REKLAMA

Od awarii do awarii. Co piekielne temperatury mówią o przyszłości?

Piekielny weekend z rekordowymi temperaturami dobitnie pokazał, co nas czeka.

upaly
REKLAMA

"Jak już zrobi się chłodniej…" - rzuca pani przez telefon, wychodząc z psem na dziedziniec. Słońce zaszło, ale przy takim upale nie robi to wielkiej różnicy. Nie słyszę dalszego ciągu obietnicy, która w tym momencie brzmiała jak niemogące się spełnić zaklęcie, ale łatwo mogę sobie wyobrazić, co stanie się, jak już zrobi się chłodniej. W końcu będzie można zrobić wszystko: wyjść na normalny spacer, nie przemykać tylko tam, gdzie jest resztka cienia. Sen będzie lepszy, a w mieszkaniu zrobi się ciszej, bo zabraknie szumu wiatraków. Okna w końcu wpuszczą światło. 

Dodajemy sobie otuchy, bo przecież w końcu faktycznie zrobi się chłodniej, ale w tej perspektywie kryje się też już groźba kolejnych upalnych dni i tropikalnych nocy. "Jak już zrobi się chłodniej" to nie powrót do normalności, a raczej okres przerwy między jednym męczącym zjawiskiem a drugim. Trudno odsunąć od siebie myśl, że rekord ze Słubic, gdzie termometry pokazały 40,5 st. C., może się długo nie utrzymać. A nawet jeśli, to co to za pociecha, skoro byliśmy tego świadkiem i przyszło nam żyć w historycznym momencie?   

REKLAMA

Wszyscy rozmawiają o upale. W rozmowach tych nielicznych spacerowiczów wysokie temperatury to ciągle temat numer jeden. Jakby mówienie o upale, przegadanie go, miało pomóc w oswojeniu i przyzwyczajeniu się do warunków. Im dłużej będziemy o upale mówić, tym szybciej stanie się normalny. Nie wiem, czy to pomaga, raczej nie, ale z drugiej strony o niczym innym gadać się nie chce, upał sam przychodzi na myśl. A raczej wciska się, oblepia. W niedzielę, tuż przed 18:00, na zewnątrz dalej jest tak, jakby stało się obok rozgrzanej blachy. 

To byłaby nawet zabawna scena, gdyby nie to, że była niewesoła. Pasażerowie stali dobrych kilka metrów od przystanku, kryjąc się w cieniu. Przeszklona wiata z ławkami jest pusta. Trochę żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia, żeby uwiecznić to nieprzygotowanie nieludzkiej infrastruktury, ale uznałem, że nie wypada. Grupa pasażerów od dłuższego czasu czekała na autobus, który ewidentnie się spóźniał. Nie dość, że jest gorąco, to jeszcze to.

W parku znowu przypomniałem sobie o słowach pana, który wprawdzie nie zachęcał do odwiedzania galerii handlowych w wolne dni, ale to przecież tam można ochłodzić się i spacerować w klimatyzowanej, a więc przyjemnej przestrzeni. Wyobrażam sobie alternatywną rzeczywistość, w której w miejsce galerii handlowej wstawia się parki, skwery, woonerfy, ulice pełne drzew i zieleni, oazy dające chłód, ciszę i spokój. Jest ich jednak niewiele, więc ratunkiem jest - musi być - galeria handlowa.

REKLAMA

W parku późnym popołudniem rzeczywiście jest nieco chłodniej, w tych warunkach można wręcz powiedzieć, że jest przyjemnie. Tyle że dotrzeć do parku nie każdemu jest tak łatwo i nikomu nie można było poradzić, aby ochłody szukał w cieniu. Upał pokazuje, co dziś jest luksusem. Tak, klimatyzacja, tak wiatraki, które zdążyło się kupić, nim przeprowadzono szturm na sklepy. Ale też pobliski park, drzewa, których nie wycięto, a pewnie miano na to chrapkę. Moim zdaniem to największy skarb, ale szkoda, że nawet po tej fali gorąca nie zostanie prawdziwie doceniony. Nikt nie powie: jak już zrobi się chłodniej, to posadzimy więcej drzew, zlikwidujemy betonozę, która dalej nam doskwiera. A szkoda.

