Położona w Alpach, w obszarze Salzkammergut, niewielka austriacka miejscowość Hallstatt przez wieki cieszyła się spokojem typowym dla odosobnionej, górskiej osady, pełniąc funkcję sypialni dla pracowników miejscowej kopalni soli. Aż do momentu, gdy ktoś zorientował się, że malownicza wioska wygląda jak żywcem wyjęta z pocztówki, co zapoczątkowało napływ turystów.
Rosnąca popularność Hallstatt sprawiła, że miejsce to trafiło w 1997 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W 2006 miasteczko pojawiło się w koreańskim serialu Wiosenny Walc i stało się hitem wśród turystów z Azji, a rozciągający się z brzegu górskiego jeziora krajobraz zyskał miano najbardziej fotogenicznego widoku na świecie. W 2011 Chińczycy wybudowali u siebie jego dokładną replikę. W 2013 zaś ktoś rozpuścił plotkę o tym, że tamtejsze okolice posłużyły jako inspiracja dla twórców animowanego filmu Frozen. Wszystko to sprawiło, że zamieszkane przez ok. 800 osób Hallstatt od lat – wyłączając jedynie okres pandemii – przeżywa prawdziwe oblężenie, przyjmując dziennie nawet 10 tys. odwiedzających.
Cena sukcesu
Pierwszym widocznym sygnałem niezadowolenia lokalnej społeczności były tabliczki ostrzegające przed wchodzeniem na prywatne działki. Apogeum nastąpiło w 2023, kiedy w miejscu, z którego tysiące osób każdego dnia robią pamiątkowe selfie, stanął… drewniany płot zasłaniający widok.
"Byłem tam kilkukrotnie: w okolicach 1990, pod koniec lat 90. i w 2021" – pisze blogger QuastQuan.
"Za pierwszym razem było to mało znane i naprawdę czarujące miejsce. Dwa lata temu zastałem je kompletnie już zalane ludźmi, napakowane kramami dla turystów. Co zwróciło moją uwagę, to mnóstwo tablic z napisem zakaz wejścia, teren prywatny, co pokazuje, że wielu przyjezdnych myśli, że Hallstatt to park rozrywki" – dodaje.
Po gorącej dyskusji płot zasłaniający ikoniczny widok usunięto. Ale los Hallstatt jest symptomatyczny dla wielu innych miejsc, które padły ofiarą własnego sukcesu. Według raportu Komisji ds. Transportu i Turystyki Parlamentu Europejskiego 80 proc. podróżnych na świecie odwiedza zaledwie 10 proc. miejsc o potencjale turystycznym, co tworzy ogromną presję na najpopularniejsze miasta i regiony. Badanie World Tourism Barometer zaś pokazało, że rok 2025 przyniósł rekordowe 1,52 miliarda międzynarodowych podróży (wzrost o ok. 60 mln względem 2024).
Rekordy bije też Polska. Zgodnie z danymi GUS w ubiegłym roku z bazy noclegowej w naszym kraju skorzystało 39,6 mln turystów, co stanowi wzrost o blisko 10 proc. względem 2024 i plasuje nas na drugim miejscu w Europie, tuż po Malcie, pod kątem rozwoju bazy turystycznej.
Popularność staje się przekleństwem dużych metropolii, małych miasteczek i obszarów pozamiejskich. Na tej liście znajdziemy zarówno Barcelonę, Wenecję, Malagę, wyspę Bali czy Paryż, ale i Kraków, Gdańsk czy Tatry z zadeptywanymi w sezonie Rysami, Gubałówką i Giewontem.
– Gdy wspomnimy o tym, że w polskich górach jest za dużo ludzi, odzywają się głosy krytyczne mówiące, że zabraniamy komuś tam bywać albo że autor takiej wypowiedzi jest klasistą dzielącym turystów na lepszych i gorszych, więc nie jest to łatwy temat – mówi Szymon Fatla, przewodnik tatrzański. – W mojej opinii jednak faktycznie w Tatrach ten problem występuje. W innych górach bywa spokojniej, natomiast u nas ruch turystyczny przybiera rozmiary niespotykane w żadnym innym obszarze tego typu.
