie modyfikacji elektronicznych

Jak na ten moment, nowy Chevrolet Corvette C8 jest nie do podłubania, przynajmniej jeśli chodzi o moduł sterujący silnika. Nie ma skutecznych metod „wgrania sportowej mapy” i innych tego typu popularnych modyfikacji. Klienci nie są z tego specjalnie zadowoleni, a jeszcze mniej zadowolone są firmy zajmujące się tuningiem mechanicznym. GM i inni producenci zawsze stoją na stanowisku, że nie można pozwolić na dłubanie w komputerze, bo po pierwsze to ułatwi zadanie samochodowym hakerom (ale ile takich hak-ataków realnie ma miejsce? Od 10 lat słyszę, że samochody będą powszechnie hakowane i jakoś się to nie dzieje), a po drugie za sprawą podnoszenia mocy poza autoryzowanym serwisem producent będzie TRACIŁ PIENIĄDZE, bo ludzie podłubią słabszą wersję, zamiast pójść do salonu po mocniejszą. Uuuuuu to bardzo niedobrze! Ale uważajcie: w GM rozkminili, że samochody sportowe kupują petrolheadzi, którzy chcą je przerabiać, więc rozważają możliwość wdrożenia programu w celu ustalenia ram czasowych dla wprowadzenia pewnych liberalizacji w dziedzinie ingerowania w ECU – pod warunkiem, że na tej ingerencji coś by zarabiali, czyli sprzedawaliby je w swoich salonach jako pakiet o większej mocy do dokupienia w dowolnym momencie. Inni producenci dawno to robią, więc, że tak powiem, brawo GM.

I na koniec: silnik V8 6.75 z Bentleya ma 60 lat

I nadal pozostaje w produkcji. Oczywiście po licznych modyfikacjach, takich jak dodanie podwójnego turbodoładowania, nowoczesnego wtrysku paliwa w miejsce gaźnika itp. Zadebiutował w 1959 r. jako zastępstwo dla ciężkiej i niezbyt mocnej rzędowej szóstki. Z początku miał 6,2 litra pojemności, ale w latach 70. powiększono ją do klasycznej dziś 6,75 l, kojarzonej później nieodłącznie z Rollsem i Bentleyem. W końcu go uturbiono, a nawet ubiturbiono. Jako że cały czas pozostawał silnikiem o znakomitej, bardzo lekkiej konstrukcji, jego produkcja była kontynuowana mimo pojawiania się kolejnych norm emisji spalin. I tak to sobie trwało, aż ktoś zauważył, że ten silnik ma już 60 lat i jest najstarszym V8 w obecnej produkcji, jeśli nie w ogóle najstarszym silnikiem w aucie osobowym (odkąd nie robimy już Poloneza, hehe). Silnik 6.75 napędza mój ulubiony model Bentleya: Mulsanne. I bardzo dobrze. Sto lat, ośmiocylindrowy silniku Bentleya!

Chevrolet Camaro SS koniec sprzedaży

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać