REKLAMA

Wojsko zamknęło kawałek polskiego nieba. Alarm wywołało stado ptaków

Polskie radary wykryły niezidentyfikowany obiekt. Śmigłowiec Mi-24 ruszył go szukać, a część nieba zamknięto dla cywilów. Okazało się, że to były ptaki.

Radary wykryły obiekt z Białorusi. Okazał się stadem ptaków

Na radarach pojawiło się wskazanie mogące oznaczać, że od strony Białorusi do Polski zmierza niezidentyfikowany obiekt. Wojsko wysłało w rejon śmigłowiec Mi-24, a lotnictwo cywilne chwilowo straciło dostęp do części przestrzeni na wschód od Lublina. Po sprawdzeniu sytuacji okazało się, że polskiej granicy na szczęście nic nie naruszyło. Wojskowe systemy obserwacyjne zobaczyły po prostu duże stado ptaków.

Najpierw wyglądało to znacznie poważniej

W niedzielę 6 września systemy radiolokacyjne polskiej obrony powietrznej zarejestrowały wskazanie na wschodzie kraju. Charakter sygnału był na tyle niejednoznaczny, że Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych rozpoczęło procedurę sprawdzającą dotyczącą możliwego naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej.

Kierunek również nie pozwalał sprawy zignorować. Obiekt miał nadlatywać od strony Białorusi, a działania prowadzono na wschód od Lublina, aż w stronę granicy państwa. Radar potrafi powiedzieć bardzo dużo o obserwowanym celu, ale nie wyświetla operatorowi wielkiego napisu dron, rakieta albo ptaki. System rejestruje odbite fale elektromagnetyczne, z których można wyciągać informacje o położeniu, kierunku i sposobie przemieszczania się celu. Dopiero dalsza analiza pozwala próbować go sklasyfikować. Tym razem pierwsze dane pozostawiały wystarczająco dużo wątpliwości, żeby wojsko potraktowało sytuację jak potencjalne zagrożenie.

W rejon skierowano dyżurny śmigłowiec Mi-24. Jego zadaniem nie było zestrzelenie tajemniczego celu, lecz sprawdzenie wskazań systemów radiolokacyjnych i ustalenie, czy rzeczywiście mamy do czynienia z fizycznym obiektem naruszającym polskie niebo.

Wojskowi analizowali równolegle zgromadzone wcześniej zapisy radarowe. Brano pod uwagę również możliwość, że sygnał nie pochodzi od samolotu, drona czy pocisku, ale jest rezultatem zjawiska atmosferycznego albo innego obiektu naturalnego.

W tym samym czasie Dowództwo Operacyjne zaznaczało, że nie obserwowało aktywności rosyjskiego lotnictwa dalekiego zasięgu związanej z atakami na Ukrainę. To zmniejszało prawdopodobieństwo jednego z najbardziej niebezpiecznych scenariuszy, ale nie dawało jeszcze podstaw do zakończenia alarmu. Zaledwie kilka tygodni wcześniej również na Lubelszczyźnie niezidentyfikowane wskazanie radarowe skończyło się przecież znalezieniem prawdziwego rosyjskiego pocisku.

Na chwilę cywile straciliśmy kawałek nieba

Żeby wojskowy śmigłowiec mógł działać swobodnie, ograniczono również ruch lotniczy. Rzecznik DORSZ ppłk Jacek Goryszewski przekazał, że chwilowo wstrzymano ruch cywilny na określonych wysokościach na wschód od Lublina. Według informacji Portu Lotniczego Lublin ograniczenie obowiązywało od około godz. 12:45.

Nie oznaczało to jednak zamknięcia całego lotniska ani uziemienia wszystkich pasażerskich samolotów w regionie. Ograniczenie dotyczyło części przestrzeni i zostało przygotowane tak, aby wojsko miało miejsce na prowadzenie własnej operacji.

Port w Świdniku informował w trakcie alarmu, że sytuacja nie wpływa na planowane operacje. Samolot do Burgas wystartował po godz. 12, a późniejszy rejs LOT-u z Warszawy również dotarł do Lublina. Zamknięcie nieba w tym przypadku oznaczało więc lokalne i czasowe odsunięcie cywilnego ruchu od obszaru, w którym wojsko chciało bez przeszkód sprawdzić potencjalny cel.

Tajemniczy obiekt po prostu nie istniał

Po około godzinie od pierwszych publicznych informacji Dowództwo Operacyjne zakończyło czynności sprawdzające. Wynik był jednoznaczny: nie doszło do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej. Źródłem radarowych wskazań było po prostu duże stado ptaków. System obserwacyjny zarejestrował ich ruch w sposób, który początkowo mógł zostać zinterpretowany jako potencjalny obiekt wymagający sprawdzenia. DORSZ podkreśliło po zakończeniu działań, że nie wystąpiło zagrożenie dla bezpieczeństwa polskiego nieba.

Historia może brzmieć zabawnie dopiero po poznaniu finału. Samo wykrycie ptaków przez radar nie jest jednak jakąś wyjątkową awarią. Radar wysyła falę elektromagnetyczną i analizuje energię odbitą od obiektów znajdujących się w jej zasięgu. Nie muszą być wykonane z metalu. Odpowiednio duże skupisko organizmów również może wygenerować wyraźny sygnał.

Zjawisko jest tak dobrze znane, że radary meteorologiczne są od lat wykorzystywane przez ornitologów do obserwowania wielkich migracji ptaków. Amerykański projekt BirdCast korzysta z sieci radarów pogodowych i potrafi na tej podstawie śledzić ruch setek milionów zwierząt podczas jednej nocy. We wrześniu 2025 r. ten system wykrył w Stanach Zjednoczonych rekordową noc migracyjną, podczas której nad krajem przemieściło się ponad 1,2 mld ptaków.

Wojskowe radary oczywiście nie służą do liczenia gęsi czy szpaków. Ich zadaniem jest przede wszystkim wyszukiwanie potencjalnych zagrożeń, a oprogramowanie próbuje odfiltrowywać szum i klasyfikować wykrywane cele. Przy dużej grupie poruszających się obiektów oraz określonych warunkach nadal może jednak powstać ślad wymagający dodatkowej weryfikacji.

Ptaki i drony potrafią być dla radaru niewiarygodnie podobne

Sytuacja robi się jeszcze trudniejsza wraz z upowszechnieniem bardzo małych bezzałogowców. Klasyczny samolot bojowy jest dużym, szybko poruszającym się celem. Mały wielowirnikowiec może natomiast ważyć kilka kilogramów, lecieć wolno i poruszać się na niewielkiej wysokości. Z punktu widzenia radaru różnica pomiędzy nim a naturalnymi obiektami staje się znacznie mniej oczywista.

Dlatego współczesne systemy antydronowe nie opierają się wyłącznie na jednym radarze. Łączy się go z kamerami optycznymi, termowizją, rozpoznaniem emisji radiowej, czujnikami akustycznymi i algorytmami klasyfikacji.

Przeczytaj także:

Polski system SKY CTRL reklamowany był kilka lat temu właśnie możliwością odróżniania dronów od ptaków. Producent podkreślał wówczas, że radar potrafi wykrywać nawet gęsi, a dodatkowe sensory i oprogramowanie pozwalają ustalić, czy obserwowany obiekt rzeczywiście jest bezzałogowcem.

Niedzielna sytuacja dotyczyła znacznie większego systemu obserwacji przestrzeni powietrznej, ale problem fizyczny pozostaje podobny: najpierw trzeba coś wykryć, a dopiero później odpowiedzieć na pytanie, czym to coś właściwie jest.

*Źródło zdjęcia wprowadzającego: dalia nava, Pexels

Marcin Kusz
Redaktor

Redaktor Spider's Web specjalizujący się w tematyce naukowej. O nowych technologiach zaczął pisać w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później współtworzył treści dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.