Nie ma kokpitu, ale strzela jak myśliwiec. USA pokazały przerażającą broń
Nowy dron ma latać obok F-35 i F-47, wykrywać cele oraz odpalać rakiety. Decyzja o użyciu broni nadal należy jednak do człowieka.

Nad pustynią Mojave pojawił się samolot bojowy bez miejsca dla pilota. YFQ-44A Fury otrzymał zgodę na atak, odpalił pocisk AIM-120 i przeprowadził pełną sekwencję uderzenia na cel znajdujący się poza zasięgiem bezpośredniej obserwacji. Amerykanie pokazali, że ich bezzałogowy skrzydłowy nie jest już tylko latającym demonstratorem.
Prawdziwy pocisk poleciał do cyfrowego celu
Test przeprowadzono w wydzielonej przestrzeni nad pustynią Mojave, przy współpracy specjalistów z bazy Edwards w Kalifornii. Bezzałogowy YFQ-44A Fury, zbudowany przez firmę Anduril, odpalił pocisk powietrze-powietrze AIM-120 AMRAAM.
Rakieta była prawdziwa, ale cel istniał jedynie w systemie komputerowym. Nie oznacza to więc, że dron zestrzelił inny samolot lub latający bezzałogowiec. Cyfrowy ślad celu pozwolił sprawdzić cały łańcuch bojowy bez konieczności wysyłania nad poligon fizycznego obiektu przeznaczonego do zniszczenia.
Maszyna musiała odebrać dane, wyznaczyć warunki odpalenia, poprawnie przekazać informacje pociskowi, zwolnić uzbrojenie i kontynuować misję. Anduril określił próbę jako pełne uderzenie przeprowadzone poza bezpośrednią linią widzenia.
To ważniejsze, niż samo naciśnięcie elektronicznego odpowiednika spustu. Wcześniejsze próby obejmowały loty z atrapami uzbrojenia, podczas których sprawdzano, jak dodatkowa masa oraz opór wpływają na zachowanie samolotu. Później testowano połączenie pomiędzy maszyną i pociskiem w środowisku symulowanym. Dopiero teraz wszystkie elementy połączono podczas rzeczywistego odpalenia.
AIM-120 to broń pełnoprawnych myśliwców
Pocisk wykorzystany podczas testu nie jest lekką rakietą przygotowaną specjalnie dla dronów. AIM-120 AMRAAM stanowi podstawowe uzbrojenie powietrze-powietrze amerykańskich F-15, F-16, F-22 i F-35 oraz samolotów państw sojuszniczych.
Rakieta jest przeznaczona do zwalczania celów poza zasięgiem wzroku pilota. Po odpaleniu początkowo korzysta z danych przekazywanych przez samolot lub inne elementy sieci. W końcowej fazie uruchamia własną głowicę radarową i samodzielnie naprowadza się na cel.
Nowością nie jest więc sam pocisk, lecz platforma, która go przeniosła. Fury nie ma fotela wyrzucanego, wyświetlaczy, drążka sterowego ani osłony kokpitu. Przestrzeń i masa, które w zwykłym myśliwcu trzeba przeznaczyć dla człowieka oraz systemów podtrzymywania jego życia, mogą zostać wykorzystane na paliwo, sensory, elektronikę lub uzbrojenie.
Co ciekawe, maszyna ma osiągać prędkość do około Mach 0,95 i wykonywać manewry zbliżone do samolotów myśliwskich. Nie jest więc powolnym dronem obserwacyjnym krążącym godzinami nad jednym obszarem. Została zaprojektowana do działania w tej samej przestrzeni walki co nowoczesne samoloty bojowe.
Człowiek nadal decyduje o otwarciu ognia
Amerykańskie Siły Powietrzne bardzo mocno zaznaczają, że test nie był pokazem autonomicznego wyboru i zniszczenia celu. Zgoda na użycie uzbrojenia nadal należała do operatora, a dron nie może samodzielnie zdecydować, że wykryty obiekt należy zaatakować.
Autonomia zaczyna więc działać dopiero po wydaniu polecenia. Człowiek określa parametry misji i zatwierdza odpalenie, natomiast maszyna może samodzielnie wykonać pozostałą sekwencję: zająć właściwą pozycję, przygotować uzbrojenie, sprawdzić warunki i przeprowadzić atak.
To model, w którym pilot nie steruje każdym ruchem bezzałogowca. Zamiast prowadzić drugi samolot za pomocą joysticka, po prostu przekazuje mu zadanie. Fury ma następnie samodzielnie dobrać sposób jego wykonania, pozostając w granicach ustalonych przez człowieka.
Takie rozwiązanie jest konieczne, jeżeli jeden pilot ma współpracować z kilkoma maszynami. Równoczesne ręczne sterowanie własnym myśliwcem, obserwowanie przeciwnika i kierowanie grupą dronów byłoby praktycznie niemożliwe.
Jak pisaliśmy w tekście: Amerykanie pokazali rewolucyjnego drona. Przyszłość lotnictwa właśnie wystartowała, Fury wykonał pierwszy lot po zaledwie 556 dniach od rozpoczęcia projektu. Już wtedy nie był klasycznie zdalnie pilotowany, lecz korzystał z autonomicznych systemów sterowania.
Dron ma iść tam, gdzie szkoda wysłać pilota
YFQ-44A powstał w ramach programu Collaborative Combat Aircraft. CCA mają towarzyszyć załogowym F-35 oraz przyszłym F-47, rozszerzając zasięg ich sensorów i liczbę dostępnych pocisków.
Bezzałogowiec może polecieć więc przed formacją, aby wcześniej wykryć radar przeciwnika. Może przenosić dodatkowe rakiety, prowadzić walkę elektroniczną albo zmusić wroga do włączenia systemów obrony i zdradzenia ich położenia. W najbardziej niebezpiecznych misjach może zostać wystawiony na ryzyko, którego dowódca nie zaakceptowałby w przypadku samolotu z człowiekiem na pokładzie.
Przeczytaj także:
Nie oznacza to, że Fury jest tanią, jednorazową amunicją. To pełnoprawny odrzutowy samolot bojowy, który ma wracać do bazy i uczestniczyć w kolejnych misjach. Powinien być jednak wyraźnie tańszy od załogowego myśliwca i możliwy do produkowania w znacznie większych ilościach.
Jak pisaliśmy w tekście: Europa tworzy drona, który zredefiniuje wojnę. Nowa funkcja: skrzydłowy, podobny kierunek wybrały również europejskie koncerny. Przyszła formacja lotnicza ma składać się nie z kilku identycznych samolotów, lecz z załogowego centrum dowodzenia otoczonego wyspecjalizowanymi maszynami bez pilotów.
*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Master Sgt. Gustavo Castillo / Wikimedia, Domena publiczna
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.