Polacy chcą nowego podatku. Tak, dobrze czytasz
Strach - jak najbardziej zrozumiały - przed sztuczną inteligencją i robotami jest na tyle duży, że Polacy byliby w stanie przełknąć nowy podatek. Nie uderzyłby wprawdzie po ich kieszeni, ale przecież często nawet to nie sprawia, że pojawia się akceptacja dla jakiejkolwiek daniny.

Zakazane słowo. W obecności pewnie zdecydowanej większości rodaków nie wolno go wypowiadać. Chyba że chce się prowadzić długą, intensywną, głośną i w większości przypadków nieprowadzącą do niczego dyskusję. Taki efekt ma wypowiedzenie nawet po cichu słowa podatek. Złość w niektórych przypadkach może być zrozumiała, ale alergia niekiedy jest tak duża, że wielu automatycznie dostaje szewskiej pasji na samo wspomnienie. Podatek to zło, bez względu na okoliczności, bez względu na korzyści. Olbrzymia niechęć powoduje, że Polak przed podatkami będzie bronił nawet bogaczy, byleby im tylko banknot z portfela nie wypadł. I cóż z tego, że "jeśli najbogatsi nie płacą podatków, to płacisz za nich je ty", jak pisał niedawno na łamach Spider's Web+ Rafał Pikuła. Chodzi o zasady - nawet wtedy, gdy na naiwnym uporze się traci, zyskują zaś nieliczni.
Skąd to się bierze? Jest to pytanie, na które sam sobie próbuję udzielić odpowiedzi i zawsze kończę w tym samym miejscu: w ślepej uliczce. Nie potrafię tego zrozumieć. Niesprawiedliwości widać przecież gołym okiem:
Szeregowy pracownik etatowy, mały przedsiębiorca, nauczyciel czy programista na B2B oddają państwu w rozmaitych daninach – PIT, ZUS, VAT – od kilkunastu do nawet 50 proc. swojego dochodu. To cena za drogi, szkoły, bezpłatną ochronę zdrowia i cyfrową infrastrukturę, dzięki której biznesy w ogóle mogą działać. A ile płacą najbogatsi ludzie globu? Promil. Okazuje się, że płacą ułamek tego, co przeciętny zjadacz chleba. W samej Francji – kraju o niemal religijnym stosunku do progresji podatkowej zapisanej w konstytucji – średnia efektywna stawka opodatkowania dla ogółu społeczeństwa wynosi około 50 proc. Dla miliarderów? Zucman wylicza, że realnie spada ona do połowy tego poziomu. A bywa, że spada niemal do zera. Jeff Bezos potrafił w niektórych latach wykazać w amerykańskim urzędzie skarbowym tak śmiesznie niski dochód, że kwalifikował się do… państwowych ulg na dzieci. Jak to w ogóle możliwe? To nie jest kradzież w majestacie prawa, to po prostu całkowicie przesunięty, wręcz wypaczony punkt ciężkości współczesnego systemu - pisał Rafał Pikuła.
No tak - nadal myśli pewnie (zbyt) wielu - ale to za chwilę będziemy, lub przynajmniej możemy być, my! Gramy w prawie tej samej lidze, więc to co, (nie) dotyka bogaczy teraz, jutro może dotknąć nas. Lepiej więc niczego nie zmieniać, niczego nie ruszać, niech zostanie tak jak jest. Za chwilę każdy będzie miliarderem, drugim Muskiem, a wszyscy na tym korzystają, każdemu prędzej czy później coś skapnie.
Ale czy naprawdę można w to dalej wierzyć? Czy powtarzanie jak mantra "podatki muszą być niskie", zawsze i wszędzie, weszło tak bardzo w krew, że aż oślepiło i odebrało zdolność do obserwacji rzeczywistości? Najwidoczniej, skoro - jak pisał Pikuła - "podatek, nawet jeśli słuszny i zbawienny, dla szerokich mas jawi się jako zamordyzm".
AI naprawdę wprowadzi rewolucję? Ale nie taką, jakiej niektórzy się spodziewali
Oto wyłania się porozumienie ponad podziałami. Na razie tylko na papierze, ale to już coś. Portal wyborcza.biz zlecił firmie UCE Research badanie nt. sztucznej inteligencji i robotów. Dowiadujemy się z niego, że 56 proc. ankietowanych popiera nałożenie podatków na firmy odpowiedzialne za AI i roboty, gdyby środki przeznaczyć na "wsparcie osób tracących pracę (np. wsparcie finansowe czy środki na przekwalifikowanie się)". Ba, 25 proc. pytanych odpowiada: "zdecydowanie tak!".
Na takie rozwiązanie zgadza się niemal 60 proc. wyborców Konfederacji (w Partii Razem to ponad 70 proc.)! Najmniej chętnych do takiego rozwiązania jest wśród głosujących na PSL (ok. 47 proc.) - czytamy.
Zapewne ma to związek z tym, że już dla 50 proc. - jak pokazuje sondaż - realnym scenariuszem jest sytuacja, w której sztuczna inteligencja i roboty humanoidalne w ciągu najbliższych 5 lat doprowadzają do zwolnień pracowników w Polsce. Niemal 37 proc. obawia się, że "raczej tak" będzie, a 13 proc. uważa, że "zdecydowanie tak". Z badania wynika również to, że "w każdym elektoracie więcej osób spodziewa się zwolnień przez AI niż w nie wątpi".
Opodatkowanie robotów i sztucznej inteligencji to tak naprawdę opodatkowanie największych firm. To ciekawe, że skrajne nierówności, będące efektem działalności wielu korporacji, aż takiej reakcji nie wywołały.
