REKLAMA

"To nasza najważniejsza aplikacja od czasu Microsoft Office". Mam wątpliwość, a nawet kilka

Microsoft chce, by Copilot stał się nowym Office’em. To porównanie jest bezczelne, ale nie całkiem absurdalne. Problem leży gdzie indziej.

Copilot Code Home Autopilot

Microsoft po raz kolejny przebudowuje Copilota. Firma chce zmienić sposób, w jaki myślimy o usługach tego typu. W naszych głowach zamiast myśli „uruchamiam program” ma być „zlecam zadanie”. Plan Microsoftu zakłada, że klasyczne aplikacje może i nie znikną, ale coraz częściej będziemy oglądać je przez szybę - podczas gdy pod spodem pracują agenci, automaty i kod napisany na jedną okazję.

Microsoft ogłosił nową wersję Copilota i porównał jej znaczenie do wpływu, jaki Office wywarł na epokę komputerów osobistych. To korporacyjne nadęcie o ciśnieniu zdolnym zasilić turbinę, ale nie należy tej deklaracji od razu wyśmiewać. Firma nie pokazała bowiem kolejnego czatbota a szkic nowego systemu operacyjnego do pracy - razem z cyfrowym współpracownikiem, fabryką małych aplikacji, systemem uprawnień oraz, oczywiście, taksometrem.

Czytaj też:

Copilot wreszcie wie, czym chce być

Historia Copilota przypomina dotąd historię lokalu gastronomicznego, który co kilka miesięcy zmienia szyld, wystrój i kartę dań, ale ciągle zapewnia, że od początku miał bardzo spójną wizję. Najpierw był Bing Chatem, potem marką rozlaną na Windowsa, Edge’a, Office’a, GitHuba, zabezpieczenia i pół tuzina innych produktów. W zależności od miejsca Copilot oznaczał czatbota, panel boczny, generator tekstu, płatną funkcję, aplikację, zbiór agentów albo przycisk, którego użytkownik nigdy nie naciskał.

Nowy projekt ma ten bałagan uporządkować. Copilot zostanie podzielony na trzy główne obszary: Home, Code oraz Autopilot. Home łączy zwykły czat z trybem Cowork, pozwalającym delegować bardziej rozbudowane zadania, a Word, Excel i PowerPoint mają działać bezpośrednio wewnątrz tego środowiska. Code umożliwi tworzenie aplikacji, pulpitów, trackerów i automatyzacji. Autopilot będzie zaś stale działającym agentem wykonującym zadania również wtedy, gdy jego właściciel nie siedzi przed komputerem.

To ważniejsza zmiana, niż sugerują trzy schludne zakładki. Dotychczas Copilot był dodatkiem do programów: w Wordzie pomagał pisać, w Excelu analizować dane, a w Outlooku skracać za długie wiadomości od ludzi, którzy najwyraźniej nie wiedzieli, że istnieje telefon. Teraz kierunek zostaje odwrócony. To Office ma znaleźć się wewnątrz Copilota, a nie Copilot wewnątrz Office’a.

Język korporacyjnego marketingu opisze to zapewne jako „połączone środowisko inteligentnej produktywności”. Prościej mówiąc: Microsoft chce, żebyśmy przestali zastanawiać się, który program otworzyć.

Trzy zakładki zamiast trzydziestu aplikacji

W tradycyjnym modelu pracy użytkownik musi najpierw rozłożyć problem na narzędzia. Otwiera Outlooka, wyszukuje wiadomości, zagląda do Teams, kopiuje liczby do Excela, przygotowuje dokument w Wordzie, a na końcu składa prezentację w PowerPoincie. Człowiek jest w tym systemie nie tylko autorem pracy, ale również jej dyspozytorem, integratorem i kurierem wożącym dane pomiędzy oknami.

Microsoft chce, abyśmy opisali rezultat, a resztą zajął się Copilot. Firma zapowiada nawet mechanizm, który ma automatycznie zdecydować, czy polecenie powinno trafić do prostego czatu, środowiska Cowork, czy modułu Code. Użytkownik ma powiedzieć: „przygotuj podsumowanie sprzedaży, znajdź przyczyny spadku w regionie południowym i zbuduj prosty panel do śledzenia wyników”, zamiast samodzielnie decydować, ile arkuszy, zapytań, makr i slajdów będzie do tego potrzebnych.

To właśnie tutaj porównanie z Office’em przestaje być całkiem niedorzeczne. Office nie wygrał wyłącznie dlatego, że Word był dobrym edytorem tekstu, a Excel dobrym arkuszem kalkulacyjnym. Wygrał również dlatego, że stał się wspólną gramatyką pracy biurowej. Raport był dokumentem Worda, wyliczenie arkuszem Excela, prezentacja plikiem PowerPointa, a służbowa wiadomość mieszkała w Outlooku.

Copilot próbuje to wywrócić. Podstawową jednostką nie ma już być plik, lecz intencja. Nie „stwórz arkusz”, tylko „sprawdź, co się dzieje ze sprzedażą”. Nie „otwórz PowerPointa”, tylko „przygotuj prezentację dla zarządu”. Nie „ustaw regułę w Outlooku”, tylko „pilnuj tej sprawy i przypomnij wszystkim, jeśli do piątku nie będzie odpowiedzi”. Oprogramowanie nie znika. Po prostu schodzi piętro niżej.

Home ma wiedzieć, co robiliśmy wczoraj

Copilot Home

Prawdopodobnie najważniejszą częścią nowego Copilota jest Home. To tam mają spotkać się czat, Cowork, ostatnia aktywność i sugestie dalszych działań. Zapowiedziana funkcja Today ma dodatkowo stworzyć spersonalizowany pulpit zbierający istotne wiadomości, kalendarz, wątki z Teams, spotkania i zadania.

Samo streszczanie skrzynki odbiorczej nie jest już szczególnie imponujące. Takie demonstracje oglądaliśmy wystarczająco długo, by zacząć podejrzewać, że cała światowa rewolucja AI powstała tylko po to, aby dyrektorzy nie musieli czytać wiadomości od swoich pracowników. Znacznie ciekawsza jest próba zachowania ciągłości pracy.

Dzisiejszy komputer doskonale pamięta pliki, ale słabo pamięta zamiary. Wie, że wczoraj edytowaliśmy dokument, otwieraliśmy cztery arkusze i uczestniczyliśmy w spotkaniu. Nie rozumie jednak, że wszystkie te czynności dotyczyły jednej sprawy, która nadal nie została załatwiona. Microsoft chce, aby Copilot przechowywał nie tylko artefakty pracy, ale też jej kontekst: co próbujemy osiągnąć, na czyją odpowiedź czekamy i gdzie utknęliśmy.

Jeżeli Home rzeczywiście będzie potrafił rano powiedzieć: „Anna przysłała brakujące dane, klient zaakceptował budżet, ale dział prawny nadal nie odpowiedział; przygotowałem aktualną wersję dokumentu i szkic ponaglenia”, stanie się czymś znacznie cenniejszym od czatbota. Stanie się pamięcią roboczą organizacji. Jeżeli natomiast będzie wyświetlał siedem nieistotnych sugestii i przypominał o spotkaniu, które odwołano trzy dni temu, pozostanie panem Spinaczem po kosztownej terapii rebrandingowej.

Code, czyli każdy pracownik zostanie programistą. Ponownie

Copilot Code

Największym zaskoczeniem jest Code. Microsoft chce pozwolić pracownikom tworzyć za pomocą języka naturalnego małe aplikacje, trackery, pulpity i automatyzacje, które następnie będzie można udostępniać współpracownikom jako wewnętrzne aplikacje działające w chmurze. System bazuje na technologii związanej z GitHub Copilotem, wykonuje kod w odizolowanym środowisku i może hostować rozwiązania w obrębie firmowego tenanta.

To kolejna odsłona bardzo starej obietnicy branży komputerowej: każdy będzie programistą. Wcześniej miały do tego doprowadzić makra, Visual Basic, Access, kreatory aplikacji, platformy low-code i Power Apps. Wszystkie coś osiągnęły, ale programiści z jakiegoś powodu nadal istnieją, mają pracę i regularnie są wzywani, gdy „prosty arkusz” napisany przez dział finansowy zaczyna sterować połową przedsiębiorstwa.

Generatywna AI rzeczywiście obniża próg wejścia bardziej niż wcześniejsze narzędzia. Pracownik nie musi znać składni, modelu obiektowego ani zastanawiać się, gdzie umieścić średnik. Może opisać, czego potrzebuje: formularza do zgłaszania sprzętu, pulpitu pokazującego stan projektu, narzędzia porównującego oferty albo automatu pobierającego dane z dokumentów.

Najciekawsze jest tu słowo „małe”. Firmy są pełne problemów zbyt niszowych, aby dział IT opłacało się angażować w budowę pełnoprawnej aplikacji, ale jednocześnie na tyle uciążliwych, że pracownicy tracą na nie dziesiątki godzin. W tych szczelinach powstają dziś monstrualne arkusze, ręcznie aktualizowane listy i procesy oparte na wiadomościach o tytule „RE: RE: RE: PILNE - wersja ostateczna 7 POPRAWIONA”.

Dla takich zastosowań Code może być fantastyczny. Nie musi tworzyć kolejnego SAP-a. Wystarczy, że w pół godziny zbuduje narzędzie, które przez najbliższe trzy miesiące rozwiąże jeden konkretny problem zespołu.

Fabryka jednorazowych aplikacji

Oprogramowanie było dotychczas stosunkowo drogie w produkcji, więc musiało być wielokrotnego użytku. Nawet mały program należało zaprojektować, napisać, przetestować, wdrożyć i później utrzymywać. Generatywne kodowanie może doprowadzić do narodzin aplikacji efemerycznych - tworzonych dla jednego projektu, wydarzenia, klienta albo zadania, a następnie porzucanych.

To zmiana podobna do tej, którą drukarki wprowadziły w obiegu dokumentów. Kiedyś druk był przedsięwzięciem, dlatego drukowano rzeczy przeznaczone dla wielu odbiorców. Później można było wydrukować jedną kartkę tylko po to, aby zabrać ją na jedno spotkanie. Copilot Code może zrobić z programami coś podobnego: aplikacja stanie się tymczasowym materiałem roboczym.

Brzmi świetnie, dopóki nie przypomnimy sobie, co stało się z arkuszami kalkulacyjnymi. Plik stworzony w 2014 r. jako szybka pomoc potrafi dekadę później obsługiwać kluczowy proces, mimo że nikt nie rozumie już jego formuł, autor pracuje w innej firmie, a całość przestaje działać po usunięciu kolumny G.

Code może więc demokratyzować tworzenie oprogramowania, ale również umasowić tworzenie długu technicznego. Różnica polega na skali. Dotychczas jedna osoba mogła wyprodukować kilka kłopotliwych arkuszy. Teraz będzie mogła produkować dziesiątki aplikacji. Kod powstanie łatwiej, natomiast odpowiedzialność za jego jakość, bezpieczeństwo i utrzymanie nie wygeneruje się automatycznie razem z nim.

Ryzyko „shadow IT” nie jest nowe. Specjaliści od zarządzania ryzykiem od dawna ostrzegają, że rozwiązania low-code mogą tworzyć „shadow code”: oprogramowanie pozostające poza normalnymi procedurami testowania, audytu i kontroli działów IT. Generatywna AI nie likwiduje tego problemu. Daje mu znacznie szybszy silnik.

Autopilot nie pomaga. Autopilot pracuje

Copilot Autopilot

Jeszcze większa zmiana kryje się w zakładce Autopilot. Wcześniej system nosił nazwę Scout, teraz Microsoft opisuje go jako cyfrowego członka zespołu. Agent ma otrzymywać nazwę, rolę i cel, a następnie kontynuować pracę w chmurze - obserwować kanały Teams, pilnować cyklicznych zadań, zbierać informacje i zajmować się dalszymi działaniami, również gdy użytkownik śpi albo robi coś innego.

Agent ma sam zauważyć, że coś się wydarzyło, zdecydować, czy wymaga to reakcji, i podjąć działanie. Nie tylko odpowie na pytanie o zaległe faktury, ale będzie ich pilnował. Nie tylko streści kanał w Teams, ale wychwyci, że klient zgłosił krytyczny problem. Nie tylko przygotuje wiadomość, ale wróci do sprawy, jeśli nikt na nią nie odpowie.

Tyle że co agent zrobi, gdy instrukcje będą sprzeczne? Kiedy powinien zapytać człowieka o zgodę? Jak odróżni wyjątek od reguły? Kto odpowie za wiadomość wysłaną do złej osoby, niepoprawnie zinterpretowane dane albo proces uruchomiony pięćdziesiąt razy?

Tradycyjne oprogramowanie było ograniczone, ale przewidywalne. Jeśli użytkownik kliknął przycisk, wykonywało konkretną operację. Agent jest atrakcyjny właśnie dlatego, że dostaje swobodę interpretacji. Ta sama swoboda, która czyni go użytecznym czyni go jednak trudniejszym do kontrolowania.

Dlatego najbardziej znaczącym elementem opisu Autopilota nie jest wcale to, że może pracować podczas naszego snu. Najważniejsze jest to, że ma otrzymać własną tożsamość, pamięć, komputer i przestrzeń roboczą w firmowym środowisku. Microsoft nie buduje więc kolejnego bota a nową kategorię użytkownika sieci korporacyjnej - użytkownika, który nie jest człowiekiem.

Przewagą Microsoftu nie jest najmądrzejszy model

Microsoft znalazł się w niewygodnej sytuacji. Na rynku konsumenckim marka Copilot nie stała się synonimem generatywnej AI. Użytkownicy mówią o ChatGPT, Claude czy Gemini, podczas gdy Copilot długo sprawiał wrażenie produktu instalowanego bardziej z woli producenta Windowsa niż z potrzeby właściciela komputera.

W firmach sytuacja wygląda inaczej. Microsoft podał latem, że Microsoft 365 Copilot przekroczył 30 mln opłaconych stanowisk, a liczba klientów posiadających ponad 50 tys. licencji wzrosła ponad siedmiokrotnie rok do roku. HSBC zobowiązał się do wdrożenia 200 tys. stanowisk, KPMG rozszerza dostęp na ponad 276 tys. pracowników, a NHS England zapowiedział wdrożenie obejmujące 505 tys. osób.

Trzydzieści milionów płatnych miejsc nie dowodzi jeszcze, że Copilot został nowym Office’em. W korporacji kupiona licencja nie zawsze oznacza intensywnie używany produkt; czasami oznacza tylko, że zakończyły się negocjacje zakupowe. Pokazuje jednak, że Microsoft nie próbuje już budować swojej pozycji wyłącznie obietnicami.

Jego przewagą nie musi być najlepszy model językowy. Modele można zmieniać, wynajmować i dobierać do zadania. Znacznie trudniej odtworzyć dostęp do poczty, kalendarzy, dokumentów, spotkań, firmowych katalogów użytkowników, uprawnień, procesów i wieloletniej historii pracy organizacji.

Copilot może być od konkurentów mniej błyskotliwy w luźnej rozmowie, a mimo to wygrać w biurach, ponieważ mieszka tam, gdzie leży praca. To stara strategia Microsoftu w nowym opakowaniu: nie trzeba mieć najmodniejszego produktu, jeżeli ma się platformę, administrację, kanał sprzedaży i umowę obejmującą całą firmę.

„Enterprise grade” oznacza także przedsiębiorstwo pełne bałaganu

Microsoft mocno podkreśla bezpieczeństwo, kontrolę i zgodność z firmowymi zasadami. Agenci Copilota mają respektować istniejące uprawnienia użytkowników: jeżeli dana osoba nie może otworzyć skrzynki, kanału Teams lub witryny SharePoint to agent również nie powinien uzyskać do nich dostępu. Autopilot ze swoją odrębną tożsamością ma dodatkowo pozostawić ślad audytowy i działać w ramach mechanizmów zarządzania organizacją.

