REKLAMA

ChatGPT to zmora polskich urzędów. Zalaliśmy je pismami i skargami

Polacy masowo wykorzystują AI do pisania skarg i wniosków. Dokument powstaje w kilka sekund, ale urzędnik sprawdza go godzinami. Tak nie może być, chociaż ci drudzy też nie są bez winy.

Urzędy dostają pisma z AI. Zostają w nich prompty

Ktoś miał jedną, malutką uwagę do urzędu, ale ChatGPT rozdmuchał ją do wielostronicowej analizy prawnej. Pojawiły się nagłówki, dziwne pogrubienia, wyroki sądów (czasem nieprawdziwe) i kilkanaście artykułów ustaw. Czasami razem z gotowym pismem do urzędu trafia nawet prompt, bo nadawca zapomniał usunąć polecenie wpisane wcześniej do chatbota. Taki jest obecny obraz biurokracji.

W pół roku przysłali więcej pism niż przez cały 2024 r.

Jak podaje Dziennik Gazeta Prawna, najlepiej skalę wzrostu tego rodzaju zachowań pokazują dane Regionalnej Izby Obrachunkowej w Opolu. W całym 2024 r. otrzymała ona 33 wnioski o przeprowadzenie kontroli i tzw. informacje sygnalne od osób fizycznych lub anonimowych nadawców. Rok później takich pism było już 58. W pierwszej połowie 2026 r. wpłynęło ich 69, czyli ponad dwa razy więcej, niż przez cały 2024 r.

Wzrost zauważyły również izby w Kielcach i Katowicach. Więcej sygnałów konsumenckich otrzymuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a urzędy miejskie w Krakowie i Wrocławiu odnotowują przyrost wniosków o dostęp do informacji publicznej.

Nie da się oczywiście powiedzieć, że każde bardziej rozbudowane pismo stworzył chatbot. Ludzie mogą częściej korzystać z elektronicznych kanałów kontaktu, lepiej znać swoje prawa albo reagować na konkretne problemy. Urzędnicy widzą jednak powtarzający się wzór, którego wcześniej nie było. Dokumenty są jednak znacznie dłuższe, mają niemal identyczną konstrukcję, rozbudowane podsumowania i całe akapity zapisane pogrubioną czcionką. Autor bardzo często powołuje się na dużą liczbę przepisów oraz wyroków, choć część z nich nie ma związku ze sprawą.

Czasami dowód jest jednak jeszcze prostszy. Urząd Regulacji Energetyki dostał np. dokumenty, w których pozostawiono polecenia przeznaczone dla sztucznej inteligencji. Nadawca skopiował całą odpowiedź i nie zauważył, że razem z nią wysłał również... własny prompt.

ChatGPT pisze 10 stron. Człowiek musi sprawdzić każde zdanie

Dla obywatela rachunek jest jak najbardziej korzystny. Wystarczy wkleić opis problemu, decyzję urzędu albo fragment regulaminu i poprosić o przygotowanie profesjonalnej skargi. Dokument, którego samodzielne napisanie zajęłoby kilka godzin, powstaje w kilka minut. Po drugiej stronie nie działa jednak podobny skrót.

Urzędnik musi ustalić, czego właściwie żąda autor, sprawdzić podstawę prawną i odnieść się do argumentów. Jeżeli pismo przywołuje 15 przepisów oraz 8 orzeczeń, każde odwołanie może wymagać weryfikacji. Chatbot nie ponosi żadnego kosztu za dopisanie kolejnych trzech stron. Człowiek ponosi koszt przeczytania ich od początku do końca.

Największy problem pojawia się jednak wtedy, gdy AI zaczyna halucynować. Może stworzyć nieistniejący wyrok, pomylić numer artykułu albo przywołać prawdziwy przepis, który dotyczy zupełnie innej procedury. Brzmienie pozostaje przy tym bardzo przekonujące. Nie ma przypadkowych literówek, urwanych zdań ani nieporadnego stylu, które od razu zapalałyby lampkę ostrzegawczą. Błąd zostaje opakowany jak fragment dokumentu przygotowanego przez kancelarię prawną.

Jak pisaliśmy w tekście: Chatboty przejęły pracę prawników. Sędzia anulował proces i ukarał adwokatów, nawet zawodowi pełnomocnicy potrafią przekazywać sądom pisma zawierające zmyślone orzeczenia. Zwykły obywatel ma jeszcze mniejsze możliwości sprawdzenia, czy profesjonalnie brzmiąca odpowiedź rzeczywiście opiera się na prawie.

