REKLAMA

Próbowałem wypisać się ze Zdjęć Google. Wyszła droga przez mękę

Drugi backup, czyli mój romans z Google’em, który kończy się zawsze tak samo.

wypisanie się ze Zdjęć Google

Z usługami chmurowymi jest jak z ubezpieczeniem. Niby masz jedno, niby wystarcza, ale gdzieś w głowie siedzi ta myśl: „A co, jeśli jednak piorun walnie w router, NAS wybuchnie jak w żartach o tanich zasilaczach, a OneDrive postanowi zrobić sobie dzień wolny?”. Dlatego od lat mam system pod tytułem: backup właściwy (NAS + OneDrive) oraz backup „na wszelki wypadek”, czyli Zdjęcia Google. Nie dlatego, że ufam im bardziej. Raczej dlatego, że skoro telefon i tak tam wysyła zdjęcia, to niech wysyła. Co mi szkodzi.

Szkodzi mi dopiero wtedy, gdy Google przypomina mi, że pamięć jest pełna. I wtedy zaczyna się rytuał, który powtarzam od lat: wchodzę, zaznaczam wszystko, kasuję, zapominam o sprawie na kolejne kilkanaście miesięcy. To jest mój „drugi backup”, a drugi backup nie zasługuje na to, żebym płacił za jego utrzymanie. To jest backup tymczasowy, sezonowy.

A przynajmniej był.

Czytaj też:

Zdjęcia Google: usługa, która potrafi wszystko… oprócz najprostszej rzeczy

Kiedy ostatnio znów zapełniła mi się przestrzeń w Zdjęciach Google, postanowiłem wykonać mój rytuał. Wchodzę w aplikację na Androidzie. Szukam opcji „Zaznacz wszystko”. Nie ma. Myślę: „OK, może na desktopie”. Wchodzę w przeglądarkę. Szukam opcji „Zaznacz wszystko”. Nie ma. Myślę: „Może w Dysku Google, bo przecież to niby ta sama chmura”. Wchodzę. Szukam. Nie ma.

I wtedy dociera do mnie brutalna prawda: Google w ramach „odświeżonego interfejsu” oczekuje, że będę usuwał zdjęcia ręcznie. Jedno po drugim. Tysiące plików. Kilkanaście miesięcy życia. Każde selfie, każdy kot, każdy obiad, każdy mem, każdy przypadkowy screenshot z 3:00 w nocy, kiedy próbowałem zrobić zdjęcie księżyca, a wyszła biała plama jak z kamery przemysłowej z lat 90.

Można zaznaczać wiele naraz, owszem. Ale nie wszystko. Nie ma przycisku „Usuń cały syf”. Nie ma „Wyczyść bibliotekę”. Nie ma „Zrób to, co każdy normalny człowiek chce zrobić, gdy traktuje tę usługę jako backup tymczasowy”.

Zdjęcia Google, usługa z uczeniem maszynowym, która potrafi rozpoznać twarz człowieka na zdjęciu zrobionym kalkulatorem, nie potrafi wykonać najprostszej operacji masowej.

Można zaznaczyć całe dnie - ale nie za wiele, bo po długim scrollu aplikacja gubi zaznaczenie

Kiedy technologia zawodzi, wkracza… rozszerzenie do przeglądarki

W tym momencie zaczyna się część tekstu, która powinna być opatrzona ostrzeżeniem: „Nie róbcie tego w domu”. Bo skoro Google nie daje mi narzędzia, to ja sobie narzędzie znajdę. I znalazłem. Rozszerzenie do przeglądarki, które przez kilka godzin klikało za mnie w interfejsie Zdjęć Google, udając, że jestem człowiekiem o stalowych nerwach i nieograniczonej cierpliwości. Jest tego sporo w Chrome Web Store - podaż zapewne reaguje na popyt.

Wyobraźcie sobie tę scenę: siedzę przy komputerze, a w tle działa skrypt, który co kilka sekund wykonuje kliknięcie „Usuń”. Klik. Usuń. Klik. Usuń. Klik. Usuń. Tysiące razy. To jest moment, w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy Google naprawdę nie przewidział, że ktoś będzie chciał usunąć wszystkie zdjęcia naraz. Czy naprawdę w Mountain View nikt nie wpadł na pomysł, że użytkownik może chcieć wyczyścić bibliotekę? Czy naprawdę ktoś tam uznał, że „zaznacz wszystko” to funkcja zbyt ryzykowna, zbyt niebezpieczna, zbyt… ludzka?

Zdjęcia Google jako metafora współczesnej technologii

Cała ta sytuacja skupia absurd współczesnych usług chmurowych. Mamy systemy, które potrafią przewidzieć,= co chcemy zobaczyć na zdjęciu, zanim jeszcze je zrobimy. Mamy algorytmy, które potrafią wyostrzyć zdjęcie psa biegnącego w deszczu przy ISO 6400. Mamy automatyczne albumy, automatyczne kolaże, automatyczne wspomnienia z wakacji, które przypominają nam, że kiedyś mieliśmy czas na wakacje.

Ale nie mamy przycisku „Usuń wszystko”.

Moja przygoda ze Zdjęciami Google trwa dalej, choć już bez złudzeń. To jest usługa, którą lubię, ale której nie ufam. To jest backup, który mam, ale którego nie traktuję poważnie. To jest narzędzie, które potrafi wiele, ale nie potrafi najprostszej rzeczy, której potrzebuję raz na kilkanaście miesięcy.

I może właśnie dlatego ta historia jest tak zabawna. Bo pokazuje, że w świecie pełnym sztucznej inteligencji, automatyzacji i chmury, czasem najbardziej zaawansowaną technologią w naszym życiu jest… rozszerzenie do przeglądarki, które udaje, że klika za nas.

A Google? Cóż. Google najwyraźniej uważa, że jeśli chcę usunąć wszystkie zdjęcia naraz, to powinienem się zastanowić, czy na pewno tego chcę. I może mają rację. Może to jest ich sposób na troskę o użytkownika. Bo przecież nie chodzi o dane do skanowania czy szkolenia nimi AI - to już przecież zrobili.

Albo może po prostu nikt tam nie wpadł na pomysł, że „zaznacz wszystko” to funkcja, która mogłaby się komuś przydać.

W każdym razie - ja już wiem jedno. Drugi backup jest fajny, dopóki nie trzeba go sprzątać.

Maciej Gajewski
Redaktor

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.