To prawdziwa przewaga nad przypadkowym botem podłączonym do kilku usług za pomocą kluczy API. Jednocześnie „respektuje istniejące uprawnienia” nie oznacza „wszystko jest bezpieczne”. Oznacza również, że AI odziedziczy wszystkie stare błędy, zaniedbania i zbyt szerokie dostępy.

Przez lata firmy udostępniały katalogi całym działom, dokumenty wszystkim pracownikom i witryny grupie „wszyscy oprócz użytkowników zewnętrznych”. Człowiek teoretycznie miał do nich dostęp, ale często nie wiedział, że istnieją, albo nie potrafił ich znaleźć. Agent potrafiący przeszukać pół organizacji w kilka sekund zmienia charakter tego ryzyka. Microsoft sam ostrzega, że nadmiernie udostępnione lub źle zarządzane treści mogą wpływać na odpowiedzi Copilota i zwiększać zagrożenie.

Pojawia się też problem tożsamości maszyn. W badaniu Cloud Security Alliance 68 proc. ankietowanych organizacji przyznało, że nie potrafi wyraźnie odróżnić działań agentów AI od aktywności ludzi, a 74 proc. stwierdziło, że agenci często otrzymują szerszy dostęp, niż wymaga ich zadanie. Trzeba oczywiście pamiętać, że ankieta branżowa nie opisuje automatycznie każdego wdrożenia Copilota. Dobrze pokazuje jednak, że „cyfrowy współpracownik” potrzebuje nie tylko awatara i sympatycznej nazwy, ale też precyzyjnego zakresu obowiązków oraz mechanizmu odebrania kluczy do biura.

Microsoft ma tego świadomość. Własna dokumentacja firmy wymienia ryzyka związane między innymi ze zbyt szerokim udostępnianiem agentów, brakiem uwierzytelniania, zapisanymi na stałe danymi uwierzytelniającymi, niebezpiecznymi żądaniami HTTP oraz używaniem uprawnień twórcy agenta. To nie oskarżenie pod adresem platformy a przypomnienie, że wraz z mocą narzędzia rośnie liczba sposobów, na jakie można skonfigurować je źle.

Najważniejszą zakładką może być licznik

Podstawowa licencja użytkownika ma nadal zapewniać Copilota w czacie, Wordzie, Excelu, PowerPoincie, Outlooku i Teams. Bardziej zaawansowane funkcje - Cowork, Code, Autopilot, długotrwałe zadania agentowe oraz korzystanie z części modeli - mają być rozliczane według zużycia. Microsoft przechodzi więc do modelu „stanowisko plus konsumpcja”.

Dla firmy ma to pewną logikę. Proste streszczenie wiadomości kosztuje dostawcę mniej niż agent, który przez całą noc analizuje dokumenty, uruchamia kod, wykonuje zapytania i korzysta z wirtualnego komputera. Stała opłata skłaniałaby Microsoft do limitowania najbardziej kosztownych zastosowań albo do uśrednienia ceny w sposób krzywdzący lekkich użytkowników.

Dla klienta oznacza to jednak koniec wygodnej iluzji, że oprogramowanie jest przewidywalnym kosztem. Pracownik nie będzie już tylko „miał licencji”. Będzie uruchamiał procesy zużywające zasoby. Firma zaś będzie musiała ocenić, czy cyfrowy współpracownik właśnie oszczędził trzy godziny pracy, czy przez noc wyprodukował siedem raportów, których nikt nie potrzebował.

Na polskiej stronie Microsoftu firmowy Microsoft 365 Copilot kosztuje standardowo 26 euro za użytkownika miesięcznie przy rozliczeniu rocznym albo 27,30 euro przy płatności miesięcznej, bez VAT i obok kosztu kwalifikującej licencji Microsoft 365. Do tego w nowym modelu dojdzie zużycie za zaawansowane działania. Przy stu pracownikach nawet sama stała opłata przestaje być impulsywnym zakupem, a przy tysiącach stanowisk zarządzanie aktywnością agentów staje się osobną dyscypliną finansową.

Nieprzypadkowo Microsoft wprowadza FinOps for AI, czyli narzędzia pozwalające śledzić wydatki i wiązać je z efektami biznesowymi. Jest coś zabawnego w tym, że AI ma uwolnić człowieka od pilnowania procesów, ale jednocześnie trzeba stworzyć nowy proces do pilnowania, ile kosztuje AI pilnująca procesów.

Czy Copilot rzeczywiście oszczędza czas?

Wielkie obietnice produktywności wypada zestawić z tym, co udało się dotąd zmierzyć. W jednym z dużych eksperymentów terenowych analizowano pracę ponad 7 tys. osób w 66 firmach. Użytkownicy regularnie korzystający z generatywnego asystenta spędzali mniej czasu na poczcie, natomiast nie wykryto istotnych zmian w liczbie spotkań ani ogólnej strukturze wykonywanych zadań.

Wcześniejsze podsumowanie badań Microsoft Research wskazywało, że uczestnicy używający Copilota spędzali około pół godziny mniej tygodniowo na czytaniu poczty i kończyli dokumenty o 12 proc. szybciej. Jednocześnie z narzędzia regularnie korzystało niespełna 40 proc. osób, którym przyznano dostęp. Już ten ostatni wynik jest ważnym kubłem chłodnej wody: udostępnienie AI nie jest tym samym co zmiana sposobu pracy.

W innym brytyjskim programie pilotażowym użytkownicy deklarowali średnio 26 minut oszczędności dziennie, ale autorzy zaznaczyli, że nie udało się ustalić jak odzyskany czas został wykorzystany. To kluczowe rozróżnienie. Szybsze napisanie wiadomości jest oszczędnością czasu. Nie musi być jeszcze wzrostem produktywności, jeśli zaoszczędzone minuty rozpłyną się w kolejnym spotkaniu lub zostaną wykorzystane do wygenerowania większej liczby wiadomości dla innych osób.

AI nie daje też jednolitych korzyści w każdym zadaniu. Eksperyment z konsultantami BCG pokazał, że w zadaniach dobrze dopasowanych do możliwości modelu uczestnicy pracowali szybciej i osiągali lepsze wyniki, ale w trudnym przypadku znajdującym się poza „granicą kompetencji” AI trafność odpowiedzi spadała względem grupy pracującej bez asystenta.

Podobną ostrożność warto zachować wobec Code. W badaniu METR doświadczeni programiści pracujący nad dobrze znanymi sobie repozytoriami potrzebowali z narzędziami AI średnio o 19 proc. więcej czasu, choć po zakończeniu zadań nadal sądzili, że AI ich przyspieszyła. Nie oznacza to, że generatywne kodowanie jest bezużyteczne. Oznacza, że poczucie szybkości nie zawsze jest tym samym co zmierzony efekt.

Największym konkurentem Copilota nie jest ChatGPT

Łatwo opisać rynek jako wyścig Copilota z ChatGPT, Claude’em i Gemini. Na poziomie marek konsumenckich tak to wygląda. W przedsiębiorstwie największym przeciwnikiem nowego Copilota może być jednak nie inny model, lecz stary sposób organizacji pracy.

Agent potrafi przygotować raport, ale nie zmusi działów do uzgodnienia definicji przychodu. Może streścić spotkanie, ale nie sprawi, że spotkanie było potrzebne. Zbuduje pulpit, lecz nie zdecyduje, który z siedemnastu firmowych systemów zawiera prawdziwe dane. Będzie pilnował procesu, który być może nie powinien istnieć.

