Otworzyłem punkt ksero, gdy każdy mówił, że papier umiera. Guzik prawda
Prowadzę punkt ksero i powiem wam jedno: cyfryzacja to w Polsce mit. Studenci, urzędy i banki nadal toną w papierze.

Kiedy ze wspólnikami podjęliśmy decyzję o założeniu punktu ksero na jednym z krakowskich osiedli, znajomi i rodzina pukali się w czoło z politowaniem. Słuchałem niekończących się darmowych wykładów o cyfryzacji, wzniosłych haseł o nowoczesnych biurach w stylu paperless, chmurach danych i niechybnym końcu analogowego świata.
Wszyscy wieszczyli, że w dobie wszechobecnych smartfonów, interaktywnych PDF-ów i podpisów elektronicznych otwieranie usług poligraficznych to nic innego, jak biznesowe samobójstwo z premedytacją. Dzisiaj ja się z nich śmieję, patrząc na regularną kolejkę w moim lokalu. Guzik prawda, moi drodzy. Papier ma się w naszym kraju świetnie, a rodzima biurokracja dba o to, żebym nie zbankrutował.
Cyfryzacja to bujda na resorach
Zacznijmy od wielkiego, pompowanego przez media mitu o cyfrowym państwie. Teoretycznie mamy ePUAP, mObywatela i profile zaufane, którymi politycy chwalą się na każdym kroku. To wszystko piękne, ale w praktyce spróbuj załatwić coś naprawdę ważnego, grubszego, nietypowego w urzędzie skarbowym, sądzie czy chociażby wydziale komunikacji. Cyfryzacja w Polsce brutalnie kończy się tam, gdzie zaczyna się potrzeba przybicia fizycznej, okrągłej pieczątki z orzełkiem.
Ludzie codziennie wpadają do mojego punktu z obłędem w oczach, bo pani w okienku machnęła ręką na ich kody QR i zażądała kserokopii odpisu aktu notarialnego w trzech egzemplarzach albo papierowego zaświadczenia, które trzeba dołączyć do innej, równie papierowej teczki. A banki?
Spróbujcie wziąć lub renegocjować kredyt hipoteczny. Teoretycznie wasze dane krążą w światłowodach, ale w praktyce wychodzicie z placówki z plikiem dokumentów grubym na kilkanaście centymetrów, który potem musicie skserować dla dewelopera, notariusza, rzeczoznawcy i jeszcze, dla świętego spokoju, do własnego domowego archiwum. Klienci, zarówno ci z ulicy, nowi, jak i moi stali bywalcy, codziennie znoszą mi tony dokumentów, które według technologicznych ewangelistów miały wyginąć razem z dinozaurami.
Lipiec, studenci i brutalny powrót do przeszłości
Jednak prawdziwe, spektakularne żniwa mamy właśnie teraz. Mamy środek lata, upał leje się z nieba, a na krakowskich uczelniach trwa w najlepsze gorący sezon obron. Do mojego punktu ciągną pielgrzymki zestresowanych studentów z pobliskich wydziałów. I powiem wam, że to jest najpiękniejszy, a zarazem najsmutniejszy dowód na to, jak bardzo nasz system szkolnictwa wyższego jest mentalnie i technologicznie zapóźniony.
W pięknej, cyfrowej teorii każda praca licencjacka, inżynierska czy magisterska jest wgrywana do elektronicznego archiwum i systemu antyplagiatowego. Skoro wszystko jest w wirtualnej sieci, promotor i recenzent mogą to przeczytać na tablecie, prawda? Nic z tych rzeczy. Dziekanaty nadal z uporem maniaka żądają wydrukowania dwóch, a czasem trzech fizycznych, pachnących świeżym tonerem kopii. Do tego dochodzą rygorystyczne wymogi formatowania: marginesy na oprawę, odpowiednie interliniowanie, odpowiednia forma bindowania i wydruk jednostronny, bo ktoś w rektoracie tak zarządził dwie dekady temu.
