Bankowość / Felieton

Zgubiłem wszystkie karty płatnicze. Czekając na nowe przekonałem się, że życie z gotówką to koszmar

632 interakcji
dołącz do dyskusji

Zgubiłem karty płatnicze. Tzn. nie zgubiłem, ale myślałem, że zgubiłem. Ostatecznie na jedno wyszło, bo plastiki zastrzegłem i zamówiłem nowe. Mój tydzień z gotówką to koszmar.

Nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy po otrzymaniu wypłaty biegną do bankomatu, by wyjąć gotówkę, a potem przez cały miesiąc płacą za wszystko banknotami i monetami. Sam działam dokładnie odwrotnie. W sklepach stacjonarnych płacę najczęściej za pośrednictwem Apple Pay (a wcześniej zbliżeniowo, kartą). Rzadko kiedy mam przy sobie żywy pieniądz.

Mam kolegę, który pewnego dnia konfidencjonalnym tonem oświadczył, że jestem niepoważny i nie dbam o swoją prywatność. Bo przecież bank wie o mnie wszystko. Że byłem w aptece, sklepie spożywczym, a nawet toalecie publicznej, bo w niektórych tego typu przybytkach można płacić zbliżeniowo.

Popatrzyłem na kolegę z mieszaniną politowania oraz szyderczej radości i zapytałem go, czy zdaje sobie sprawę, jakie informacje udostępnia Facebookowi, z którego namiętnie korzysta. Zamieszcza zdjęcia z urlopu, romantycznych kolacji i działań artystycznych jego dzieci, smarujących sobie twarze jedzeniem w niemym proteście, czy też w ramach happeningu. Kolega zamilknął. Coś tam jeszcze burczał pod nosem o bezpieczeństwie transakcji. Zbyłem te pojękiwania milczeniem.

Nieco racji ów człowiek oczywiście miał. Nie jestem naiwny i zdaje sobie sprawę, że mój bank nie kategoryzuje wydatków kartą i online dla mojej przyjemności oraz po to, bym wiedział, ile wydałem na wyjścia i wydarzenia, żywność i chemię domową czy przejazdy. Sposób wydawania przeze mnie pieniędzy to świetny punkt wyjścia, by zaproponować mi konkretne produkty finansowe i wskazać odpowiednich partnerów, np. w ramach programów lojalnościowych. Mój bank ma jednak ze mną taki problem, że odmówiłem zgody na marketing we wszystkich kanałach: przede wszystkim telefonicznym, dlatego nie bardzo ma jak te propozycje przedstawiać, poza zwykłą reklamą typu display. Niemniej narzędzia do stawiania diagnozy moich finansów ma potężne.

Wróćmy do zgubionych kart płatniczych.

Było ich kilka, w trzech różnych instytucjach finansowych. Wszystkimi można było płacić zbliżeniowo, więc niezwłocznie zablokowałem je i zamówiłem nowe. Nie miałem nadziei na odzyskanie, bo połączyłem fakt zgubienia z konkretnym miejscem i wróżyłem kłopoty, gdyby karty były aktywne podczas dłuższych poszukiwań. W jednym z banków konsultant zapytał nawet, czy chcę permanentnie zablokować plastiki. Będąc przekonanym o ich wieczystej utracie, zgodziłem się.

Kilka dni później karty się znalazły. W bezpiecznym miejscu, w którym nigdy bym ich nie szukał. Cóż z tego, skoro mogę wyrzucić je do śmieci?

Czekając na przesyłkę postanowiłem wziąć byka za rogi i eksperymentalnie pomęczyć się z gotówką. Mógłbym przestawić się choćby z Blika, ale zdecydowałem się wrócić do korzeni z premedytacją. By zobaczyć znowu „jak to jest?”.

Życie z gotówką w kieszeni to może nie koszmar, ale co najmniej utrudnienie.

Żona mnie często przywołuje do porządku, zwracając uwagę, że słowa takie jak dramat, koszmar czy tragedia, nie nadają się do opisu drobnych życiowych niedogodności. Ma rację. Za każdym razem jednak, gdy sięgam do kieszeni po portfel, zaczynam w nim grzebać w poszukiwaniu banknotów lub próbuję wyciągnąć z kieszeni monety, by odliczyć żądaną kwotę, mam ochotę krzyczeć.

