Próbowałem pograć na Macu ze znajomymi. Szybko przeprosiłem się ze starym PC
Granie na komputerach Mac wciąż szoruje po ziemi. Mimo starań Apple’a i milionowych inwestycji w rynek gier.

Na co dzień korzystam z MacBooka Pro z bazowym czipem M3. Mimo że to podstawowa wersja, w środku znajduje się naprawdę wydajny układ - moja konfiguracja to 8-rdzeniowy procesor CPU i 10-rdzeniowy układ graficzny GPU. Do samego uruchamiania gier powinien w zupełności wystarczyć, bo problemem nie jest wydajność, a dostępność.
MacBook jako sprzęt do grania? Do prostych gier jak najbardziej
Apple nigdy nie bawił się w półśrodki. Nawet bazowa wersja czipu M3, wydanego w 2023 r., oferuje wysoką wydajność w codziennym użytkowaniu i aplikacjach. Do dyspozycji były też wyższe wersje M3 Pro i M3 Max ze znacznie większą liczbą rdzeni CPU i GPU. Apple oczywiście od tego czasu zdążył wydać nowsze generacje procesorów: M4, M5 oraz ich mocniejsze warianty z dopiskiem Pro czy Max.
Czip M3 znajdujący się w moim MacBooku Pro spokojnie wystarczał do uruchamiania tytułów, w które gram - o ile tylko wspierają one macOS oraz komputery Apple’a z układami z serii M. Czipy te bazują na architekturze ARM, a nie x86, jak procesory Intela czy AMD wykorzystywane w komputerach z Windowsem, przez co są bardzo podobne do rozwiązań znanych ze smartfonów.
Jeśli gra jest kompatybilna i stworzona stricte na Maka, wydajność potrafi być naprawdę dobra. Świetnym przykładem popularnego tytułu jest League of Legends, który ma natywną wersję na macOS. W przypadku mojego MacBooka Pro gra bez problemu osiąga poziom 120 kl./s na najwyższych detalach w natywnej rozdzielczości matrycy (3024 na 1964 piksele) oraz w rozdzielczości 4K.
Nie jest to oczywiście najbardziej wymagająca produkcja na świecie. To typowy e-sportowy tytuł, który na laptopach z Windowsem wyposażonych w układy APU z podobnego okresu (koniec 2023 r.) ze zintegrowaną grafiką działa jednak znacznie gorzej. Podobnie MacBook Pro z M3 nie ma problemu z obsługą Minecrafta w wersji Java - laptop w grze bez trudu osiąga liczbę klatek na sekundę równą częstotliwości odświeżania wyświetlacza na poziomie 120 Hz.
Ostatnio udało mi się nawet odpalić i trochę pograć w Cyberpunka 2077, który w rozdzielczości 1080p, przy niskich ustawieniach graficznych i z wykorzystaniem technik skalowania obrazu działał w okolicach 30 kl./s. Oczywiście w przypadku wyższych i nowszych wersji czipów, takich jak M5 Pro czy M5 Max, będzie można liczyć na jeszcze wyższą wydajność. Jak na 3-letni laptop, który nigdy nie był projektowany z myślą o grach, wynik jest naprawdę godny podziwu.
Mimo to nie oczekuję od swojego MacBooka, żeby stał się pełnoprawną maszyną do nowoczesnych i wymagających gier AAA. Liczyłem jednak na to, że sprzęt poradzi sobie jako urządzenie do odpalania starszych i prostszych tytułów. Ostatnio zrozumiałem, że to wciąż bywa drogą przez mękę.
Chciałem uruchomić mniej znane gry i zderzyłem się ze ścianą
Główną bolączką komputerów Apple’a jako maszyn do gier nie jest brak mocy. To przede wszystkim kwestia kompatybilności. Choć pod obudową kryją się naprawdę szybkie czipy, próba uruchomienia starszej lub mniej popularnej produkcji w większości przypadków kończy się fiaskiem.
Wraz z grupą znajomych mamy kilka takich tytułów, w które gramy, gdy uda się zebrać więcej osób. Są to raczej niszowe dziś pozycje, gromadzące po kilkuset lub maksymalnie 1-2 tys. aktywnych graczy. Nie wymagają one mocnych podzespołów - tak naprawdę dowolny 3-4-letni laptop jest w stanie je obsłużyć przy wysokich ustawieniach.
Gry dostępne są na Steamie. Niestety przy większości interesujących mnie tytułów nie widnieje ikonka jabłka potwierdzająca zgodność ze sprzętem Apple’a. Widać co najwyżej logo Windowsa, pod który gry te były projektowane.
Problem w tym, że brak kompatybilności nie dotyczy zaledwie paru wyjątków. W rzeczywistości większość starszych, mniej popularnych gier po prostu nie ma dedykowanych wersji na macOS. Co w takim przypadku można zrobić?
Najprostszym sposobem jest wykorzystanie narzędzi zapewniających warstwę kompatybilności. Do niedawna popularnym darmowym rozwiązaniem była aplikacja Whisky. Alternatywą pozostaje CrossOver, który pozwala na uruchamianie aplikacji z Windowsa: zarówno gier, jak i programów. Sęk w tym, że to kosztuje - i to sporo. Pełna wersja zapewniająca dożywotni dostęp kosztuje 500 dolarów, a 12-miesięczny pakiet - 74 dolary.
Podejrzewam, że niewiele osób jest skłonnych wydać ponad 2000 zł tylko po to, aby móc zagrać w grę. Drugą opcją są usługi grania w chmurze, ale one również nie wspierają wszystkich tytułów - szczególnie tych mniejszych i starszych. Chmura to zdecydowanie najwygodniejszy sposób na ominięcie problemów z kompatybilnością na macOS, z którego sam korzystam (o ile jest to oczywiście możliwe). Niestety w tym konkretnym wypadku ta metoda zawiodła.
Pozostaje mi więc przesiąść się z powrotem na komputer z Windowsem. Nie mam zamiaru bawić się w oprogramowanie wirtualizacyjne do uruchamiania Windowsa na macOS - to zbyt dużo zachodu oraz spore ryzyko, że coś po drodze i tak nie zadziała.
Czytaj też:
Redaktor działu nowe technologie w Spider's Web. Specjalizuje się w tematyce sprzętu i oprogramowania, a także telekomunikacji. Od najmłodszych lat fan elektroniki - komputerów, laptopów i smartfonów, z którą odkąd tylko mógł, spędzał masę czasu. Z czasem swoją pasję zamienił w pracę, początkowo pisząc o technologiach mobilnych, a następnie o (prawie) wszystkim związanym z technologią. Poprzednio pisał na łamach Tabletowo.pl oraz oiot.pl, gdzie poruszał tematykę sprzętu komputerowego, systemów operacyjnych, aplikacji, smart home, sztucznej inteligencji, a także nauki. Oprócz technologii jest wielkim fanem mody, a po godzinach pracy spędza czas ze słuchawkami na uszach, w których przede wszystkim gra rodzimy hip-hop.