Ale to jeszcze nic. Prawdziwą wisienką na torcie edukacyjnego absurdu jest to, co dzieje się tuż po wydrukowaniu pliku z tekstem. Wyobraźcie sobie, że wiele uczelni, nie będę tu wskazywać, o które chodzi, wciąż bezwzględnie wymaga dołączenia… pracy nagranej na fizycznej płycie CD. Tak, dobrze czytacie. Laptopy od lat nie mają napędów optycznych, obudowy na pecety w większości przypadków nie mają już nawet kieszeni na napęd, nie mówiąc o samym napędzie, sztuczna inteligencja podpowiada nam wyceny i pisze maile, samochody same parkują, a młody, wykształcony człowiek musi przynieść na uczelnię plastikowy krążek w papierowej kopercie. Przecież on nawet nie do końca kojarzy, czym jest płytka CD. Kto dzisiaj ma w domu nagrywarkę? Praktycznie nikt. A kto ją ma i jest zawsze zwarty i gotowy? Ja. W punkcie ksero. Dzięki temu absurdowi obroty rosną, a ja sprzedaję płyty CD jak przysłowiowe świeże bułeczki i do tego doliczam opłatę za nagranie plików na nośnik danych.
Drukarka w domu to finansowa i nerwowa pułapka
Jest jeszcze jeden, bardzo prozaiczny powód, dla którego mój biznes kręci się lepiej, niż przewidywali to branżowi sceptycy i trochę ja sam. Ludzie po prostu wreszcie przejrzeli na oczy i zaczęli masowo, z czystą ulgą, rezygnować z posiadania domowych drukarek.
Przez całe lata wciskano nam tani, psujący się sprzęt do domów. Kupowałeś w markecie atramentówkę za 100 złotych na promocji i czułeś się królem życia. Aż do momentu, gdy potrzebowałeś wydrukować na szybko jeden ważny dokument do urzędu o 22:00. Wtedy okazywało się, że po dwóch miesiącach nieużywania tusz wysechł na wiór, a komplet nowych, oryginalnych kartridży kosztuje 400 złotych. Próbowałeś tańszych zamienników? Drukarka pluła błędami, brudziła kartki i odmawiała współpracy, domagając się tuszu kolorowego do wydrukowania czarno-białego tekstu. Do tego wiecznie zacinający się papier, zrywane połączenia Wi-Fi i głośne czyszczenie głowic trwające dziesięć minut.
Klienci mają tego po prostu serdecznie dość. Wolą zrzucić ten problem i ten stres na mnie. Przychodzą, podają pendrive'a albo wysyłają plik ze smartfona prosto na mojego maila, płacą kilka czy kilkanaście złotych i wychodzą z gotowym, idealnym wydrukiem. Nie muszą szarpać się z zaschniętym tuszem, nie muszą trzymać w szafie ryz papieru, z których korzystają w porywach do dwóch razy w roku. Zlecają to nam, a ja zapewniam im bezcenną usługę: święty spokój. Owszem, jak już wspominałem przy innej okazji, czasem trafi się ktoś, kto próbuje się targować o grosze powołując się na halucynacje z ChatGPT, ale na koniec dnia i tak płaci, bo domowa maszyna dawno wylądowała na PSZOK-u.
Krajobraz jak po bitwie
Oczywiście nie zamierzam tu zaklinać rzeczywistości i twierdzić, że żyjemy w złotym wieku poligrafii. Punktów ksero jest na mapach miast znacznie mniej, niż na początku lat dwutysięcznych, kiedy to za grosze kopiowało się całe sterty nielegalnych podręczników i notatki z wykładów. Krajobraz się zmienił, rynek się skonsolidował, a słabi, nierentowni gracze zwyczajnie odpadli z gry. Zapotrzebowanie w ujęciu całkowitym jest zauważalnie mniejsze, ale za to stało się znacznie bardziej wyspecjalizowane i profesjonalne.
Przeczytaj także nasze inne felietony:
Ci, którzy przetrwali, mają nowoczesny sprzęt i potrafią obsłużyć klienta kompleksowo – oferując nie tylko ksero, ale też bindowanie, laminowanie, wydruki wysokiej jakości, wydruk ulotek, zaproszeń, voucherów i oczywiście to nieszczęsne nagrywanie płyt CD. Oni mają się świetnie. I dopóki nasza rodzima biurokracja domaga się stempli, instytucje drukują wielostronicowe regulaminy, a szkolnictwo wyższe tkwi jedną nogą w poprzedniej epoce, to papier na pewno nie umrze. A ja, wbrew obawom i przestrogom moich znajomych, każdego ranka z przyjemnością przekręcam klucz w zamku i odpalam swoje maszyny. A potem z uśmiechem witam moich klientów, którzy podirytowani przyszli kserować kolejny raz ten sam akt notarialny, bo pani w okienku im powiedziała, że kserokopia ma być wydrukowana na A3, żeby pieczątka z orzełkiem była widoczna w całości.
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.