Niepozorne przedmioty paraliżują sieć. Sabotaż obnaża kruchość systemu energetycznego
W Niemczech doszło do serii prób sabotażu sieci elektroenergetycznej. Policja sprawdza kolejne stacje i analizuje list wskazujący nowe miejsca.

Najpierw zaatakowano stację przy wielkiej elektrowni niedaleko polskiej granicy. Kilkanaście godzin później podobna metoda wyłączyła 5 bloków elektrowni w Nadrenii Północnej-Westfalii. Teraz przy kolejnym obiekcie znaleziono urządzenia, zanim zdążyły wyrządzić szkody. Niemiecka policja nie traktuje już tych zdarzeń jak odizolowanych incydentów. Sprawdza następne stacje, szuka autora pisma wskazującego kolejne miejsca i próbuje ustalić, czy ktoś prowadzi większą kampanię przeciwko sieci energetycznej.
Znaleźli kolejne urządzenia
Najnowszy przypadek dotyczy Dormagen-Gohr, położonego między Kolonią i Düsseldorfem. W czwartek 3 września przechodzień zauważył w pobliżu stacji elektroenergetycznej podejrzane przedmioty i powiadomił policję.
Początkowo służby ostrożnie mówiły jedynie o wrażliwych przedmiotach. W nocy sytuacja stała się znacznie poważniejsza. Policja poinformowała, że znalazła urządzenia, które mogły służyć do celowego wywołania zwarcia na liniach wysokiego napięcia, i zaczęła mówić o próbie sabotażu. Tym razem system energetyczny nie został uszkodzony. Konstrukcje odkryto wystarczająco wcześnie, a na liniach nie stwierdzono szkód.
Znacznie bardziej niepokojące jest jednak to, co wydarzyło się później. Do śledczych trafiło pismo dotyczące sabotażu, w którym wskazane zostały również inne możliwe miejsca. Policja zaczęła sprawdzać kolejne stacje, między innymi w rejonie Dormagen oraz Weisweiler koło Akwizgranu.
Funkcjonariusze poszukują także mężczyzny z okolic Gevelsbergu, którego dane mają znajdować się pod pismem. Na razie nie oznacza to, że jest on sprawcą ataków. Śledczy dopiero weryfikują autentyczność dokumentu i możliwość, że został napisany przez osobę podszywającą się pod sabotażystę.
Schemat powtórzył się już kilka razy
Niepokój służb bierze się głównie z podobieństwa kolejnych zdarzeń. Pierwszy z nich opisywaliśmy na Spider’s Web 1 września. Przy stacji Turnow-Preilack niedaleko elektrowni Jänschwalde w Brandenburgii znaleziono wtedy kilkanaście samodzielnie wykonanych urządzeń.
Ich zadaniem było umieszczenie przewodzącego materiału pomiędzy elementami linii wysokiego napięcia. W dwóch przypadkach rzeczywiście doszło do zwarć. Zabezpieczenia zadziałały, jeden z bloków elektrowni został czasowo odłączony, ale odbiorcy nie stracili prądu.
Kilka godzin później podobna sytuacja wydarzyła się w Bergheim, około 25 km od Kolonii. Tam policja znalazła 6 urządzeń w polu przylegającym do stacji operatora Amprion. Zwarcie objęło kilka linii. Konsekwencje były tym razem znacznie większe. Z sieci wypadło 5 bloków elektrowni węglowych RWE w Bergheim i Grevenbroich, które w chwili zdarzenia dostarczały około 3000 MW mocy.
Niemiecki system elektroenergetyczny poradził sobie z utratą tak dużego źródła dzięki możliwości sprowadzenia energii z innych części sieci. Dla gospodarstw domowych nie było przerw w dostawach, ale wydarzenie pokazało, że bardzo prosty fizyczny atak może wymusić automatyczne odstawienie gigawatów mocy.
Nie trzeba wysadzać całej stacji
Trzeba wiedzieć, że sabotażysta nie musi niszczyć transformatora ważącego setki ton ani przedzierać się przez ogrodzenie i podkładać ładunku bezpośrednio pod urządzeniami. Linie wysokiego napięcia są projektowane tak, aby pozostawały od siebie elektrycznie odizolowane. Jeśli obcy, przewodzący element stworzy pomiędzy nimi niepożądane połączenie, może dojść do bardzo gwałtownego przepływu prądu i zwarcia.
Zabezpieczenia sieci reagują wtedy błyskawicznie i odłączają zagrożony fragment. To właśnie ich zadanie: lepiej odciąć linię albo elektrownię, niż pozwolić awarii rozlać się na kolejne elementy systemu.