Popularność może stać się przekleństwem turystycznych miejsc fot. Shutterstock / Nataliia Kulikovska
W 2025 roku Tatrzański Park Narodowy odwiedziło ponad pięć milionów ludzi. Przy czym powierzchnia tego terenu to niespełna dwieście kilometrów kwadratowych. Jak zauważa Fatla, w sezonie intensywny ruch trwa praktycznie od świtu do zmierzchu, a sam sezon cały czas się wydłuża, co mocno zaburza funkcjonowanie zwierząt żyjących w parku, które mają coraz mniej czasu na normalne funkcjonowanie.
Po raz kolejny historia pokazuje, jak w praktyce działa koncepcja tragedii wspólnego pastwiska, autorstwa Garetta Hardina. Kiedy wielu korzysta ze wspólnego zasobu, każdy z nich egoistycznie i zupełnie naturalnie dąży do maksymalizacji swoich zysków. Wszyscy drenują zasób tyle, ile się da, ostatecznie niszcząc go bezpowrotnie.
Zrównoważona, czyli jaka?
Historia płotu z Hallstatt to opowieść o rosnącym problemie overtourism (czyli zbyt dużą liczbą turystów), ale i o tym, w jaki sposób najczęściej próbuje się go rozwiązać. W wielu miejscach wygląda to tak samo: czekanie do ostatniej chwili, aż lokalsi albo działacze wywrą presję na władzy, a ta przylepia w desperacji plasterek na rozległą już i krwawiącą obficie ranę.
Można odnieść wrażenie, że większość dyskusji na ten temat ma charakter czysto powierzchowny. Są bardziej rytuałem odhaczania niż faktyczną refleksją nad problemami i nierzadko ograniczają się do prostego rozwiązania: wprowadzić zrównoważoną turystykę. No i dziękuję, można się rozejść.
Ale właściwie co to takiego?
Światowa Organizacja Turystyki przy ONZ definiuje zrównoważoną turystykę jako turystykę, która bierze pełną odpowiedzialność za obecny i przyszły ekonomiczny, społeczny oraz środowiskowy wpływ, odpowiadając jednocześnie potrzebom zwiedzających, przemysłu, środowiska oraz lokalnej społeczności.
W Glosariuszu WTO czytamy dalej, że filozofia ta zakłada "optymalne wykorzystanie zasobów naturalnych, utrzymanie kluczowych procesów ekologicznych oraz bioróżnorodności, jak i szacunek dla społeczno-kulturowej autentyczności lokalnych wspólnot, zachowanie dziedzictwa, wartości"... i tak dalej, i tak dalej. Wyliczanka pustych frazesów ciągnie się jeszcze przez kolejne akapity, które nie dają żadnego konkretnego obrazu.
Im dłużej spogląda się w tę toń, tym wyraźniej widać jak płytkie jest jej dno. No bo cóż to oznacza? Jakie wykorzystanie zasobów jest optymalne? Optymalne dla kogo? Kto i na jakiej podstawie decyduje, które procesy zachodzące w środowisku naturalnym są kluczowe? W jaki sposób mierzyć realną skuteczność takich działań? Takich szczegółów definiujący nie podają.
Granie hasłem "zrównoważona turystyka" jak kartą bijącą wszystkie inne może być zdradliwe. Jak pisze Vicky Smith z fundacji Earth Changers w dyskusji krąży obecnie mnóstwo bliskoznacznych, ale nie tożsamych pojęć, błędnie używanych w sposób wymienny. Mamy ekoturystykę i zieloną turystykę, odpowiedzialną turystykę, świadomą turystykę, zrównoważoną turystykę, odpowiedzialną turystykę, slow turystykę, etyczną turystykę, geoturystykę i tak dalej, i tego typu podobne. Rozmnożenie terminów i rozmycie znaczeń sprzyja, zdaniem Smith, uprawianiu pustosłowia i stosowaniu PRowej mowy-trawy w debacie o poważnych problemach lokalnych gospodarek.
Mogłoby się wydawać, że klarowną definicję tego, czy zrównoważona turystyka jest, a czym nie jest sporządziła instytucja, która ma za zadanie wspierać polską turystykę i odpowiedzialne podróżowanie za nasze pieniądze, czyli Ministerstwo Sportu i Turystyki. MSiT robi to m.in. poprzez system dotacji i inwestycji w ramach corocznego programu Wspierania Turystyki, w którym wspieranie zrównoważonej turystyki stanowi jeden z czterech kluczowych obszarów. Resort prowadzi również programy Inwestycje w Zieloną Infrastrukturę i Polskie Szlaki Turystyczne, a od maja 2026 nadzoruje wdrożenie rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2024/1028 nakazującego rejestrację lokali wynajmowanych w trybie krótkoterminowym.
