Mam punkt ksero i są rzeczy, których nie wydrukuję. Choćbyś mnie błagał

Ksero książki to małe piwo po obiedzie przy prośbach o spreparowanie legitymacji czy potwierdzenia przelewu.

Ksero to nie przestępstwo. Ale ten wydruk już tak

Ludzie na ogół myślą, że prowadząc punkt ksero, żyję w wiecznym strachu przed prawem autorskim i policją ścigającą za kopiowanie podręczników dla studentów. W wyobraźni wielu osób największym grzechem takiego biznesu jest powielenie tomu encyklopedii czy skryptu z anatomii. Prawda jest jednak taka, że zwykła książka położona na szybie skanera to z perspektywy moich codziennych dylematów najmniejszy problem. Za ten obszar odpowiadają jasne przepisy o dozwolonym użytku osobistym oraz system opłat reprograficznych, które jako przedsiębiorca muszę odprowadzać na rzecz organizacji zarządzających prawami autorskimi, takich jak KOPIPOL.

Prawdziwy problem, a wraz z nim zlewający mnie zimny pot, zaczyna się wtedy, gdy klient stojący po drugiej stronie lady wcale nie prosi o usługę poligraficzną. Prosi o narzędzie do oszustwa. I robi to najczęściej z taką rozbrajającą swobodą, jakby zamawiał bindowanie czy laminowanie.

Przecież to tylko

To zawsze zaczyna się bardzo niewinnie. Wchodzi człowiek – czasem elegancki biznesmen, czasem zatroskana matka, czasem zdenerwowany student. Kładzie na blacie zaświadczenie z pracy, umowę najmu, potwierdzenie przelewu, zwolnienie lekarskie albo decyzję z urzędu. Potem pada zdanie, które w moim punkcie natychmiast odpala sygnał alarmowy: Czy mógłby pan w komputerze TYLKO zmienić tę datę?

Wariacji tego tylko słyszę w tygodniu przynajmniej kilka:

  • Proszę tylko usunąć ten podpis z dołu, bo chcę to wydrukować jeszcze raz;
  • Proszę tylko przesunąć tę pieczątkę na wyższą linijkę, bo tu się zmazała;
  • Proszę tylko zmienić tę kwotę z 1500 na 2500, bo szef się pomylił na zaświadczeniu o zarobkach, a ja muszę to zaraz oddać do banku.

Dla klienta to jest język prostej usługi graficznej. Uważa, że skoro mam na komputerze program graficzny, a obok stoi profesjonalna drukarka, to techniczne usunięcie kilku pikseli nie różni się niczym od wycięcia czerwonych oczu ze zdjęcia z wakacji. Problem polega jednak na tym, że program graficzny może i nie zna polskiego prawa, ale ja muszę je znać. I wiem, że w tym momencie przestajemy rozmawiać o edycji pliku, a zaczynamy ocierać się o Kodeks karny.

Podpis to nie jest ozdoba

Większość ludzi zupełnie nie zdaje sobie sprawy z ciężaru gatunkowego takiego dokumentu. Podpis, data, pieczęć czy kwota na piśmie nie są elementami dekoracyjnymi, które można sobie dowolnie przestawiać w celach estetycznych. Podpis potwierdza oświadczenie woli, zgodę, odbiór albo odpowiedzialność za treść. Usunięcie go z dokumentu i ponowny wydruk w formie oryginału całkowicie zmienia stan prawny takiego papieru. Z umowy podpisanej i wiążącej nagle robimy dokument pozornie niepodpisany, albo na odwrót – wklejamy skan czyjegoś podpisu tam, gdzie ta osoba w życiu by się nie podpisała.

Polskie prawo definiuje dokument niezwykle szeroko. Dokumentem jest każdy przedmiot lub inny zapisany nośnik informacji, z którym związane jest określone prawo albo który ze względu na swoją treść stanowi dowód prawa, stosunku prawnego lub okoliczności mającej znaczenie prawne. To nie jest tylko dowód osobisty czy paszport. To jest dokładnie ta faktura, to zaświadczenie o zarobkach dla banku, ten dyplom ukończenia kursu i to skierowanie od lekarza, z którym przyszedł klient.

Gdybym spełnił tę niewinną prośbę, wszedłbym prosto w art. 270 Kodeksu karnego, który mówi o podrabianiu lub przerabianiu dokumentu w celu użycia go jako autentycznego. Za taki czyn grozi kara od 3 miesięcy do nawet 5 lat pozbawienia wolności. Kiedy tłumaczę to klientowi, na ogół patrzy na mnie z oburzeniem i rzuca: Panie, ja nie robię żadnego fałszerstwa! Ja tylko potrzebuję to na jutro do urzędu, a nie mam czasu jechać do biura po nową kartkę!. Może i nie ma czasu, ale ja nie mam ochoty tłumaczyć się przed prokuratorem z tego, dlaczego pomogłem spreparować dowód w jakiejś sprawie.

Wydrukuj mi to tak, żeby nikt się nie zorientował

Osobna, równie fascynująca kategoria to zlecenia na produkcję rzeczy, które mają udawać oficjalne uprawnienia lub instrumenty wartości. Nie mówię tu o sytuacjach, w których szkoła zamawia identyfikatory dla uczniów, albo firma prosi o wydruk plakietek na konferencję. Mówię o sytuacjach, w których ktoś przynosi plik z internetu i prosi o wydrukowanie legitymacji studenckiej, biletu miesięcznego, vouchera do spa, naklejki na szybę albo karty parkingowej dla niepełnosprawnych, koniecznie na grubszym papierze i z  laminatem, żeby wyglądało dokładnie jak z urzędu.

Często słyszę wtedy wymówkę o żarcie. To tylko taki śmieszny prezent dla kumpla, robimy mu fałszowany mandat na czterdzieste urodziny! Super, nie mam nic przeciwko żartom. Ale jeśli ten mandat ma wydrukowaną pieczęć urzędu miasta, autentyczny numer konta i wygląda tak, że można by nim kogoś bez problemu wprowadzić w błąd lub zastraszyć – odmawiam. Podobnie jak w przypadku pamiątkowych banknotów czy kuponów podarunkowych, które wyglądają podejrzanie spójnie z oryginałami. Oszustwo (art. 286 Kodeksu karnego), czyli doprowadzenie kogoś do niekorzystnego rozporządzenia mieniem poprzez wprowadzenie w błąd, nierzadko zaczyna się właśnie od takiego śmiesznego projekciku wydrukowanego na dobrej jakości papierze satynowym.

Odmowa to nie cenzura. To instynkt samozachowawczy

Wielu klientów w momencie odmowy próbuje wytoczyć działo pod tytułem: Prowadzisz pan punkt usługowy, nie masz prawa mi odmówić! Narosło wokół tego sporo mitów, zwłaszcza po głośnych sprawach o odmawianie usług z powodów światopoglądowych czy politycznych.

Zróbmy tu jednak fundamentalne rozróżnienie. Zawsze obsługuję każdego, bez względu na to, kim jest, jak wygląda i w co wierzy. Nie odmawiam komuś usługi z powodu jego osoby. Odmawiam wykonania konkretnej czynności, która w mojej ocenie prowadzi do naruszenia prawa. Nie jestem i nie zamierzam być cenzorem, który analizuje, czy plakat klienta ma słuszne przesłanie polityczne. Ale jeśli ktoś przynosi ulotkę zawierającą jawne groźby karalne wobec sąsiada, materiały do nękania konkretnej osoby albo treść podszywającą się pod instytucję państwową, to mam nie tylko prawo, ale i społeczny obowiązek powiedzieć: nie drukujemy.

Przeczytaj także:

Oczywiście nie jestem też detektywem i nie zamierzam dzwonić na policję za każdym razem, gdy ktoś zapyta o możliwość podmienienia literki w PDF-ie. Większość tych ludzi nie to jacyś groźni przestępcy, tylko zwykli kombinatorzy, którzy szukają drogi na skróty i nie rozumieją konsekwencji swoich pomysłów. Albo osoby niezdające sobie sprawy z tego, o co właśnie poprosiły. Kiedy odmawiam, zazwyczaj po prostu zabierają swojego pendrive'a i idą szukać szczęścia (albo kłopotów) w innym punkcie.

Właśnie dlatego, kiedy następnym razem wejdziesz do punktu ksero i poprosisz o zamazanie kwoty na rachunku albo usunięcie podpisu byłej żony z dokumentu, to nie dziw się, że pracownik nie rzuci się do myszki z uśmiechem na ustach. To nie jest kwestia braku umiejętności w programie graficznym ani złośliwości. To po prostu granica, za którą kończy się usługa poligraficzna, a zaczyna paragraf.

*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI

Marcin Kusz
Redaktor

O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.