Technologia może przyspieszyć zarówno dobrą, jak i złą organizację. Jeżeli firma ma czytelne uprawnienia, uporządkowane dane i sensowne procedury to Copilot zyska solidny grunt. Ale jeśli przedsiębiorstwo opiera się na katalogu „RÓŻNE”, pięciu wersjach cennika i wiedzy pana Marka, który jako jedyny wie, gdzie kliknąć, agent nie naprawi automatycznie tego bałaganu. Co najwyżej będzie poruszał się po nim z nadludzką prędkością.

To kolejny powód, dla którego porównanie z Office’em jest ryzykowne. Word i Excel mogły być użyteczne dla pojedynczej osoby niemal natychmiast po instalacji. Agent działający w całej organizacji jest tak dobry, jak organizacja, do której go wpuszczono. Wymaga danych, dostępu, polityk, nadzoru oraz jasno opisanych procesów. Im ambitniejsza automatyzacja, tym mniej przypomina kupno programu, a bardziej przebudowę firmy.

Microsoft pokazał plan, nie gotową rewolucję

Nowy Copilot został dopiero zapowiedziany. Home i Code mają najpierw trafiać do uczestników programu Frontier, Autopilot pod koniec miesiąca wejdzie do prywatnej wersji testowej, a Code dla abonentów Microsoft 365 Premium i Pro ma pojawić się w wersji zapoznawczej później w tym roku. Dziś oceniamy więc przede wszystkim architekturę pomysłu i kierunek rozwoju, a nie dojrzały produkt po miesiącach codziennej pracy

Microsoft lubi demonstrować przyszłość w formie idealnie przyciętych scenariuszy. Wiadomość ma czytelny temat, dokumenty są dobrze nazwane, dane kompletne, a agent dokładnie rozumie intencję. Życie biurowe jest mniej uprzejme. Ludzie odpowiadają w złych wątkach, wklejają zrzuty ekranu zamiast liczb, zmieniają znaczenie skrótów w połowie projektu i podejmują ważne decyzje podczas rozmowy przy ekspresie.

Dopiero zderzenie z takim środowiskiem pokaże, czy Autopilot jest cyfrowym współpracownikiem, czy drogim stażystą z doskonałą pamięcią i niepokojącą pewnością siebie. Code będzie musiał udowodnić, że tworzy rozwiązania nadające się nie tylko do prezentacji na keynote, ale również do użycia po zmianie jednego źródła danych. Home zaś musi odróżnić sprawy pilne od tych, które jedynie zawierają słowo „pilne” zapisane wielkimi literami.

Office zdefiniował dokument. Copilot chce zdefiniować delegowanie

Hasło Microsoftu głosi, że tak jak Office zdefiniował pracę w epoce PC, nowy Copilot ma ją zdefiniować w epoce AI. To bezwstydnie wielkie porównanie. Office nie był przecież tylko produktem. Stał się infrastrukturą kulturową pracy - czymś tak powszechnym, że nazwy jego programów zmieniły się w czasowniki i kategorie dokumentów.

Copilot nie osiągnął jeszcze niczego porównywalnego. Był wielokrotnie przebudowywany, a jego tożsamość długo pozostawała rozmyta. Nie wystarczy połączyć trzech funkcji w jednej aplikacji, aby zapisać się w historii informatyki obok Worda i Excela.

A jednak kierunek jest wiarygodny. Microsoft nie próbuje już wygrać wyłącznie lepszym oknem do rozmowy z modelem a zająć warstwę pomiędzy człowiekiem a całą cyfrową pracą. Copilot ma przyjmować zamiary, wybierać narzędzia, tworzyć brakujące aplikacje, zlecać działania agentom i rozliczać zużyte zasoby.

Office dał nam narzędzia i kazał nauczyć się ich obsługi. Copilot chce, żebyśmy opisali rezultat, zostawili mu uprawnienia oraz numer karty firmowej, a potem poszli spać. Rano pozostanie sprawdzić dwie rzeczy: co zrobił i ile to kosztowało.

*Ilustracja otwierająca wygenerowana za pomocą AI

Maciej Gajewski
Redaktor

Redaktor Spider's Web - ekspert w tematykach Microsoftu i RTV. Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.