Urząd nie może wyrzucić pisma, bo pachnie ChatemGPT

Regionalna Izba Obrachunkowa w Opolu wykupiła narzędzie wykrywające treści prawdopodobnie wygenerowane przez AI. W wielu przypadkach program wskazuje, że podejrzenia urzędników były uzasadnione. Taki wynik nie rozwiązuje jednak problemu. Detektor nie daje stuprocentowej pewności, a samo wykorzystanie chatbota nie jest przecież zakazane. Obywatel może poprosić AI o uporządkowanie myśli, poprawę języka albo stworzenie pierwszej wersji odwołania.

Urząd nie może zatem odłożyć dokumentu na bok tylko dlatego, że ma charakterystyczne nagłówki i brzmi zbyt poprawnie. Musi sprawdzić, czy pismo zostało złożone właściwie, zawiera wymagane dane oraz jasno określa żądanie.

To zresztą ważna zaleta technologii. Nie każdy umie pisać urzędowym językiem, zna układ oficjalnego pisma albo może zapłacić prawnikowi. Chatbot potrafi pomóc osobie, która wie, że potraktowano ją niesprawiedliwie, ale nie potrafi zamienić tej historii w formalne odwołanie. Problemem nie jest więc użycie AI. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek bez czytania podpisuje wszystko, co pojawiło się na ekranie, albo wykorzystuje zerowy koszt generowania do seryjnego wysyłania kolejnych wariantów tego samego wniosku.

Po drugiej stronie biurka również bardzo często siedzi ChatGPT

Cała sytuacja staje się jeszcze ciekawsza, gdy spojrzymy na pracę samych urzędników. AI już dawno weszła również do administracji. Jak pisaliśmy w tekście: Polski urzędnik pyta ChataGPT o wszystko. Państwo wreszcie zareagowało, 77 proc. badanych pracowników administracji ma kontakt ze sztuczną inteligencją przynajmniej raz dziennie. Niemal połowa używała narzędzi generatywnych zawodowo.

Chatboty pomagają wyszukiwać informacje, poprawiać dokumenty, tworzyć streszczenia i przygotowywać projekty odpowiedzi. Administracja widzi w nich sposób na przyspieszenie pracy, której z każdym rokiem przybywa. Powstaje więc dość absurdalny obieg. Obywatel prosi AI o rozbudowanie 5 zdań do wielostronicowej skargi. Urzędnik otrzymuje dokument i prosi inne AI o jego streszczenie. Następnie chatbot pomaga przygotować odpowiedź, którą obywatel ponownie wkleja do swojego narzędzia, prosząc o odwołanie.

Pomiędzy dwoma modelami nadal muszą jednak siedzieć ludzie. To oni odpowiadają za decyzję, prawdziwość przepisów, ochronę danych i skutki wysłanego dokumentu. Sztuczna inteligencja może przyspieszyć pisanie, ale nie przejmuje odpowiedzialności za ani jedno zdanie.

Państwo potrzebuje filtrów, a nie zakazu ChataGPT

Większość pytanych instytucji nie wprowadziła dotąd specjalnych procedur dla pism generowanych przez AI. Traktuje je tak samo jak pozostałą korespondencję.

Na dłuższą metę może to jednak nie wystarczyć. Urzędy potrzebują przede wszystkim narzędzi wyłapujących powtarzające się dokumenty, automatycznie sprawdzających cytowane przepisy i wskazujących, które fragmenty wymagają uwagi człowieka. Potrzebują również jasnych zasad korzystania z AI, aby pracownik czasem nie wkleił do publicznego chatbota nazwiska, adresu i całej historii obywatela.

Przeczytaj także:

Zakaz pisania pism z pomocą sztucznej inteligencji byłby rozwiązaniem pozornym i naiwnym. Nie da się go skutecznie egzekwować, a przy okazji odebrałby pomoc ludziom, którzy naprawdę jej potrzebują. Lepiej wymagać tego, czego urząd powinien wymagać od zawsze: konkretnego żądania, prawdziwych danych i odpowiedzialności autora za wysłaną treść. ChatGPT może ubrać problem w piękne zdania, ale nie powinien wymyślać człowiekowi sprawy, której ten sam nie potrafi wyjaśnić.

*Źródło grafiki wprowadzającej: Peopleimages.com, YuriArcurs, Canva Pro / Canva Pro

Marcin Kusz
Redaktor

Redaktor Spider's Web specjalizujący się w tematyce naukowej. O nowych technologiach zaczął pisać w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później współtworzył treści dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.