Dron spadł z samolotu. Tak może wyglądać szybka wojna na Bałtyku
Bezzałogowce nawodne nie muszą już wypływać z portu. Mogą przylecieć w rejon operacji samolotem i spaść na wodę pod spadochronem.

Wygląda to trochę jak scena z filmu, w którym ktoś bardzo przesadził z wyobraźnią o wojsku. Z tylnej rampy samolotu transportowego wypada łódź. Nie ponton ratunkowy, nie zasobnik, nie sprzęt dla komandosów, tylko bezzałogowy kuter nawodny. Spada pod spadochronem do morza, oddziela się od platformy i ma być gotowy do działania.
To właśnie sprawdzili Brytyjczycy z K3 Scout, bezzałogowcem nawodnym firmy Kraken Technology Group. Maszyna została zrzucona z Airbusa A400M Atlas w ramach prób wspieranych przez Royal Navy. Dron morski nie musi już płynąć z portu ani czekać na okręt-matkę. Może zostać dowieziony samolotem i wrzucony w rejon operacji tam, gdzie liczy się czas.
Łódź wypada z samolotu i zaczyna misję
Test dotyczył K3 Scout, czyli 8,4-metrowego bezzałogowca nawodnego. Jednostka ma około 2,5 tony wyporności maksymalnej, rozwija do 55 węzłów, może przenosić 600 kg ładunku i działać z różnymi modułami misyjnymi. W zależności od konfiguracji może prowadzić rozpoznanie, osłonę sił, transport, działania elektroniczne albo precyzyjne uderzenia.
Do zrzutu wykorzystano system UMCADS, czyli Universal Maritime Craft Aerial Delivery System, czyli specjalną platformę spadochronową dla jednostek morskich. Łódź nie jest po prostu wyrzucana luzem z samolotu. Jest podpięta do platformy, opada pod czaszą, woduje, a następnie oddziela się od zestawu transportowego. W najnowszych testach walidowano też mechanizm IN-Release, który ma zapewniać zsynchronizowane i bezpieczne odłączenie ładunku.
Jeśli bezzałogowiec po wodowaniu nie odłączy się prawidłowo, może zostać uszkodzony, zablokowany albo nie przejść od razu do trybu działania. Cały sens takiego zrzutu polega na tym, że jednostka ma pojawić się na wodzie szybko, w trudnym miejscu i bez rozbudowanej obsługi.
Royal Navy podkreśla, że chodzi o możliwość wysyłania bezzałogowych jednostek nawodnych do akwenów spornych, odległych albo trudno dostępnych, czyli tam, gdzie nie chcemy ryzykować okrętu, gdzie nie mamy portu.
To skrócenie drogi na pole walki
Na morzu odległość bywa zabójcza, bo okręt potrzebuje godzin albo dni, żeby dotrzeć na miejsce, a mały dron nawodny ma ograniczony zasięg samodzielnego działania. Do tego port może być obserwowany, okręt-matka łatwy do wykrycia, a śmigłowiec ma swoje ograniczenia udźwigu i zasięgu, więc dopiero samolot transportowy rozwiązuje część tych problemów.
A400M może przenieść ładunek daleko i szybko. Jeśli z jego pokładu da się zrzucić bezzałogowiec nawodny, dowódca zamiast prowadzić drona przez pół akwenu, może wrzucić go bliżej miejsca działania. To zmienia tempo operacji.
Na Bałtyku taka zdolność ma szczególne znaczenie, bo to akwen ciasny, płytki, pełen szlaków żeglugowych, portów, kabli, gazociągów, farm wiatrowych i wąskich gardeł. Klasyczne okręty są tam ważne, ale nie zawsze muszą być pierwszym narzędziem reakcji. Czasem lepiej wysłać kilka małych, trudniejszych do wykrycia platform, które sprawdzą sytuację, pokażą obraz, przeniosą sensor albo stworzą przeciwnikowi dodatkowy problem.
Jak pisaliśmy w tekście: Pływające drony NATO na Morzu Bałtyckim. Sojusz wyznaczył im kluczowe zadanie, Bałtyk staje się laboratorium bezzałogowych systemów morskich. Chodzi przede wszystkim o budowanie stałej zdolności do obserwacji, reagowania i ochrony infrastruktury krytycznej.
Bałtyk lubi małe, szybkie i trudne do złapania zagrożenia
Wielkie okręty robią wrażenie, ale Bałtyk nie jest oceanem. To trudny, zatłoczony akwen, w którym liczy się skrytość, szybkość, rozpoznanie i zdolność do działania blisko brzegu. Drony nawodne pasują do niego niemal idealnie.
Mogą patrolować podejścia do portów, śledzić podejrzane jednostki i sprawdzać rejon kabli oraz gazociągów. Mogą działać jako przynęty, przenosić sensory i osłaniać większe okręty. W odpowiedniej konfiguracji mogą też pełnić funkcję nośnika uzbrojenia albo ładunku uderzeniowego.
Przeczytaj także:
Najważniejsze jest jednak to, że można ich używać tam, gdzie wysłanie ludzi byłoby zbyt ryzykowne. Bezzałogowiec może wejść w rejon min, działań dywersyjnych, zagrożenia rakietowego, dronów przeciwnika albo intensywnego rozpoznania. Jeśli zostanie utracony, strata boli mniej niż utrata załogowej jednostki.
Jak pisaliśmy w tekście: Polski dron wchodzi na wodę z Piorunami. To odmieni obronę na Bałtyku, także w Polsce zaczynamy patrzeć na USV nie jak na ciekawostkę, ale jak na realną platformę bojową. USV-MXV-1 ma być przygotowany do przenoszenia różnych sensorów i uzbrojenia, w tym rakiet Piorun. To ten sam kierunek: mała platforma, szybka zmiana misji, mniej ludzi w strefie ryzyka.
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.