REKLAMA

W kosmosie wrzątek zachowuje się przedziwnie. To problem dla chłodzenia statków

Naukowcy sprawdzili, czy pole elektryczne i drukowane mikrosłupki mogą zastąpić grawitację podczas wrzenia cieczy w kosmosie. Wyniki są naprawdę zaskakujące.

Naukowcy ujarzmili wrzenie bez grawitacji. Chodzi o chłodzenie
REKLAMA

Wrzątek w kosmosie nie zachowuje się tak jak w kuchni. Na Ziemi pęcherzyki pary odrywają się od rozgrzanej powierzchni i unoszą ku górze. W mikrograwitacji nie ma jednak góry w tym samym sensie, a bąble mogą zostać przyklejone do gorącego miejsca, tworząc izolującą warstwę pary. Dla chłodzenia statków kosmicznych to poważny problem.

Naukowcy z University of Twente i Uniwersytetu w Pizie sprawdzili, czy da się obejść brak grawitacji za pomocą inteligentnych powierzchni i pola elektrycznego. W eksperymencie podczas lotu parabolicznego wykorzystali stworzone z pomocą technologii druku 3D mikrosłupki z niklu i tytanu, aby kontrolować zachowanie pęcherzyków pary. Stawka jest naprawdę wysoka. Chodzi o to, jak chłodzić przyszłe statki, satelity, bazy orbitalne i coraz mocniejszą elektronikę.

REKLAMA

Wrzenie to genialne chłodzenie, ale dopóki działa grawitacja

Wrzenie jest jednym z najskuteczniejszych sposobów odbierania ciepła. Gdy ciecz styka się z gorącą powierzchnią, zaczyna tworzyć pęcherzyki pary. Każdy taki pęcherzyk zabiera ze sobą dużą ilość energii, a po jego oderwaniu świeża porcja cieczy może dotrzeć do rozgrzanego miejsca i cały proces zaczyna się od nowa.

REKLAMA

Na Ziemi pomaga w tym wypór. Para jest lżejsza od cieczy, więc bąble unoszą się i odrywają od powierzchni. To zjawisko tak codzienne, że zwykle go nie zauważamy. Widzimy tylko gotującą się wodę albo działający układ chłodzenia. Tymczasem w mikrograwitacji ten prosty mechanizm przestaje być oczywisty.

REKLAMA

Jeśli pęcherzyk pary nie odrywa się od gorącej powierzchni, zaczyna działać jak koc. Para gorzej przewodzi ciepło niż ciecz, więc zamiast pomagać, może utrudniać chłodzenie. Rozgrzany element nie jest wtedy skutecznie obmywany przez płyn, a temperatura może rosnąć. W elektronice, systemach zasilania czy urządzeniach podtrzymywania życia to nie jest drobnostka, tylko poważne ryzyko awarii.

Statek kosmiczny po prostu musi jakoś pozbywać się ciepła

Kosmos kojarzy się z chłodem, ale statek kosmiczny nie ma łatwego życia termicznego. Słońce grzeje bardzo mocno, elektronika produkuje ciepło, akumulatory, komputery, systemy łączności i napędy pracują w ograniczonej przestrzeni, a klasyczne oddawanie ciepła do powietrza nie działa tak jak na Ziemi.

Na orbicie nie można ot tak po prostu otworzyć okna ani polegać na naturalnej konwekcji powietrza. Ciepło trzeba przenosić wewnątrz systemów cieczami, wymiennikami, rurkami cieplnymi i radiatorami, a potem wypromieniować je w przestrzeń. Im mocniejsza elektronika i im bardziej ambitna misja, tym ważniejsze staje się zarządzanie temperaturą.

REKLAMA

Właśnie dlatego inżynierowie od lat interesują się tzw. chłodzeniem dwufazowym. W takim układzie ciecz odbiera ciepło, częściowo przechodzi w parę, a potem znowu skrapla się w innym miejscu. To bardzo wydajne, bo przemiana fazowa pozwala przenosić dużo energii przy stosunkowo niewielkiej masie układu. Problem w tym, że pęcherzyki pary w kosmosie nie zachowują się tak grzecznie jak w ziemskim laboratorium.