Mijamy jeden tramwaj, już pusty. Rozkraczył się niedaleko przystanku. Tyle dobrego, że akurat w cieniu, więc motorniczy może wyjść na zewnątrz, porozmawiać z panią, a pojazd z pootwieranymi oknami właśnie próbuje się wietrzyć. Docieramy do skrzyżowania w samym centrum miasta. To większa awaria. Tramwaje stoją z lewej, prawej, ten naprzeciwko też się wykrzaczył. Sygnalizacja świetlna nie działa.

Auta dalej pędzą jak szalone, jakby dalej było zielone. Garstka pieszych stoi na rozgrzanym przejściu dla pieszych - i tak dobrze, że nie jest 14:00, wtedy patelnia była tu jeszcze większa. Oho, czyli człowiek rzeczywiście może się do wszystkiego przyzwyczaić, skoro nawet w takiej sytuacji znajduję plusy. 

REKLAMA

Auto jadące najbliżej chodnika zwalnia, więc chyba można wejść. Wchodzimy, ale kierowca jadący środkowym pasem ani myśli zwolnić. Gdyby ktoś zrobił pewniejszy, dziarski krok, to wszystko mogłoby skończyć się źle. Posuwamy się wolno, aż reszta kierowców zrozumie, że nie opalamy się, tylko chcemy przejść na drugą stronę. 

Wcześniej pisałem o drobnych, uroczych gestach, świadczących o tym, że wszyscy przeżywamy te upały

Utworzyło się coś w rodzaju niemej solidarności. Wysyłamy gesty zrozumienia: wachlujemy się, machamy koszulką, wzdychamy, uśmiechając się. Nie trzeba nic mówić, wiadomo, o co chodzi. "Jest ciężko, co?" - każdy ruch wypowiada to za nas. 

Cała kamienica zasłania okna i choć metody są różne - jedni stosują odblaskowe maty, inni ratują się prześcieradłami albo kartonami - to cel jest jeden. Wszyscy walczymy tak samo, bo mamy ten sam problem. 

REKLAMA

A potem stoję na przejściu dla pieszych, na którym światła nie działają na skutek awarii. Łódzkie serwisy piszą, że to efekt wysokich temperatur. We Wrocławiu było zresztą podobnie. Kierowcy jednak nie pomyślą, że może warto zwolnić, przepuścić tych, którzy muszą w tym upale przemieszczać się, czekać na tramwaj, który odjechać nie może, bo w centrum jest wielka usterka. Będą więc dalej stać i nie znajdą podczas tego oczekiwania chwili wytchnienia. Nie, kierowcy dalej jadą, pędzą, nie przepuszczają nikogo. Im przecież pewnie nie jest ciepło, klimatyzacja działa. Im się spieszy bardziej. 

Poczucie, że jesteśmy w tym razem, szybko znika. Wiadomo, że nie jesteśmy, nie byliśmy i nie będziemy, ale przyjemnie było mieć złudzenia. Chociaż przez chwilę. 

REKLAMA

Awaria w centrum miasta to i tak pikuś przy tym, co działo się na dworcach, na torach, nawet na drodze ekspresowej, która po prostu zaczęła się topić. Chce się napisać, że innego końca świata nie będzie, ale trochę to oklepane, banalne, może nawet zbyt przesadzone. 

A może właśnie nie? Może to, co nas czeka. Od awarii do awarii. Od większej do mniejszej. Niedziałające skrzyżowanie. Brak prądu w mieszkaniu. Zrujnowana podróż, godziny na rozgrzanym dworcu, ale też zamknięte muzeum czy knajpa. Byłem zaskoczony, ile miejsc nie działało w weekend. Zapowiedzi, że tak będzie, mieliśmy wcześniej, ale i tak skala była pewną niespodzianką. Pozytywną, bo dobrze, że ktoś zatroszczył się o pracowników. 

To jednak też sygnał, czego należy się spodziewać. Na wielu etapach - na każdym kroku? - utrudnienia. Niedogodności, czasem mniejsze, czasem większe. 

REKLAMA

I nie zmieni się jedno: próba pocieszenia się, że jak zrobi się chłodniej, to przynajmniej odetchniemy. Tyle i aż tyle.  

Zdjęcie główne: Oliverouge 3 / Shutterstock

REKLAMA
Adam Bednarek
Redaktor

„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA