REKLAMA

Koniec pewnej ery w Łodzi. Słynne kominy-kolosy zniknęły na zawsze

Trzy charakterystyczne kominy były czymś więcej niż tylko częścią panoramy miasta.

lodz
REKLAMA

Pogodę jakby ktoś zamówił. Trudno wyobrazić sobie lepszą scenerię do pożegnania wysokich kominów dawnej elektrociepłowni EC-2. Jak burzyć jedne z industrialnych symboli miasta, to właśnie w takich warunkach. Szaro, pochmurno, mgliście, depresyjnie. Wszystkie filmiki rejestrujące ostatnie chwile kolosów powinny mieć jakiś zimnofalowy podkład. Słońce wszystko by popsuło, śnieg zupełnie by nie pasował. Na szczęście aura wpisała się w melancholijny nastrój, budując klimat i godnie oddając cześć. Czasami mówi się, chyba głupio, a może wcale nie, że jakiś pogrzeb był piękny. Tu, nie da się ukryć, coś w tym powiedzeniu było. Huk, upadek, szarość, nicość. Wszystko rozpłynęło się we mgle. 

REKLAMA

Wyburzenie kominów stało się bardzo ważnym, szeroko komentowanym w mieście wydarzeniem, ale ich odejście wbrew pozorom ma symboliczne znaczenie nie tylko dla mieszkańców Łodzi, którzy z pola widzenia stracili bezpowrotnie trzy charakterystyczne punkty. Kominy mogą być bowiem dobrze znane tym, którzy w Łodzi nigdy nie byli, a jeśli nawet, to odwiedzali, co raczej zrozumiałe, inne miejsca. 

REKLAMA

Ten widok możecie jednak kojarzyć

Zielony, nieduży hotelik. Uroczy: ni to kamienica, ni to willa, ni hacjenda. Z koloru się śmiano, że pasteloza; właściciel odpowiadał łódzkiej "Wyborczej", że był to pierwszy budynek w Łodzi pomalowany na pistacjowo.

REKLAMA

Na słynnym zdjęciu widać hotel od frontu. Główne wejście, a nad nim balkon udekorowany kwiatami. Sielanka, pomyślałby każdy. I takie luksusy niemal w centrum miasta? Niemożliwe. Pewnie obok płynie rwący potok, a z balkonu widać szczyty gór.

Prawda ekranu. Wystarczyło jednak ustawić aparat inaczej, oddalić się od obiektu, aby zobaczyć prawdziwą rzeczywistość i to, że za plecami hotelu stoi gigant. Trzy wysokie kominy i potężna chłodnia kominowa, a w ich cieniu skromny, zielony bloczek, który, jak się wydaje, zaraz zniknie zadeptany przez kolosa. 

REKLAMA

Tym jest właśnie reklama - drwił internet, komentując porównane ze sobą ujęcia i śmiejąc się ze sprytnego kadrowania, na którym kominów, jakimś cudem, dostrzec się nie dało. Uważaj więc, bo nic nie jest takim, jakim wydaje się być na pierwszy rzut oka. Obiecują, a potem jest właśnie tak. 

REKLAMA

Widząc oryginalne sąsiedztwo, niektórzy myśleli nawet, że to sceneria z Rosji lub Czarnobyla. Hotel w Łodzi i trzy kominy stały się sławne na całą Polskę, a może i świat. Choć była to popularność, o której się nie marzy. Rozgłos mógł być przekleństwem. 

REKLAMA

Fotka zresztą wpisywała się w stereotypowe myślenie o mieście. O tym, że tu wszystko postawione jest na głowie, nic do siebie nie pasuje, jedyne, co stałe, to kontrast. I bardzo dobrze - mogli mówić z kolei entuzjaści tego chaosu. I co z tego, że nikt nie miał racji, bo to w żaden sposób nie było i nie jest prawdą o mieście. 

Wielkie mi rzeczy - czasami chce się wypaść w oczach innych lepiej niż jest w rzeczywistości

Skupić się na zaletach, a nie na cechach, które oceniane mogą być różnie. Wykładając kawę na ławę, wielu pewnie by się od razu zniechęciło. Czymże było więc to sprytne ujęcie, jak nie niewinną, usprawiedliwioną sztuczką. Wyrównaniem szans - kto był winny temu, że okolica jest taka, a nie inna, nie każdy może prowadzić biznes na Piotrkowskiej. Hotel rzeczywiście tak wygląda, tu żadnej ściemy nie ma, a co jest za jego plecami, to już naprawdę najmniej ważne! Liczy się wnętrze! 

REKLAMA

Tak, zdjęcie, które stało się bohaterem memów, mogło być odbierane jako przykład bardzo specyficznego marketingu, ale szczególnie dziś możemy sobie pozwolić na wyrozumiałość. Prawda nie zawsze jest ciekawa. Czasami trzeba podkręcić rzeczywistość, postawić się w lepszym świetle. Nie po to, żeby kogoś oszukać, ale żeby ktoś nie wyciągnął zbyt pochopnych i niesprawiedliwych wniosków. Jakie to ludzkie, prawda? 

Zdjęcie, które obiegło nie tylko internetowe humorystyczne portale, to dziś historia. Kilka lat temu słynny hotel Alicja przeszedł gruntowną modernizację. Nie ma już zielonej elewacji, nie ma willowego balkoniku. Dalej można wyjść na zewnątrz, by obserwować ruchliwą aleję, ale balkon nie kojarzy się już z posiadłością. Jest zabudowany, dość surowy. Kategorycznie zerwano z dawnym wizerunkiem, który rozlał się po internecie i był obiektem drwin, żartów, nieporozumień. 

REKLAMA

Metamorfoza również obiegła internet i zmiany komentowano m.in. na Demotywatorach. Wtedy zaczęto żałować pistacjowej farby. Nagle okazało się, że obiekt jednak czymś się wyróżniał, był oryginalny, a potem stał się jednym z wielu. No cóż, czasami docenia się coś, jak już się to straci. 

REKLAMA

Nie ma zielonej elewacji, nie ma willi, nie ma też już kominów

Dawny kawałek miasta przeszedł jednak do historii również za sprawą fotografii, która miała po prostu rozśmieszyć odbiorców. 

Czasami tak się dzieje - robisz zdjęcie kamienicy w kiepskim stanie, a za jakiś czas okazuje się, że ją zburzono. Znacznie częściej jednak takie miejsca nie mają tyle szczęścia i po prostu znikają. Szybko zapomina się, że w tym miejscu coś było. Coś na pewno, a teraz jest parking albo centrum handlowe. 

REKLAMA

Obraz dawnej Polski, tej, której już nie ma, śledzić można również w memach czy kultowych filmikach z początku polskiego YouTube'a. Humorystyczne treści zyskują nową, cenną wartość, bo pokazują, jak było. I niby to oczywiste, bo umożliwia to przecież każde zdjęcie i film, lecz mimo wszystko ta reportażowa, archiwizacyjna wartość memów może trochę zaskakiwać. Patrzysz na fotkę, z której śmiał się internet lata temu, i widzisz zupełnie inny świat. Świat, którego nie ma. Nie dostrzegasz tamtego absurdu, ale to, ile się zmieniło. Czego już brakuje. 

Ujęcie na hotel i kominy śmiało może trafić do historii polskiego internetu, jako przykład zachodzących zmian, ale też kreatywnego podejścia do opisywania rzeczywistości

To też symbol dezinformacji - niecelowej, ale wciąż mowa była o oderwaniu od faktów. Słynne skrzyżowanie z kominami w tle mylone było z Rosją, jak i Śląskiem. Zaczęło żyć swoim życiem. Nieistotne, jak jest naprawdę. Ważne, że można się pośmiać, wbić szpilę, ponabijać się. 

REKLAMA

Owszem, akurat fotografii właśnie zburzonych kominów i tak by nie zabrakło. Zdjęcia w ostatnich tygodniach były robione niemal z każdej perspektywy, tym razem już celowo, kiedy stało się jasne, że kominy mają być wyburzone. I ja zrobiłem jedną fotkę. Niedokładną, z daleka, brzydką - ale jest i przez to, że widać krajobraz, który właśnie zniknął, mimo swoich wad jest fotką wyjątkową. 

REKLAMA

Zresztą mam ich dużo więcej. Widok na kominy miałem przez dobrych osiem lat. Z okna ósmego piętra obserwowałem zachody słońca, panoramę tej części miasta. Były jednym z charakterystycznych punktów. Pewnie nie zliczę, ile razy obok nich przejeżdżałem: na rowerze, w tramwaju, autobusem, wracając i przyjeżdżając do Łodzi. 

Trudno dziwić się, że ich wyburzenie budzi tyle emocji wśród mieszkańców

Irytujące są komentarze: przecież to tylko kominy. Gdyby chodziło jeszcze o te najstarsze, ceglane, których też jest zresztą coraz mniej, można byłoby zrozumieć sentyment. Ale tu?! 

A jednak i mnie towarzyszył pewien żal, że coś znika. Coś, co było dobrze znane, wpisywało się w krajobraz, dawało się podziwiać z różnych zakątków. Było i już nie będzie. 