REKLAMA

Gdy pęcherzyki nie mają dokąd odpłynąć

W mikrograwitacji po prostu brakuje naturalnego kierunku, w którym pęcherzyk powinien odpłynąć. Nie ma klasycznego unoszenia, bo wypór nie działa tak jak na Ziemi. Bąble mogą rosnąć, łączyć się i pozostawać blisko powierzchni grzewczej. To zmienia cały obraz wrzenia.

REKLAMA

Dla chłodzenia oznacza to przede wszystkim dwa poważne problemy. Po pierwsze, spada wydajność, bo rozgrzana powierzchnia nie ma już dobrego kontaktu z cieczą. Po drugie, rośnie ryzyko wystąpienia tzw. krytycznego strumienia ciepła. To sytuacja, w której warstwa pary tak skutecznie oddziela gorącą powierzchnię od cieczy, że odprowadzanie ciepła nagle staje się znacznie mniej efektywne. Na Ziemi również jest to niebezpieczne zjawisko, ale w kosmosie jeszcze trudniej przewidzieć, kiedy dokładnie może do niego dojść.

Właśnie dlatego NASA i inne agencje kosmiczne od lat prowadzą eksperymenty nad wrzeniem i kondensacją w mikrograwitacji. Chodzi o podstawy przyszłych systemów chłodzenia. Jeśli chcemy mieć większe stacje kosmiczne, mocniejsze satelity, pojazdy księżycowe i statki lecące dalej niż na niską orbitę, musimy wiedzieć, jak ciecz i para zachowują się tam, gdzie nie ma naturalnego podziału na górę i dół.

REKLAMA

Jak zastąpić grawitację sprytną powierzchnią?

Nowy eksperyment podchodzi do problemu w bardzo niespodziewany sposób. Zamiast liczyć na to, że pęcherzyki pary same oderwą się od powierzchni dzięki grawitacji, naukowcy sprawdzili, czy da się kierować ich zachowaniem w inny sposób. W tym celu wykorzystali specjalnie zaprojektowane powierzchnie pokryte mikrosłupkami z niklu i tytanu.

REKLAMA

Takie struktury działają jak mikroarchitektura dla wrzenia. Zwiększają powierzchnię kontaktu, tworzą miejsca, w których pęcherzyki łatwiej się formują, i wpływają na to, jak ciecz zwilża gorący materiał. W połączeniu z polem elektrycznym mogą dodatkowo oddziaływać na zachowanie cieczy i pary przy powierzchni.

Skoro w kosmosie grawitacja nie pomaga odrywać pęcherzyków od gorącej powierzchni, to trzeba znaleźć inny sposób, by je ruszyć. W tym właśnie ma pomóc pole elektryczne, które wpływa na zachowanie cieczy i pary. Z kolei odpowiednio zaprojektowana powierzchnia może sprawić, że cały proces będzie przebiegał sprawniej. Chodzi o to, żeby gorący element cały czas miał kontakt z cieczą, a nie został przykryty warstwą pary działającą jak izolator.

REKLAMA

Kilka sekund nieważkości zamienia samolot w laboratorium

Eksperyment przeprowadzono podczas lotu parabolicznego. Samolot wykonuje wtedy serię manewrów, które na krótką chwilę tworzą warunki mikrograwitacji. To nie jest to samo co wielomiesięczny eksperyment na orbicie, ale pozwala bardzo szybko sprawdzić, jak układ reaguje, gdy grawitacja znika, wraca i chwilowo staje się większa niż normalnie.

To szczególnie przydaje się przy badaniu wrzenia. Naukowcy mogą wtedy śledzić, jak pęcherzyki pary powstają, rosną i odrywają się od powierzchni w różnych warunkach. Dzięki temu łatwo porównać, jak cały układ zachowuje się przy normalnej grawitacji, w mikrograwitacji oraz podczas zwiększonego przeciążenia.

Przeczytaj także:

REKLAMA

Taki test jest ważnym etapem, ale nie końcem drogi. Lot paraboliczny daje krótkie okna badawcze, a systemy kosmiczne muszą działać długo, niezawodnie i w różnych trybach pracy. Właśnie dlatego to nie jest gotowa chłodziarka do statku kosmicznego. To dowód, że można zacząć kontrolować proces, który dotąd bardzo mocno zależał od grawitacji.

*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI

REKLAMA
Marcin Kusz
Redaktor

O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA