W Portugalii prześladował mnie bus InPostu. Od Polski nie da się uciec
Niewiele trzeba, żeby daleko od miejsca zamieszkania poczuć się jak w domu. Ale czy to dobrze?

To miejsce odkryliśmy przez przypadek, po prostu szwendając się po okolicy, wspinając się po uliczkach, które wcześniej jedynie mijaliśmy. Kilka knajpek, wielu lokalnych mieszkańców, raczej mniej niż więcej turystów. Dobre jedzenie i napitek, przepiękny widok na rzekę, która do pokonania miała już ostatni odcinek, nim złączyła się z oceanem. Na tym tarasie można byłoby siedzieć godzinami. Tylko jeden minus - zaparkowane auta, przez które jeśli usiadło się niefortunnie (albo już nie było innego wolnego miejsca), krajobraz lekko się psuł. To właśnie tutaj parkował też dostawczak z logo InPostu. Zdobiły go portugalskie napisy, ale można było poczuć się prawie jak na własnej ulicy. Prawie, bo akurat tam paczkomatu jeszcze nie postawili. Jeszcze?
Dostawczak widziałem jeszcze kilka razy. Raz to ja go prześladowałem, bo już stał, innym razem to on się przypominał, przyjeżdżając spóźniony, podczas gdy ja byłem na miejscu dłuższy czas.
Na własne oczy zobaczyłem więc sukces InPostu, który z powodzeniem działa poza Polską
Firma Rafała Brzoski regularnie chwali się sukcesami na zagranicznych rynkach, bo i ma czym. Na widok dostawczaka z dobrze znanym logo serce nie zabiło mi mocniej. Nie dlatego, że powodzenie rodaków mi doskwiera - celebruję przecież choćby bramki polskich zawodników w zagranicznych ligach, a przecież nie powinienem czuć dumy z powodu ich zdobyczy, wszak nie mam na to żadnego wpływu. Radości - ale i smutku, spokojnie - nie było we mnie głównie dlatego, że znajomy widok był jak gwałtowne przebudzenie po słodkim śnie: wszędzie już jest tak samo.
I niby dlaczego miałoby nie być. Nie pojechałem przecież na drugi koniec świata, a do popularnego miejsca. Jednak te potwierdzenia istnienia globalnej wioski zawsze są trochę rozczarowujące, nawet jeśli to nasi rozpychają się łokciami na nieswoich rynkach. Wiadomo, miło, że to nasi, ale i tak jest to oznaka tego, że dobrze znany świat stale za nami kroczy.
Wchodząc do jednej z księgarń w Porto zobaczyłem zagraniczne wydania książek dostępnych w Polsce. Były identyczne, choć rzecz jasna w innym języku. Coraz częściej rodzimi wydawcy korzystają z tych samych okładek, które zostały wykorzystane przy oryginalnych czy zagranicznych publikacjach. Ma to sens, bo niby dzięki temu wszystko jest spójne z tym, czego mógł oczekiwać autor, podobnie jak w przypadku płyt. Choć przecież w latach 90. podejście bywało pod tym względem inne.
Z drugiej strony polskie okładki książek to często małe graficzne dzieła sztuki. Mowa tu zarówno o współczesnych pracach grafików, jak i tych dawnych. Różnią się, bo patrzą na książkę z innej perspektywy, zwracając uwagę na inne kwestie, dodając coś od siebie. Współgrają z treścią, dyskutują z nią.
Właśnie po to zaglądam do antykwariatów albo buszuję po serwisach z ogłoszeniami - aby podziwiać, jak pięknie wydawano książki. Szkoda, że tej naszej oryginalności, innego spojrzenia, sami się pozbawiamy, tak jak wcześniej lekką ręką oddaliśmy np. plakaty filmowe. Bierzemy to, co wszyscy. Barwione brzegi, okładki zagranicznych wydań.
Świat się dawno zglobalizował, banał jakich wiele
Różnice, w tym te kulturowe, jeśli są, to wynikają z czego innego niż można byłoby się spodziewać.
Ale przecież wcale nie piszę o globalnych markach, wielkich firmach znanych pod każdym adresem, molochach dominujących na wszystkich rynkach. Nawet tak drobne wysepki oryginalności, jakimi są okładki książek, padają już pod naporem ataków silnego wroga - ujednolicania. Wydawać by się mogło, że powinny pozostać bezpieczne, dalekie o tych wielkich spraw. A jednak: skoro żyjemy w globalnej wiosce, miejmy dostęp do tego samego. Ma to swoje plusy, ale i jak widać minusy.