Może akurat te emocje są tak silne wśród żegnających, bo to jest jakaś specyfika Łodzi. Tu wszystko zmienia się tak szybko i nagle. Ciągle coś znika i ciągle powstaje coś nowego. Pewnie nie jest to wyjątkowa rzecz i podobnie dzieje się w wielu innych miastach, ale i tak to tempo mnie zaskakuje. 

Może więc w tych wystających kolosach zebrały się wszystkie żale za obiektami, które zdążono wyburzyć, a których odejścia nie zauważono i/lub nie zdążono się pożegnać. Upadające wysokie kominy stały się symbolem zmian zachodzących w mieście. W mieście, które dalej szuka pomysłu na siebie. Które ciągle jeszcze nie wie, w którą stronę chce pójść. 

Dawniej można było uczepić się tej fabrycznej i przemysłowej tożsamości

No dobrze, może w tej formie od dawna jej nie ma, ale była - do czegoś można się odwołać, znaleźć wspólny mianownik. Teraz i ona zanika. Owszem, bywa upamiętniana. Na nowych osiedlach, gdzie wcześniej stały fabryki i manufaktury, a dziś są apartamentowce, zostawia się i odnawia czy to fragmenty ceglanych kominów, czy innych części fabryk. To jednak tylko kawałek, wokół którego wyrasta nowe. To całkiem godne nawiązanie do historii, pełne szacunku i zasługujące na pochwały. Mimo wszystko z tyłu głowy pojawia się wątpliwość, że pozostawiono tylko tyle, a większej części historii nie udało się uratować, jakoś wykorzystać. Zamiast tego - zburzono. Bo w Łodzi ciągle się buduje, ale też ciągle się burzy. 

Nie ma też pewności, co przyjdzie w zamian. Z wystających kominów i ogromnego terenu żadnych korzyści niby nie było, poza tym, że przed oczami ciągle widzieliśmy to, co znajome i oswojone. Jak donosi Radio Łódź, plany inwestora wobec czyszczonej właśnie powierzchni zakładają budowę osiedla mieszkaniowego obejmującego ok. 2–2,5 tys. mieszkań.

To jeszcze nie oznacza złej architektury. Ale w Łodzi powstało już niemało nowych osiedli, których cel jest prosty: sprzedać mieszkanie i zgarnąć zysk. Jak w całej zresztą Polsce, reklamuje się je hasłami o inwestycji w mieszkanie. To nie miejsce do życia, a służące zarabianiu. Tylko na wizualizacjach widzimy knajpki na parterze, sąsiadów wesoło gaworzących. W praktyce będzie to co wszędzie - jakaś sieciówka, punkt z automatami paczkowymi, i reszta pusta, z wielką naklejką "WYNAJMĘ". A w mieszkaniach nie sąsiedzi, ale stale zmieniający się turyści, wynajmujący mieszkania na szybki wypad.

Naturalny jest więc strach związany z tym, że miasto się zwija, ucieka, przechodzi w ręce deweloperów. Nie tworzą się nowe społeczności, nowe budynki w żaden sposób nie wzmacniają przestrzeni, w którą wchodzą. Powstają, bo mają zarabiać, i tyle. 

Być może w miejsce kominów powstanie osiedle tętniące życiem, które odkryje na nowo tę część miasta i zaprosi do siebie. A może nie - będzie kolejnym nowym, zamkniętym blokowiskiem, zagrodzonym i ustawionym plecami do innych. 

Zawsze jednak zostaną zdjęcia i filmiki. No i memy - z tego się śmialiśmy. 

A teraz już nic nie ma. 

Zdjęcie główne: The crybaby / Shutterstock

Adam Bednarek
Redaktor

W Spider’s Web od kwietnia 2021 zajmuje się tematami związanymi z ekologią, przyrodą, ochroną środowiska, architekturą, miastami przyszłości, transportem publicznym z pociągami na czele i, rzecz jasna, wpływem technologii na nasze zwykłe życie. Zaczynał od pisania o grach – przede wszystkim w serwisie gamezilla.pl, z przerwą na gram.pl. Następnie zajął się opisywaniem technologii, robiąc to w takich portalach jak next.gazeta.pl, a potem serwisach technologicznych grupy WP (tech.wp.pl, dobreprogramy.pl, gadżetomania.pl – będąc redaktorem prowadzącym – czy polygamia.pl). Prywatnie fan Morrisseya, morza, bloków z wielkiej płyty i dziwnych budynków, o których zdarza mu się zresztą pisać.

REKLAMA
REKLAMA