Owszem, słyszy się od dawna np. o podatku cyfrowym. No właśnie - słyszy się. Jakieś zapowiedzi są, ale do konkretów ciągle nie dochodzi. Widocznie inicjatywa nie ma takiego poparcia wśród ludzi, by warto było drzeć szaty i narażać się na złość wielkich firm. A gniew jest jak w banku, i to jeszcze jaki. Od razu pojawiły się przecież hasła, że "podatki od usług cyfrowych szkodzą innowacjom i lokalnym gospodarkom", a zresztą duże firmy płacą, więc o co nam wszystkim chodzi.
Tak, może i płacą - ale ułamek tego, co powinny.
Być może więc zagrożenie potrzebowało twarzy - w tym przypadku dalej nieludzkiej, ale za to jakiś symbol grożących przemian w końcu się pojawił
Dotychczasowe grzechy big techów były nieskonkretyzowane, bardzo ogólne, wymykały się prostym oskarżeniom. Jasne, były to bardzo poważne sprawy. Samotność, alienacja, tworzenie baniek, napuszczanie jednych na drugich, oddanie pola przestępcom i manipulatorom, sianie dezinformacji. To wszystko zjawiska jak najbardziej realne, uderzające w nas wszystkich, ale jednak paradoksalnie trudne do uchwycenia. Niby wiemy, że twórcy platform społecznościowych mają bardzo wiele na sumieniu, ale można długo dyskutować nad tym, co jest przyczyną, a co skutkiem. Nie zgadzam się z tym usprawiedliwieniem, ale rozumiem, że ktoś może sięgać po ten argument: to tylko narzędzie. Winny jest system, który na to pozwolił. Ale jednocześnie ten system tworzą ci, którzy na tym korzystają.
Oczywiście skupiam się tylko na wycinku, bo działalność big techów jest dużo szersza. Już dawno wyszła na ulice - jedzeniowe platformy, wypożyczalnie pojazdów, najem krótkoterminowy. Można tak wymieniać i wymieniać, co zresztą wywołuje zamęt - trudno to wszystko wrzucić do jednego worka. To znaczy łatwo, ale zawsze pojawi się ktoś, kto powie: "tak, ale…".
Nieco inaczej jest jednak ze sztuczną inteligencją i robotami
Co rusz słychać obawy, że SI pozbawi ludzi pracy. To nie są akademickie dyskusje; ludzie się boją. Słyszę to w rozmowach w kawiarniach i pubach - to coraz częste rozmowy pracowników, którzy non stop narzekają na to, że muszą korzystać ze sztucznej inteligencji, menedżerowie tego od nich wymagają, widząc w tym oszczędność czasu i pieniędzy. Wykonujący polecenia zdają sobie sprawę z tego, do czego to prowadzi - domyślają się, że kwestią czasu jest aż cięcia dotkną i ich.
Trudno to sprowadzić do baniek, bo zmiany widać wszędzie. "Automatyzacja części czynności oznacza, że pracownik częściej będzie wkraczał wtedy, gdy coś wymaga wyjaśnienia lub rozwiązania" - mówi o pracy w sklepach Karol Popiel, Market Development Manager w ManpowerGroup, cytowany przez portal dlahandlu.pl. Sęk w tym, że tych interwencji jest coraz więcej, a ludzi - coraz mniej. Coś tu się więc nie zgadza.
"Nie dajemy rady, po prostu nie ma ludzi do pracy" - powiedziała OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu jedna z kasjerek .
To nie przypadek, lecz skrajna polityka ograniczania etatu, która opanowała cały sektor handlowy. Zamiast zapewnić klientom komfortowe warunki i sprawną obsługę, zmusza się ich, by po ciężkim dniu we własnej pracy wykonywali kolejną – darmowy etat na rzecz dyskontu. Samodzielne skanowanie, pakowanie i użeranie się z błędami systemu stało się nową normą, za którą klienci płacą własnym czasem i nerwami - pisze OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu.
Automatyzacja miała pomóc, a sprawia, że pracownicy i klienci mają gorzej. Ci pierwsi jeszcze ciężej pracują. Ci drudzy bardziej się frustrują.
Konsekwencje przemian stają się widoczne. Nie wiem, czy dotykają bardziej - bo przecież działalność wielkich korporacji również odciskała swoje piętno od dawna, ale nieco inaczej, wpływając na każdego z nas w inny sposób. Może po prostu zmieniło się to, że konsekwencje stają się bardziej widoczne, to już nie są zjawy.
Nie dziwi więc, że ludzie domagają się reakcji. Płomykiem nadziei jest to, że już nie godzimy się ze ślepym akceptowaniem postępu. Że tak musi być, bo to cena, jaką płacimy za rozwój. Powoli, jeszcze nieśmiało, dość cicho, ale zaczyna być wypowiadane słowo: "dość". Teraz - w końcu - wy.
W Spider’s Web od kwietnia 2021 zajmuje się tematami związanymi z ekologią, przyrodą, ochroną środowiska, architekturą, miastami przyszłości, transportem publicznym z pociągami na czele i, rzecz jasna, wpływem technologii na nasze zwykłe życie. Zaczynał od pisania o grach – przede wszystkim w serwisie gamezilla.pl, z przerwą na gram.pl. Następnie zajął się opisywaniem technologii, robiąc to w takich portalach jak next.gazeta.pl, a potem serwisach technologicznych grupy WP (tech.wp.pl, dobreprogramy.pl, gadżetomania.pl – będąc redaktorem prowadzącym – czy polygamia.pl). Prywatnie fan Morrisseya, morza, bloków z wielkiej płyty i dziwnych budynków, o których zdarza mu się zresztą pisać.