1. SPIDER'S WEB
  2. Technologie
  3. Tech

Kto powinien się bać cyfrowego cienia?

Mateusz Nowak zwrócił ostatnio uwagę na zagadnienie cyfrowego cienia kończąc swój wywód tak: żyjmy tak, aby nasz cyfrowy cień nigdy nie był powodem do smutku i wstydu. Czego sobie i Wam życzę. Mateusz komentował notkę "Cyfrowy cień nad światem", dla której inspiracją była z kolei książka autorstwa Erica Schmidta i Jareda Cohena. Poruszony temat jest ciekawy, szkopuł jednak w tym kto go inspiruje. Bo jeśli o problemach cyfrowego cienia mają dyskutować ci, którzy na nim zarabiają miliardy dolarów, to coś mi tu nie pasuje.

Kto powinien się bać cyfrowego cienia?

Eric Schmidt to "trzeci bliźniak" w Google'u. Dwójka legendarnych założycieli Brin i Page wzięła go do Google'a, by prowadził im firmę i przy okazji uczył jak to się robi. Przez dekadę - pomiędzy 2001 a 2011 r. Schmidt pełnił funkcję CEO Google. W tym czasie z dostawcy najlepszej wyszukiwarki internetowej w Sieci, Google stał się hegemonem całego internetu i jednym z czwórki głównych rozdających karty na rynku technologicznym.

Jared Cohen z kolei to dziennikarz, pisarz i naukowiec, który również związany jest z Google za pośrednictwem think-tanku Google Ideas, który Cohen stworzył, a Google finansuje. Głównym zadaniem Google Ideas jest konfrontacja z myślą, że wkrótce do 2 miliardów ludzi online dołączy kolejnych 5 miliardów, a to będzie niosło ze sobą gigantyczne konsekwencje.

Trudno obu panów zaliczyć do najbardziej niezależnych postaci,

zważywszy na to, że oferując swoje usługi w Sieci w większości za darmo, Google korzysta z "big data", czyli ogromu informacji generowanych przez użytkowników tych usług. Darmowość korzystania z usług Google równa się zgodzie na to, że generowane przez nas informacje mogą być przetwarzane w celach - ogólnie mówiąc - marketingowych.

Anonimowość jednostki w "big data", którą tak często podpiera się Google można w prosty sposób podważyć - skoro zbierane są informacje na temat jednostki, to ktoś bardzo zdeterminowany może do nich dotrzeć. I już dociera. Każdego roku na żądanie różnych instytucji Google udostępnia setki tysięcy jednostkowych danych. A to dopiero początek.

Całkiem niedawno Eric Schmidt spowodował medialną zawieruchę, gdy stwierdził, że po osiągnięciu wieku pełnoletności, młodzi ludzie powinni zmieniać nazwiska. To po to, by odciąć się właśnie od cyfrowego cienia, czyli nierzadko kompromitujących informacji na nasz temat, które w ciągu pierwszych szaleńczych lat życia pojawiają się w Sieci.

Pomysł Schmidta jest nie tylko karkołomny z psychologicznego punktu widzenia. Jest także zastanawiający ze względu na to, że to Eric Schmidt był jednym z tych, którzy walnie przyczynili się do tego, że współczesny internet funkcjonuje tak jak funkcjonuje.

W ostatnim czasie czuję spory przesyt serwisami społecznościowymi.

Coraz częściej bardziej niż aktywnym, jestem ich pasywnym użytkownikiem. Wciąż sporo czytam, wciąż kolosalną ilość informacji przyswajam, lecz sam coraz mniej tworzę, rzadziej się udzielam. To wynik dostosowania do nowej sytuacji związanej z obecnością mojej osoby w Sieci. Może zabrzmi to nieskromnie, ale wraz z rosnącą popularnością Spider's Web zwiększa się również polaryzacja nastrojów wokół niego, a osoby go tworzące - czyli między innymi ja - narażone są na większą liczbę komentarzy niekoniecznie li tylko związanych z wykonywaną pracą. Obok głosów zachwytu, poklepywania po plecach pojawiają się też niewybredne obelgi, paszkwile, ironia i zwykła zawiść połączona z nienawiścią.

Nie bronię się przed tym. Rozumiem ten medialny mechanizm, lecz w związku z tym zmieniam swoją postawę. Zawijam swój cyfrowy cień. Powstrzymuję odpowiedź na hejt, nie rzucam się w wir internetowych potyczek na słowa, nie dementuję głupot, nie komentuję, nie walczę. Po części wymusza to na mnie sytuacja. Zmienia się także moje postrzeganie mojej rzeczywistości - docieram dziś do znacznie szerszego grona osób niż dwa, czy trzy lata temu, więc i do mnie docierają odpowiedzi, sygnały od znacznie szerszego grona odbiorców. Nie na wszystko i na wszystkich mam czas, nierzadko również ochotę. By iść do przodu muszę selekcjonować informacje, odrzucać te, które kradnąc mój czas nie sprawiają, bym dalej się rozwijał.

I myślę, że

każdy musi dojrzeć do tego, w jaki sposób chce w Sieci funkcjonować

Dla jednych będzie to ciągła impreza i jej dokumentowanie w ujęciu społecznościowym, dla innych ciągła rozrywka w postaci kilkunastu godzin na dobę spędzonych z grą, dla jeszcze innych okazjonalna fotka z wakacji w Ciechocinku lub kompletne społecznościowe milczenie. I wcale nie trzeba się bać cyfrowego ogona, ani tym bardziej zmieniać tożsamości, bo Sieć jest odzwierciedleniem tego, jacy jesteśmy lub jacy chcemy być.

I wydaje się, że dla kogoś, kto będzie chciał nas lustrować w Sieci bardziej zastanawiające będą luki, nieudokumentowane przerwy w cyfrowym życiu, aniżeli zbetonione zdjęcie z imprezy, czy kilka kurew rzuconych w komentarzach na internetowym forum. Ba, dobrze udokumentowany cyfrowy cień może sprawić, że będziemy atrakcyjniejsi - maniakalny gracz może łatwiej dostać pracę w studiu tworzącym gry, nałogowy imprezowicz odnajdzie miłość swojego życia w innym imprezowym nałogowcu, a fotka z wakacji w Ciechocinku sprzed 10 lat może stać się przyczynkiem do wspaniałej sieciowej wymiany zdań.

Wszelkie próby sztucznej ingerencji w cyfrowy cień w mojej ocenie wydają się być naznaczone niezrozumieniem tego, czym jest współczesny internet. Szczególnie dziwnie brzmi to w ustach ludzi, którzy sami współczesny internet tworzyli, a dziś zarabiają na nim miliardy dolarów.

Nie ufałbym im zbytnio.