Ale analizując oficjalne kanały komunikacji MSiT widzimy, że najczęściej traktuje ono pojęcie "zrównoważonej turystyki" apriorycznie, w zasadzie bezkrytycznie przyjmując szablon wypracowany przez Światową Organizację Turystyki. Używa gotowej zbitki pojęciowej, pisząc o "zrównoważonej turystyce uwzględniającej aspekty środowiskowe, społeczne i demograficzne". Zapytałem zatem wprost biuro komunikacji oraz rzecznika ministerstwa o to, jak rozumieją ten termin, prosząc jednocześnie o wyjaśnienie jakie kryteria musi spełnić projekt, aby uznano go za zrównoważony.
– Program Wspierania Turystyki 2026 został przygotowany zgodnie z kierunkami krajowej polityki turystycznej oraz międzynarodowymi rekomendacjami w zakresie zrównoważonego rozwoju turystyki – odpowiada wymijająco Biuro.
– W ramach programu wspierane są projekty, które wpisują się w jego cele i priorytety, a ich ocena odbywa się na podstawie kryteriów określonych w dokumentacji konkursowej. Analizowana jest przede wszystkim zgodność projektu z założeniami programu, jego jakość merytoryczna oraz potencjalny wpływ na rozwój turystyki – dodają.
Z odpowiedzi tej nie wynika nic sensownego. Gdy idąc za sugestią zawartą w odpowiedzi, zajrzymy do regulaminu tegorocznej edycji konkursu, możemy znaleźć trochę więcej konkretu. Według tych zapisów zrównoważoność to odpowiedzialne zarządzanie ruchem turystycznym, rozwój oferty całorocznej czy minimalizowanie “presji turystycznej”.
Dodatkowo w dokumentacji wyszczególniono osiem mniejszych elementów. Część z nich, np. tworzenie i promocja ofert pozasezonowych czy wdrażanie narzędzi do monitorowania ruchu turystycznego, jest całkiem rozsądna. Pozostałe jednak - szkolenia i warsztaty, implementacja "dobrych praktyk" (czyli jakich?) z zagranicy, tworzenie katalogów, czy opracowywanie systemów certyfikacji (przy jednoczesnym brak ich uniwersalnego standardu), pozostają na dużym poziomie ogólności. Albo budzą wątpliwość co do tego, czy są w stanie faktycznie coś wskórać. Brak też informacji o tym, dlaczego akurat te kryteria zostały wyszczególnione.
Dobre intencje to za mało
To dopiero pierwsza runda pojedynku na uniki. O ile po długich poszukiwaniach możemy znaleźć częściowe wyjaśnienie samego terminu, o tyle kwestię mierzenia efektów finansowanych działań traktuje się jeszcze bardziej po macoszemu. Ktoś mógłby słusznie powiedzieć, że nie ma sensu czepiać się definicji i słów, skoro mamy czyny, które przynoszą efekt. Tylko że nie przynoszą. A może i przynoszą. Nie wiadomo.
– Program (Wspierania Turystyki - przyp. red.) obejmuje szeroki katalog działań odpowiadających na zróżnicowane potrzeby sektora turystycznego – informuje nas MSiT. – Efekty realizowanych projektów są monitorowane zgodnie z zasadami programu, a ich ocena uwzględnia osiągnięte rezultaty oraz prawidłowość wykorzystania środków publicznych. Program nie jest jednak narzędziem służącym do bezpośredniego pomiaru wpływu na poziom emisji CO₂ czy zjawiska overtourismu w skali kraju.
Efektów działań zrównoważonej turystyki nikt nie rozlicza fot. Shutterstock / Lubov Sol
A zatem resort przyznaje wprost, że finansowanie tak zwanej zrównoważonej turystyki, domyślnie mającej rozwiązać problem szkodliwego wpływu overtourismu na miasta czy środowisko, nie przewiduje żadnego mechanizmu sprawdzania skuteczności projektów, za które płaci. Na końcu dodaje, że przy planowaniu kolejnych wydatków będzie opierać się na danych zewnętrznych: Głównego Urzędu Statystycznego, Polskiej Organizacji Turystycznej oraz Eurostatu.
Interesariusz, który otrzymał środki, musi w ramach rozliczenia przedstawić bezpośredni efekt dotacji. Czyli jeżeli projekt zakłada dofinansowanie na postawienie tablic informacyjnych, to wystarczy postawić tablice informacyjne. Mniejsza o to, czy pomoże to florze i faunie w regionie lub pozwoli rozładować ruch turystyczny. To oczywiście hiperbola, bo oddać należy fakt, że na liście wygranych są projekty, które wyglądają obiecująco, jak choćby wytyczanie ścieżek i szlaków czy opracowanie i wdrożenie systemu rejestracji ruchu turystycznego. Nadal jednak nie mamy żadnych narzędzi, by zbadać ich skuteczność.
Dodatkowo przedstawiciele branży turystycznej krytycznie oceniają samą wysokość dotacji. W konkursie na rok 2026 przyznano łącznie 12 600 000 zł do podziału między 69 projektów. Jak wskazuje Barbara Czerwińska-Albin w Wiadomościach Turystycznych, podczas gdy MSiT na programy sportowe (takie jak "Aktywność dla każdego") przeznacza ponad 100 mln złotych, a na organizację samych imprez międzynarodowych w 2026 roku 44,9 mln złotych, 12,6 mln dla turystyki nie imponuje. Tym bardziej, że na wsparcie działań z zakresu odpowiedzialnej turystyki resort przeznacza jedynie czwartą część tej kwoty.
Wątpliwości budzą również kryteria przyznawania środków i nietransparentność decyzji, czego wyraz widać chociażby w komentarzach na fejsbukowym profilu resortu. Nie ma oficjalnego uzasadnienia, dlaczego wybrano te projekty, a nie inne i dlaczego 155 zaopiniowano negatywnie, a 176 odrzucono z przyczyn formalnych.
Niemierzalność skuteczności uzdrawiania turystyki to nie tylko polska przypadłość. Autorzy raportu Komisji Europejskiej Stock-taking study of the co-implementation of Transition pathway for Tourism and EU Agenda 2030 wskazują na liczne ułomności inicjatyw z zakresu sustainable tourism w programach realizowanych w czterech krajach: Niemczech, Francji, Hiszpanii i Portugalii.
Większość zarzutów zawartych w dokumencie można zawęzić do jednego: dobrze radzicie sobie z organizacją konferencji i szerzeniem świadomości na temat wyzwań współczesnej turystyki, ale nie przekłada się to na realne działania. Jak podkreślają badacze, społeczeństwo oraz biznes są już mniej lub bardziej świadome. Obszary wskazywane jako wymagające dalszych prac to wsparcie legislacyjne czy technologiczne dla organizacji publicznych i przedsiębiorców z branży.
Cwaniacy w zielonym tramwaju
Sama idea mądrego gospodarowania przestrzenią i zasobami tak, byśmy mogli z niej korzystać, ale jej nie zniszczyli, jest jednoznacznie słuszna. Wątpliwości co do tego nie ma Zuzanna Długosz, przewodniczka i twórczyni projektu Baba z Gór, która mówi o budowaniu odpowiedzialności w kontekście turystyki górskiej w Polsce.
– Rozmowy o zrównoważonym podróżowaniu i działania w kontekście gór są niezwykle cenne – uważa Długosz. – Ograniczenia ruchu turystycznego czy obwarowania inwestycyjne mogą uchronić (rejony górskie - przyp. red.) przed nieodwracalnymi zmianami. Edukacja środowiskowa jest istotna, aby łatwiej zrozumieć postępowanie decydentów chroniących nasz wspólny świat przyrody. Tworzenie przestrzeni do słuchania i uczenia się zawsze są potrzebne.
– Wśród osób, które mogą posłużyć za inspirację prowadzenia zrównoważonego rozwoju w turystyce są Bożena Kotońska i Rafał Szkudlarek – mówi przewodniczka.
– Oboje uczą odpowiedzialnego myślenia o świecie przyrody. Pani Bożena zwróciła kiedyś uwagę w pewnym magazynie, że edukacja przyrodnicza w Polsce kończy się na trzeciej klasie szkoły podstawowej. A przecież to ważne, abyśmy poznawali świat natury, bo planując kolejne inwestycje, ingerujemy w przyrodę, która jest naszym domem. Rafał zaś ze swoim zespołem promuje holistyczne podejście do ochrony przyrody jako całości.
Jak jednak zaznacza przewodniczka, niekiedy pod płaszczykiem dobrych intencji wylewa się dziecko z kąpielą albo nawet przemyca prywatny interes. Są działania, które chronią naszą wspólną przestrzeń jednocześnie spełniając potrzeby turystów i spotykają się ze zrozumieniem z ich strony. Jest jednak wielu graczy i podmiotów, które prowadząc inwestycje szukają kruczków prawnych i realizują swoje biznesowe cele. Kluczowe jest odpowiednie opracowanie projektu. A to nie zawsze się zdarza.
Kaitlyn Brajcich z Sustainable Travel International pisze o nowej formie greenwashingu, udającego zrównoważony rozwój, wkradającego się do turystyki. Jedną z najczęstszych jego form, twierdzi Brajcich, są "eko-hotele", obiekty reklamowane jako zarządzane odpowiedzialnie, o niskiej szkodliwości dla środowiska, które w rzeczywistości generują podobną ilość odpadów i zanieczyszczeń, co ich tradycyjne odpowiedniki.
Liczba turystów rośnie niezależnie od wprowadzenia rozwiązań zrównoważonej turystyki fot. Shutterstock / Svetlana Kazarina
Za przykład działaczka podaje prężny biznes "ekologicznych" baz noclegowych w Tulum, w Meksyku. Przybierające rozmiar małych miasteczek dla turystów, określane mianem eco-friendly, w rzeczywistości spuszczają ścieki prosto do okolicznych rzek i używają najzwyklejszych agregatów na ropę.
Innym przejawem podobnej ściemy są patoschroniska i pseudosanktuaria dla zwierząt, popularne szczególnie w Tajlandii. Zdarza się, że placówki funkcjonujące teoretycznie po to, by dać drugi dom porzuconym, chorym i rannym stworzeniom, prowadzą regularną hodowlę i tresurę, ściągając później rzesze turystów.
Lista możliwości jest długa i istnieje niemała szansa, że każdy z nas spotkał się z podobnymi praktykami osobiście. Widmowa segregacja i recykling odpadów, rzekome wspieranie lokalnej społeczności poprzez organizowanie "autentycznych" doświadczeń kulturowych lub powszechne już informowanie potencjalnych klientów albo hotelowych gości o tym, że pomagają chronić planetę, jeśli nie oddadzą do prania ręczników i pościeli.
Niejeden cwaniak ma chrapkę wskoczyć do zielonego tramwaju i przejechać się nim na gapę. Szczególnie, że część z tych projektów jest dotowana z różnego rodzaju grantów i programów wsparcia tworzonych w celu wspierania odpowiedzialnego podróżowania.
Wykluczenie i zmęczenie
Kolejnym wypaczeniem działań prowadzonych pod sztandarem zrównoważonej turystyki jest tak zwana zielona gentryfikacja lub zielone wykluczenie. Jak wyjaśniają badacze z Barcelona Laboratory for Urban Environmental Justice and Sustainability, zjawiska te zachodzą, gdy zmiany wprowadzane w imię ochrony przestrzeni miejskiej lub środowiska godzą w istotny interes poszczególnych grup, najczęściej osób najbiedniejszych. Co prawda zjawiska te dotyczą wielu obszarów naszej rzeczywistości, ale w przypadku branży travel ich skutki widać równie wyraźnie, co chociażby w kontekście projektowania miast. Najczęściej jest to wynik niezbyt przemyślanych kroków podejmowanych ad hoc wtedy, gdy problem overtourism jest tak duży, że nie można przymykać na niego oczu.
W Wenecji, która stała się symbolem przeludnienia turystycznego, wprowadzono szeroko komentowany system opłat za wstęp do zabytkowej części miasta dla gości jednodniowych, czyli osób, które nie wykupiły przynajmniej jednego noclegu, pobieranych w wysokim sezonie. Jak można się było jednak spodziewać, cena 5 euro (10, gdy kupujemy bilet na ostatnią chwilę) nie okazała się zaporowa. Ba, liczba przybywających zwiększyła się i zwiększa nadal rok do roku. Część zarobionych pieniędzy jest przeznaczana na konserwację miasta, ale dla jego mieszkańców stanowi to marne pocieszenie.
Susanna Polloni, aktywistka z grupy Rete Solidale per la Casa, skarży się na łamach magazynu Fortune, że choć stali rezydenci są wyłączeni z konieczności opłat, to ciągłe udowadnianie faktu bycia jednym z nich jest uciążliwe. Dodatkowo dopiero od niedawna abolicja objęła wszystkich mieszkańców regionu Wenecji Euganejskiej.
Przez długi czas osoby spoza miasta, które chciały odwiedzić swoje rodziny w zabytkowym centrum, musiały płacić tak jak turyści. Ponadto system sprawdzania biletów tworzy wąskie gardła w punktach kontrolnych, generujących długie kolejki, w których nieraz pracownicy, studenci i mieszkańcy muszą stać razem z przyjezdnymi.
Zresztą podobnych paradoksów nie trzeba szukać daleko. Wprowadzenie bramek i biletów wstępu na zabytkowe sopockie molo było argumentowane między innymi potrzebą zmniejszenia liczby osób, które po nim spacerowały w celu ochrony obiektu. Różnica polega na tym, że molo jest o wiele mniejsze niż centrum zabytkowego miasta, więc w razie potrzeby faktycznie można zamknąć je czasowo, gdy ludzi jest za dużo. Poza nim jednak wszystko toczy się jak dotychczas. Tłumy na słynnym Monciaku są nadal nieodłącznym elementem lokalnego krajobrazu. Centrum Sopotu dla mieszkańców praktycznie nie nadaje się do życia od wiosny do jesieni. Opłata niewiele w tej kwestii zmieniła. Może poza tym, że biedniejszych rodzin nie stać żeby wejść na molo.
W tym samym roku, kiedy Wenecja zaczęła sprzedać bilety do miasta, rząd Peru pod pretekstem regulacji ruchu i usprawnienia dotychczasowego programu rezerwacji wejść do Machu Picchu wprowadził system Joinnus. Była to odpowiedź na wymagania UNESCO dotyczące ochrony zabytku.
Pierwsze kontrowersje pojawiły się tuż po wejściu projektu w życie, gdy okazało się, że peruwiańskie Ministerio de Cultura na czele z ministrą Leslie Urteagą podpisało ogromny kontrakt z prywatną firmą biletową należącą do dużej grupy finansowej Credicorp z pominięciem procedury przetargowej, tłumacząc się "wyjątkową pilnością". Krajowy Urząd Kontroli uznał ten ruch za nielegalny, a sama ministra o mały włos nie została odwołana.
To jednak nie koniec problemów w mieście Inków. Wprowadzenie Joinnusa spotkało się bowiem z protestami przewoźników, restauratorów czy hotelarzy, którzy zorganizowali tygodniowy protest, blokując całkowicie wejście do Machu Picchu. Nowe zasady przewidywały całkowity koniec sprzedaży biletów na miejscu, a wycieczki kupowane wcześniej online były organizowane tak, by móc upchnąć w ciągu dnia jak najwięcej ludzi - grupy miały podjeżdżać pod szlak, wejść na górę, zejść i odjechać. To oznaczało odcięcie miejscowych przedsiębiorców od źródła dochodu.
Teoretycznie na tym właśnie polega idea równoważenia turystyki: ktoś musi stracić, żebyśmy mogli chronić cenne dziedzictwo kultury lub środowisko. Ale tak jak w Wenecji, tak i w Andach liczba turystów po wprowadzeniu zmian… wzrosła. Machu Picchu w 2024 roku odwiedziło aż 1,5 miliona osób. Oznacza to wzrost o blisko 58 proc. w porównaniu do roku 2023, w którym odnotowano 950 tys. odwiedzających. Po długich sporach system Joinnus zastąpił państwowy Tu Boleta. Ponadto ustalono, iż 1000 biletów dziennie sprzedawanych będzie stacjonarnie, przy jednoczesnym zachowaniu całkowitych limitów 4500 wejść w sezonie niskim i 5600 w wysokim w ciągu doby.
Z rosnącym przeludnieniem turystycznym mierzy się także od lat Południowo-Wschodnia Azja i takie kraje jak Tajlandia. Tamtejsze władze mocno ograniczyły m. in. możliwość zwiedzania wysp Phi Phi ze słynną Maya Bay z filmu Niebiańska Plaża. Aby chronić ekosystem przez dwa miesiące w roku ruch całkowicie ustaje. Przez pozostałe 10 miesięcy usługi przewozowe mogą świadczyć jedynie zarejestrowane firmy, które zobowiązani są do korzystania z małych łódek i przestrzegania limitu czasu spędzanego przy brzegu. Nie mogą też wpływać bezpośrednio do Maya Bay.
W konsekwencji liczba osób odwiedzających samą zatokę rzeczywiście spadła, lecz wyspy Phi Phi notują pod tym względem kolejne rekordy. Restrykcje mające ograniczyć ruch turystyczny w regionie okazały się więc nie do końca skuteczne, a jednocześnie uderzyły w indywidualnych przewoźników, którzy musieli ustąpić miejsca większym podmiotom, będącym w stanie udźwignąć koszty. Te z kolei podniosły ceny usług, przerzucając koszty na klientów.
Maksymalizowanie zysków jest często głównym założeniem turystyki fot. Shutterstock / Anita van den Broek
Nie myślcie jednak, że to opowieść o wielkim spisku władz, które ramię w ramię w korporacjami wygryzają maluczkich, duszą zdrową konkurencję i zabijają ducha wolnego rynku. We wspomnianych badaniu Stock-taking study of the co-implementation of Transition pathway for Tourism and EU Agenda 2030, autorzy wykazali, że (przynajmniej w zachodniej Europie) wiele firm – także tych dużych – doświadcza “sustainability fatigue”, czyli zmęczenia prowadzeniem działań w imię równoważenia turystyki.
Jeśli działania te faktycznie przekładałyby się na rozładowanie overtourism, ulgę dla mieszkańców miast czy ochronę naturalnych zasobów, ten wysiłek miałby za wszechmiar sens. Ale nie wiemy, czy ma, bo nikt tego nie mierzy. A jak już mierzy, to wychodzi jak w memie z Bubblesem z Chłopaków z baraków, mówiącym: "Cholera, miało wyjść inaczej".
Od zrozumienia do działania
Zrównoważona turystyka, choć dziś potrzebna jak nigdy dotąd i wzniosła w swoim koncepcie, pozostanie nieskuteczna, jeśli nie zostanie zdefiniowana i skonkretyzowana. I nie jest to jakiś dęty akademicki fetysz. Bez tego działania mające chronić najpiękniejsze miejsca na planecie kończą jako strzały w powietrze a pieniądze wydawane na kolejne projekty są zwyczajnie przepalane. Nic dobrego nie przynosi też solucjonizm w postaci podsuwania prostych, a czasem prostackich rozwiązań, do skomplikowanego dość problemu overtourism.
– Nad Morskim Okiem pojawił się parę lat temu, całkiem dobry moim zdaniem, pomysł – opowiada Szymon Fatla. – Bilety do wjazdu na parking na początku szlaku sprzedawane są tylko przez internet. Gdy miejsca się wyczerpują, jedynym sposobem, by dojechać pozostaje komunikacja zbiorowa. Idea zacna, bo dzięki temu uporządkowano sprawę parkowania. Nie ma już, z małymi wyjątkami, samochodów ustawionych dziko przy drodze i korków. Ale czy zmniejszyło to w praktyce liczbę turystów? Niekoniecznie.
Wyjściem, które nie ogranicza turystom dostępu do atrakcji, a biznesowi zysków, może być rozłożenie ruchu w przestrzeni lub czasie. To ostatnie udało się chociażby wspomnianej Malcie, która według najnowszych danych Eurostatu jest obecnie najbardziej całorocznym kierunkiem turystycznym w Unii Europejskiej. Oznacza to, że liczba odwiedzających kraj jest rozłożona równomiernie w ciągu całego roku, a nie tylko w szczycie sezonu podczas letnich miesięcy - na lipiec i sierpień przypada około 22 proc. całego ruchu rocznego. To między innymi efekt promowania aktywności innych niż relaks na plaży.
– Jeszcze kilka lat temu Malta była postrzegana przede wszystkim jako kierunek letnich wakacji - podkreśla John Mary Attard, dyrektor regionalny Maltańskiej Organizacji Turystycznej na Polskę, Węgry i kraje bałtyckie. – Dziś jej oferta jest znacznie bardziej zróżnicowana. Oprócz plaż coraz większą rolę odgrywają kultura i historia sięgająca ponad 8 tys. lat, krótkie wypady, nurkowanie, aktywności outdoorowe, dziedzictwo militarne, gastronomia oraz podróże biznesowe – dodaje.
Ten przykład pokazuje, że dzięki odpowiedniej dywersyfikacji oferty i rozwojowi produktów turystycznych możliwe jest skuteczne ograniczanie wpływu sezonowości na ruch turystyczny. Przy czym pamiętać należy, że problemu overtourismu nie da się rozwiązać wszędzie za pomocą jednego sposobu. Takie solucjonistyczne podejście i stosowanie strategii "one size fits all" to klasyczna pułapka.
Jak wyjaśnia przewodnik Szymon Fatla w przypadku chociażby Tatr takie rozwiązanie jak promowanie innych regionów albo wydłużenie sezonu w celu rozładowania ruchu mija się z celem. – Tatry to jedyne góry w Polsce o charakterze alpejskim i zawsze będą popularne, szczególnie latem – mówi. – Choćby gdzie indziej inwestowano grube pieniądze w promocję, to nikt w kraju nigdy nie będzie realną konkurencją. Do tego dochodzi kwestia rozwiniętej infrastruktury. Pod Tatrami jest mnóstwo restauracji i obiektów noclegowych praktycznie na każdą kieszeń. Ponadto tutejsi mieszkańcy zawsze będą dążyć do tego, by turystów było jak najwięcej, bo to dla nich po prostu zysk. Dlatego w mojej opinii jedyny sposób, to zarządzać ruchem tutaj na miejscu.
Podejście solucjonistyczne zawsze jest też obciążone wadą w postaci strategii “one size fits all”. Jak wyjaśnia Fatla w przypadku Tatr takie rozwiązanie jak promowanie innych regionów w celu rozładowania ruchu mija się z celem.
– Tatry to jedyne góry w Polsce o charakterze alpejskim i zawsze będą popularne, choćby gdzie indziej inwestowano grube pieniądze w promocję, to nikt w kraju nigdy nie będzie realną konkurencją – mówi.
– Do tego dochodzi kwestia rozwiniętej infrastruktury. Pod Tatrami jest mnóstwo restauracji i obiektów noclegowych praktycznie na każdą kieszeń. Ponadto tutejsi mieszkańcy zawsze będą dążyć do tego, by turystów było jak najwięcej, bo to dla nich po prostu zysk. Dlatego w mojej opinii jedyny sposób, to zarządzać ruchem tutaj na miejscu – dodaje.
Jak uważa Zuzanna Długosz pomóc może też dobre rozpoznanie źródeł problemu i konsultacje z praktykami działającymi u podstaw.
– Myślę, że jest wiele sytuacji, w których przewodnicy mogą być ogniwem między decydentami a odbiorcami rozwiązań infrastrukturalnych – wyjaśnia. – Przemierzanie górskich szlaków, spotkania przyrodnicze czy odwiedzanie małych miejscowości pozwala z jednej strony usłyszeć głosy turystów, ale też popatrzeć na sprawę oczami mieszkańca.
Podobne zdanie ma Fatla: – Myślę, że dużą robotę mają do zrobienia ludzie tacy jak ja, czyli przewodnicy – mówi. – Mogą promować miejsca mniej uczęszczane. Gdy spojrzymy na ruch w Tatrach, to tak naprawdę kumuluje się on po polskiej stronie w okolicach: Morskiego Oka, Doliny kościeliskiej, Hali Gąsienicowej i Doliny Chochołowskiej. A możemy pokazać, że jeśli ktoś tylko ma możliwość, może pojechać na słowacką stronę, gdzie jest mniej ludzi.
Możliwości jest mnóstwo, kluczowe pytanie brzmi: czy naprawdę chodzi nam ochronę przyrody czy o to, żeby interes się kręcił.