Dlatego ciągle nie rozumiem ekscytacji, jaką wywołuje pojawienie się np. zagranicznych sieciowych restauracji w Polsce. Ciekawość niby jest zrozumiała, ale przecież to nie tak, że jesteśmy kulinarną pustynią. Nadal hasło o berlińskim kebabie, rzymskiej lodziarni, amerykańskiej burgerowni powoduje drżenie rąk. Może to specyficzny kompleks, poczucie, że ciągle zachód to oni, a nie my, więc trzeba się cieszyć, że łaskawie zerknęli w naszą stronę. W końcu zaprosili do wspólnego stołu. Nie wypada się gniewać, że tak późno, to bez różnicy. Istotne jest to, że siedzimy.
Paradoks polega więc na tym, że możemy przelecieć całą Europę, aby zobaczyć to samo, co na swojej ulicy.
Dopiero zostając w domu poczujemy na własnej skórze, że granice istnieją, na dodatek są niezwykle szczelne i często nie ma opcji zostać wpuszczonym
Można wysiadywać w poczekalni, czekać, aż nas wywołają, ale to zajęcie głupiego, bo nie ma pewności, że to się wreszcie stanie.
Najlepszym tego przykładem jest choćby mówiąca po polsku Siri. Kilka tygodni doszło do dość krępującej sytuacji, kiedy to polski premier w rozmowie z szefem Apple'a miał napomknąć, aby koncern w końcu zapewnił wsparcie dla naszego języka. I niby miło, że szef rządu troszczy się i o takie sprawy, ale sama konieczność poruszania tej kwestii jest lekko nieprzyjemna. Należy nam to się jak psu buda, a tymczasem do negocjacji musi wkraczać premier.
Kupujemy te same sprzęty, nierzadko płacąc za nie więcej, a potem okazuje się, że tak naprawdę liżemy cukierki przez szybę.
Jeśli amerykański klient dostaje do 95 dol. odszkodowania za to, że jego asystent głosowy był przez chwilę głupszy, niż zakładała broszura reklamowa, to każdy posiadacz iPhone'a w Polsce powinien dostać zwrot połowy ceny urządzenia. Płacimy 100 proc. ceny za telefon, który wykorzystuje może 60 proc. swoich reklamowanych możliwości - pisał niedawno Marcin Kusz.
W każdym miejscu w Europie czujesz się jak u siebie, widzisz nawet znajome, krajowe marki, ale to siedząc w domu i korzystając z usług uświadamiasz sobie, że z tej Europy, twojej Europy, mogą cię nie dostrzec albo nawet wręcz wypchnąć w dowolnym momencie. Symbolicznie, ale zawsze, jak w przypadku niedawnej akcji Starlinka, który zdecydował, że Polska nie będzie częścią wspólnego europejskiego regionu usługi Starlink Roam. Dla polskich użytkowników miało to oznaczać dodatkowe formalności podczas podróży, a w przypadku dłuższych wyjazdów również konieczność sięgnięcia po droższy abonament.
Ostatecznie sprawę odkręcono, ale podobnie jak w kawale o zawieruszonym banknocie 200 zł, który jednak się znalazł - niesmak pozostał.
I tak jest lepiej niż przed laty, kiedy to wielkie usługi, takie jak Netflix czy Spotify, były nie dla nas. Trudno porównywać te sytuacje. Mimo wszystko to nadal dziwne, że w wielu europejskich państwach na ulicy zobaczysz logo dobrze ci znane, poczujesz się jak u siebie, a kto wie - może będzie to coś w rodzaju dumy, że proszę bardzo, przywozimy wam to, co u nas jest codziennością. Ale już u siebie w domu chwycisz za telefon i boleśnie przypomnisz sobie o tak dziwnym konstrukcie, jak granice dzielące ludzi na tych, którzy zasłużyli i tych, którzy wiecznie muszą czekać.
W Spider’s Web od kwietnia 2021 zajmuje się tematami związanymi z ekologią, przyrodą, ochroną środowiska, architekturą, miastami przyszłości, transportem publicznym z pociągami na czele i, rzecz jasna, wpływem technologii na nasze zwykłe życie. Zaczynał od pisania o grach – przede wszystkim w serwisie gamezilla.pl, z przerwą na gram.pl. Następnie zajął się opisywaniem technologii, robiąc to w takich portalach jak next.gazeta.pl, a potem serwisach technologicznych grupy WP (tech.wp.pl, dobreprogramy.pl, gadżetomania.pl – będąc redaktorem prowadzącym – czy polygamia.pl). Prywatnie fan Morrisseya, morza, bloków z wielkiej płyty i dziwnych budynków, o których zdarza mu się zresztą pisać.