Microsoft kończy z Copilot+ PC. Zmarnowana szansa
Microsoft właśnie pogrzebał Copilot+ PC. Szkoda, bo to był jeden z niewielu sensownych pomysłów w całym szale na AI.

Microsoft po cichu wycofuje się z marki Copilot+ PC. Nowe urządzenia Surface nadal spełniają wymagania, które wcześniej definiowały tę kategorię sprzętu, ale firma nie zamierza już używać tego oznaczenia. Podobne sygnały płyną również od Qualcomma, który sugeruje, że komputery oferujące te same możliwości będą istnieć dalej, tylko prawdopodobnie pod inną nazwą.
Moja pierwsza reakcja była dość oczywista: trudno się dziwić. Marka Copilot+ PC od początku miała pod górkę. Pojawiła się dokładnie w momencie, kiedy branża technologiczna zaczęła doprowadzać ludzi do zmęczenia materiału. W tamtym okresie sztuczna inteligencja była dosłownie wszędzie. Każdy producent laptopów próbował sprzedać AI. Każdy producent telefonów próbował sprzedać AI. Każda konferencja prasowa wyglądała podobnie. Najpierw kilkanaście minut opowieści o rewolucji, później kilka generowanych obrazków, a na końcu prezentacja funkcji, których znakomita większość użytkowników nigdy nie używała albo korzystała z nich raz dla zabawy. W takich warunkach jakakolwiek nowa inicjatywa zawierająca słowo „Copilot” była automatycznie wrzucana do jednego worka z całym hałasem i szymem.
Czytaj też:
Im dłużej jednak zastanawiałem się nad śmiercią tej marki, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że szkoda mi nie samego oznaczenia, ale idei, która za nim stała. Paradoks polega bowiem na tym, że za fasadą typowego korporacyjnego marketingu krył się pomysł znacznie ciekawszy i znacznie bardziej praktyczny niż większość funkcji AI, które przez ostatnie dwa lata oglądaliśmy podczas prezentacji producentów komputerów.
Copilot+ PC przegrał przez to, z czym był kojarzony
Największym problemem Copilot+ PC było to, że praktycznie nikt nie rozmawiał o nim jako o standardzie sprzętowym. Dyskusja od początku sprowadzała się do sztucznej inteligencji. Gdy pojawiało się hasło Copilot+ PC, to większość ludzi myślała o Recall. Myślała o AI w Windowsie. Myślała o generowaniu obrazków, podsumowaniach tekstów i kolejnych funkcjach wykorzystujących modele językowe. Sama nazwa dodatkowo wzmacniała te skojarzenia. Trudno o bardziej jednoznaczny komunikat niż umieszczenie słowa „Copilot” w centrum całej marki.

W efekcie rynek zaczął oceniać inicjatywę przez pryzmat wszystkich kontrowersji związanych ze sztuczną inteligencją. Jeżeli ktoś nie ufał AI to nie ufał również Copilot+ PC. Jeżeli ktoś uważał Recall za zły pomysł, to automatycznie patrzył niechętnie na całą kategorię urządzeń. Jeżeli ktoś miał już dosyć oglądania kolejnych prezentacji o sztucznej inteligencji, słysząc „Copilot+ PC”, przewracał oczami jeszcze zanim poznał szczegóły.
To bardzo interesujące, bo w pewnym sensie Microsoft sam stworzył ten problem. Firma próbowała sprzedać projekt jako kolejny rozdział opowieści o AI. Tymczasem jego największa zaleta wcale nie była związana z AI. Najciekawsza część całego przedsięwzięcia była znacznie bardziej przyziemna, a jednocześnie potencjalnie znacznie ważniejsza dla przyszłości platformy Windows.
Od czterdziestu lat pecety mają ten sam problem
Przez dekady ogromną zaletą rynku PC była jego otwartość. Użytkownik mógł kupić tani komputer do przeglądania Internetu albo potężną stację roboczą. Mógł wybrać procesor AMD, Intela lub Qualcomma. Mógł mieć 8 GB pamięci RAM albo 64 GB. Mógł korzystać z laptopa za 2500 zł albo potężnej maszyny kosztującej tyle, co używany samochód. Ta różnorodność stworzyła największy ekosystem komputerowy świata i pozwoliła Windowsowi zdobyć dominującą pozycję.
Jednocześnie dokładnie ta sama cecha od lat stanowi przekleństwo deweloperów. Tworzenie oprogramowania dla Windowsa oznacza projektowanie produktów dla praktycznie nieskończonej liczby konfiguracji sprzętowych. Programista nigdy nie wie, co dokładnie znajduje się po drugiej stronie ekranu. Nie wie, jak wydajny jest procesor użytkownika, ile pamięci ma maszyna, czy komputer posiada wyspecjalizowane jednostki przyspieszające określone zadania.
Dlaczego twórcy aplikacji kochają zamknięte platformy
Przez lata wielu entuzjastów komputerów patrzyło z pewną wyższością na świat konsol oraz zamkniętych ekosystemów pokroju Apple’a. W końcu to właśnie pecety oferowały wolność, możliwość wyboru i niemal nieograniczoną elastyczność. Problem polega na tym, że istnieje również druga strona medalu.

Twórca gry na PlayStation 5 dokładnie wie, jaki sprzęt znajduje się w salonie klienta. Może miesiącami optymalizować kod pod konkretną konfigurację. Może wykorzystywać zasoby sprzętowe niemal do granic możliwości, projektować funkcje z pełną świadomością ograniczeń i możliwości platformy.
Podobnie wygląda sytuacja w przypadku Apple’a. Deweloper tworzący aplikację dla współczesnych MacBooków zna środowisko, w którym będzie ona działać. Wie, jakimi możliwościami dysponują nowoczesne układy Apple Silicon i jakiej klasy akceleratory AI znajdują się w urządzeniach. Wie, jakich funkcji może oczekiwać. Dlatego właśnie producenci oprogramowania uwielbiają standaryzację. Ogranicza niepewność. A ta jest jednym z największych wrogów każdego projektu technologicznego.
Właśnie dlatego Copilot+ PC miał sens
Po raz pierwszy od dawna pojawiła się próba stworzenia wyraźnie zdefiniowanej klasy komputerów. Masz oznaczenie Copilot+ PC? Wiesz, że urządzenie oferuje określony poziom wydajności NPU, że dysponuje odpowiednią ilością pamięci, że jest zdolne do uruchamiania konkretnych funkcji sztucznej inteligencji lokalnie, bez konieczności odwoływania się do chmury. Wiesz, że spełnia minimalne wymagania ustalone przez Microsoft.
Wyobraźmy sobie twórcę programu do automatycznej transkrypcji spotkań, tłumaczenia rozmów w czasie rzeczywistym albo lokalnego wyszukiwania informacji w dokumentach. Jeżeli wie, że komputer użytkownika spełnia określone parametry dotyczące AI, to może rozwijać funkcje znacznie odważniej. Nie musi zakładać scenariusza najgorszego przypadku i projektować wszystkiego pod sprzęt sprzed ośmiu lat. Nie musi ciągle zgadywać. Właśnie dlatego od początku uważałem, że najważniejszą częścią Copilot+ PC nie jest Copilot. Najważniejsza była próba zdefiniowania standardu.
To mogło być Intel Evo dla epoki AI
Kupujesz laptopa z oznaczeniem Evo i wiesz, że spełnia on określone wymagania dotyczące jakości doświadczenia użytkownika. Możesz dyskutować o szczegółach tych wymagań, ale sam koncept okazał się sensowny. Klient nie musi analizować setek parametrów technicznych. Dostaje prosty sygnał: ten sprzęt przeszedł określoną certyfikację.

Copilot+ PC próbował zrobić coś podobnego dla nowej epoki komputerów, w której coraz większą rolę odgrywa lokalne przetwarzanie modeli AI. Problem polegał na tym, że Microsoft praktycznie nigdy nie opowiadał o tym w taki sposób. Zamiast tłumaczyć korzyści płynące z ujednolicenia pewnych możliwości sprzętowych, firma skupiała się na prezentowaniu kolejnych funkcji. Użytkownicy widzieli więc magiczne sztuczki sztucznej inteligencji, ale nie widzieli infrastruktury ukrytej pod spodem.
To trochę tak, jakby kilkanaście lat temu Microsoft reklamował DirectX wyłącznie efektownymi eksplozjami w grach, całkowicie pomijając fakt, że jego prawdziwa wartość polega na stworzeniu wspólnego języka pomiędzy sprzętem a oprogramowaniem.
Większość ludzi zapamięta Copilot+ PC jako kolejną ofiarę AI-hype'u. Ja natomiast będę o nim myślał jako o jednej z bardzo nielicznych inicjatyw ery sztucznej inteligencji, która pod warstwą marketingu próbowała zrobić coś naprawdę praktycznego. I właśnie dlatego trochę szkoda, że historia tej marki kończy się tak szybko.
Redaktor Spider's Web - ekspert w tematykach Microsoftu i RTV. Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.