W Jänschwalde i Bergheim mechanizmy bezpieczeństwa spełniły swoją funkcję. Nie oznacza to jednak, że każda kolejna próba zakończy się równie łagodnie. Trafienie kilku odpowiednio dobranych punktów jednocześnie mogłoby postawić operatorów przed znacznie trudniejszym zadaniem. Dlatego Brandenburgia zaczęła już mówić o ataku wymierzonym w stabilność całej sieci, a nie o zwykłym uszkodzeniu mienia.
Autor listu twierdzi, że chodzi o paliwa kopalne
Sprawa stała się jeszcze bardziej zagmatwana po pojawieniu się listu, który otrzymała redakcja niemieckiego taz. Został wysłany z Nadrenii Północnej-Westfalii i zawiera informacje o konstrukcji urządzeń oraz czasie ataku w Jänschwalde, które według dziennikarzy mogły wskazywać na wiedzę sprawcy.
Autor przedstawia się jako osoba działająca samodzielnie i tłumaczy atak sprzeciwem wobec produkcji energii z paliw kopalnych. W dokumencie wymienia również inne miejsca w Brandenburgii i Saksonii, gdzie miał dokonywać podobnych prób.
To jednak nadal nie jest dowód. Redakcja zastrzegła, że nie była w stanie jednoznacznie potwierdzić, iż autor rzeczywiście odpowiada za sabotaż. Niemiecka policja również sprawdza autentyczność pojawiających się pism.
Ma to ogromne znaczenie dla interpretacji całej historii. Jeszcze po pierwszych dwóch atakach służby badały zarówno możliwość działalności radykalnych środowisk lewicowych, jak i operacji prowadzonej na zlecenie obcego państwa.
List wzmacnia hipotezę krajowego motywu ekstremistycznego, ale jej nie rozstrzyga. Fałszywe tropy są dobrze znanym elementem operacji hybrydowych i dopóki śledczy nie połączą konkretnej osoby ze śladami z miejsc ataków, żadnej wersji nie można uznać za pewną.
Policja sprawdza już następne obiekty
O skali nerwowości niemieckich służb chyba najlepiej świadczy poranek 4 września. Policja pojawiła się również przy stacji elektroenergetycznej w Ganderkesee w Dolnej Saksonii. Obiekt został zabezpieczony, a w działaniach uczestniczył nawet śmigłowiec.
Tutaj trzeba jednak zachować szczególną ostrożność, bo policja nie potwierdziła, że znaleziono kolejne urządzenie ani że sytuacja ma związek z wcześniejszymi atakami. Funkcjonariusze przekazali jedynie, że dokonano ustalenia wymagającego sprawdzenia, a ze względu na wydarzenia ostatnich dni sprawa została potraktowana ze szczególną powagą.
Nie można więc dopisywać Ganderkesee do listy potwierdzonych prób sabotażu. Sam fakt tak szybkiej i szerokiej reakcji pokazuje jednak zmianę nastawienia: podejrzany przedmiot czy nietypowa sytuacja przy stacji energetycznej przestały być traktowane jako zwykłe zgłoszenie techniczne.
165 podejrzeń sabotażu w 8 miesięcy
Atmosferę dodatkowo podgrzewają najnowsze dane z poufnego raportu Federalnego Urzędu Kryminalnego. BKA do końca sierpnia zarejestrowało ponad 165 przypadków kwalifikowanych jako podejrzenia sabotażu. Nie oznacza to jednak 165 potwierdzonych zamachów na elektrownie. Do kategorii trafiają również niektóre przypadki rozpoznawania potencjalnych celów i inne zdarzenia, których charakter dopiero jest sprawdzany.
Raport pokazuje jednak znacznie szerszy obraz. Niemieckie służby odnotowały 747 incydentów związanych z podejrzanymi lotami dronów. Łącznie zaobserwowano w nich 1068 maszyn nad infrastrukturą krytyczną, obiektami wojskowymi i zakładami zbrojeniowymi.
Przeczytaj także:
W tym samym czasie wszczęto 24 postępowania dotyczące szpiegostwa, w tym 12 związanych ze szpiegostwem cybernetycznym. W 26 przypadkach pojawiło się podejrzenie działalności agenturalnej prowadzonej z myślą o późniejszym sabotażu.
*Źródło zdjęcia wprowadzającego: 詠介 鄭, Pexels
Redaktor Spider's Web specjalizujący się w tematyce naukowej. O nowych technologiach zaczął pisać w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później współtworzył treści dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.