Nawet mój portfel nie jest przystosowany do płacenia gotówką. To jeden z tych cienkich minimalistycznych produktów, które mają służyć za etui do kart płatniczych, rabatowych czy dowodu osobistego. Zmieszcą się w nim 2-3 banknoty, ale na monety miejsca brak.

Efekt jest taki, że przy sklepowej kasie stoję średnio dwa razy dłużej niż zwykle, najpierw poszukując pieniędzy, potem je odliczając, a uprzednio wypłacając je z bankomatu.

Złamałem się już kilkakrotnie w moim postanowieniu i wybrałem Blika. Przy całym moim szacunku dla tego standardu i jego ekspansji na rodzimym rynku, uważam go za mniej wygodne rozwiązanie przy płatnościach w sklepach stacjonarnych. Na co dzień bowiem, gdy korzystam z Apple Pay, wygląda to tak, że płatność zajmuje mi około 2-3 sekund i wymaga trzech ruchów: wyciągnięcia iPhone'a, dwukrotnego naciśnięcia bocznego przycisku telefonu, po którym następuje w ułamku sekundy autoryzacja za pomocą Face ID i przyłożenia urządzenia do terminala. Blik wymaga zalogowania się do aplikacji banku, wygenerowania kodu transakcji i podania go. Poza tym dwa czy trzy razy zdarzyło mi się zobaczyć bezbrzeżne zdziwienie kasjerki, która na słowa „zapłacę Blikiem” zamknęła się w sobie i miała problemy z artykulacją. Niezapomniane, ale i zniechęcające przeżycie.

Jedno jest pewne - zarówno Apple Pay (czy Google Pay) jak i Blik mają potężną zaletę: nie wymagają grzebania w kieszeniach, odliczania kwoty, szukania końcówki, czekania na resztę.

Przy okazji zguby, która jednak zgubą nie była, zacząłem bacznie przyglądać się, w jaki sposób korzystam z usług bankowych.

Dziś pieniędzmi zarządzam w 90 proc. ze smartfonu, rzadko korzystając z serwisu transakcyjnego w przeglądarce. Zakupy również robię na iPhonie czy iPadzie. Szybkie przelewy online czy Blik pozwalają mi płacić bez konieczności żmudnego przepisywania czy przeklejania numeru konta, autoryzowania przelewu itp. Czekam też z niecierpliwością na Apple Pay w płatnościach online w polskich sklepach.

W aplikacji realizuję również płatności cykliczne. Paradoksalnie w tym przypadku świadomie zdecydowałem nieco rzecz utrudnić. W domowym zaciszu, przy herbacie, pod kocem i w kapciach mogę sobie na to pozwolić. Zamiast systemu zleceń stałych czy poleceń zapłaty korzystam z dobrze opracowanej siatki przelewów zdefiniowanych. Dlaczego? Bo daje mi to większą kontrolę nad wydawaniem pieniędzy z jednej strony i świadomość wysokości poszczególnych wydatków z drugiej.

Problemy pierwszego świata.

W tym określeniu jest sporo pogardy, dlatego często pojawia się jako jej przejaw w komentarzach. Tych pisanych często ze smartfonów, czyli urządzeń, które jak żadne inne rozleniwiły nas, oferując zarządzanie wieloma aspektami życia z poziomu kilkucalowych ekranów. Jesteśmy z gruntu leniwi, a przynajmniej lubimy wygodę, o czym świadczy właśnie recepcja zakupów czy płatności online.

Gdy bywam w Niemczech, zawsze niezmiernie dziwi mnie fakt, że w tak wielu sklepach mogę płacić tylko gotówką. W ubiegłym roku zszedłem dobre kilka kilometrów ulicami Berlina, by znaleźć sklep akceptujący płatności bezgotówkowe. W Polsce wydaje się to nieprawdopodobne. Długo też zapamiętam scenę, gdy w berlińskim dyskoncie kasjerka wyrwała mi kartę z ręki, gdy chciałem zapłacić zbliżeniowo i przyłożyła ją do terminala.

Cieszę się, że w kraju mój smartfon w zupełności wystarczy, by robić zakupy online, a także w sklepach stacjonarnych. By realizować przelewy. Innymi słowy, by robić wszystko to, co kiedyś wymagało stania w kolejce do okienka czy grzebania w kieszeniach w poszukiwaniu gotówki.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst