Lexi stoi w kolejce do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku LAX w Los Angeles. – Jest obecnie 9:24, a odprawa na mój lot zaczęła się już cztery minuty temu – mówi do telefonu spokojnym głosem. – Przechodzimy kontrolę. Zobaczymy, jak szybko pójdzie.
Podchodzi do taśmy, wykłada bagaż. Losują ją do dodatkowej kontroli, ale nie traci zimnej krwi. Kamera wciąż nagrywa. O 9:29 jest za bramkami. Potem autobus do terminalu, szybki marsz przez korytarz i gate. O 9:44 stoi przy wejściu na pokład. – No i udało się – oznajmia z uśmiechem siedząc już w samolocie. – Teoria lotniskowa to prawda.
Jenny nie miała tyle szczęścia. Tak jak Lexi przybyła na lotnisko na styk, tuż przed planowanym odlotem. Ale po dotarciu pod swój gate zobaczyła tylko informację o tym, że nie może już wejść na pokład i “pocałowała klamkę”.
Obie spóźniły się specjalnie.
Jedna i druga - tiktokowe influencerki - nagrywały całą akcję tylko po to, żeby zdobyć content, który zrobi furorę na TikToku. No i zrobił. Były gratulacje, ale i komentarze pełne oburzenia o tym, że to co najmniej nieodpowiedzialne zachowanie. Algorytm to wyłapał i treści dalej promował. Paradoksalnie filmik Jenny okazał się nawet większym hitem. Wszak wolimy oglądać cudze porażki niż sukcesy.
Większość użytkowników na poważnie jest już zmęczona top-tenkami i video pocztówkami typu must see z nałożonym filtrem. Zachodami słońca na Santorini i latte art w Paryżu. Chcą brzydkiej rzeczywistości, adrenaliny. Autentyczności. Ale czy w social mediach jest w ogóle miejsce na coś takiego jak autentyczność? Najbardziej wyświechtaną dzisiaj i wytartą frazę zaraz obok czułości i obecności? A może, parafrazując powiedzenie o wojnie i pokoju, jeśli chcemy prawdy i ekscytacji jednocześnie, to powinniśmy szykować się na pozerkę i ustawkę?
Codzienni Odkrywcy przejmują twój feed
Już od kilku sezonów komentatorzy i badacze trendów podróżniczo-turystycznych twierdzą, że z roku na rok social media coraz mocniej dyktują to, gdzie i jak podróżujemy.
"Droga od inspiracji do faktycznej rezerwacji wyjazdu znacznie skróciła się dzięki platformom społecznościowym" – mówiła w rozmowie z serwisem "Skift" Hannah Bennet, dyrektorka działu Travel w TikTok UK, powołując się na raport "From Bucket List to Booking: The Travel Trends Report 2025", przygotowany przez jej firmę. "59 proc. naszych użytkowników kupuje wycieczki, loty czy rezerwuje noclegi w niecały tydzień od obejrzenia materiału o jakiejś destynacji" – zauważła Bennet.
Według raportu ponad połowa użytkowników platformy regularnie ogląda treści z kategorii travel. Skuteczność takich treści pod kątem marketingowym Bennet przedstawiła w wywiadzie dla "Travel Weekly", gdzie stwierdziła, że 39 proc. użytkowników wyznało, iż obejrzenie video na TikToku było dla nich jedynym motywatorem do podjęcia decyzji o udaniu się w podróż. Dane Światowej Rady Podróży i Turystyki pokazują, że 67 proc. osób korzystających na co dzień z TikToka i Instagrama używa tych platform do wyszukiwania potencjalnych destynacji na wyjazd.
Nasze krajowe zaś badanie, autorstwa Angeliki Ławreszuk, Wiktorii Krakowskiej i Eweliny Tomaszewskiej, wykazało, że kategoria "Podróże i Turystyka" jest drugą (po Kosmetykach) cieszącą się największym zainteresowaniem wśród osób obserwujących mikroinfluencerów.
Stwarza to ogromny rynek dla twórców treści typu UGC (User-Generated Content, czyli content tworzony przez użytkownika na chwałę marki), którzy chcą dać taki produkt, na jaki jest aktualnie największy popyt. Feed userów na całym świecie każdego dnia zalewa content opatrzony hasztagami typu #slowtravel, #beautytourism, #resettravel czy (to najnowszy hit), #sleeptourism, do którego zaliczają się video z ludźmi opowiadającymi o tym, że pojechali gdzieś, aby wreszcie się wyspać. Niesłabnącą popularnością cieszy się również kategoria #solotravel.
Sam TikTok mocno zachęca swoich użytkowników do tworzenia treści turystycznych i podróżniczych. Wymyślił nawet specjalną nazwę dla takich osób: Everyday Explorers, czyli Codzienni Odkrywcy. Dzięki temu mogą oni poczuć namiastkę odrębnej tożsamości, co zapewne pomaga rozwiać rodzące się w głowie wątpliwości, czy sensowne jest nagrywanie każdej sekundy swoich wakacji.
Taki krok ze strony ByteDance, właściciela TikToka nie powinien dziwić. Wręcz przeciwnie - to zupełnie zgodny z logiką biznesową zabieg socjotechniczny. Tak samo zresztą jak publikowanie raportów, w którym przedstawiają samych siebie jako kluczowych graczy w branży. Im więcej angażującego contentu, tym większy zysk z reklam. Im więcej danych potwierdzających wpływ platformy na rynek, tym silniejsza jej pozycja. Robi to TikTok, Instagram, Facebook czy X. Nihil novi pod cyfrowym niebem.
– Można odważnie stwierdzić, że era zwykłego relacjonowania swoich podróży w sieci powoli dobiega końca – mówi przewodnik i bloger podróżniczy, Kuba Zygmunt, aktywny w sieci jako Sądecki Włóczykij. – Kto chce dzisiaj zaistnieć w social media, musi położyć nacisk na treści video i koniecznie podążać za chwilowymi trendami, kopiując i powielając inne virale.
– “Podróżnicy” działający według starych reguł są coraz mniej widoczni – twierdzi Zygmunt. – Zakładam, że algorytmy niespecjalnie ich lubią.
– Z drugiej strony kilka dobrze trafionych i obrobionych rolek, najlepiej z wyeksponowanym kawałkiem ciała i malowniczą scenerią mogą przysporzyć dużo ruchu w krótkim czasie – komentuje. – Dużą rolę gra tu aspekt materialny. Dla wielu influencerów profile w socialach to przestrzeń reklamowa. Muszą utrzymywać na nich ruch za wszelką cenę, żeby wywiązywać się z reklamowych zobowiązań.
Z kamerą wśród półek
Czytając raport "From Bucket List to Booking" oprócz przechwałek TikToka na temat tego, jak mocno wpływa na rynek turystyczny, znajdziemy także informacje o dwóch niezwykle istotnych trendach społecznościowych. Narodziły się mniej więcej rok temu i w ciągu 12 miesięcy urosły do rangi motywów przewodnich w tej niezwykle licznej rodzinie treści podróżniczych. To rzeczona już autentyczność oraz jej bezpośredni spadkobierca: grocery tourism.
W maju 2024 australijska influencerka działająca pod nickiem @marissainchina opublikowała video z malezyjskiego supermarketu, w którym spaceruje pomiędzy półkami, zabiera z nich różne lokalne produkty i obraca je w dłoniach przed kamerą. W pewnym momencie stwierdza: "Może jest to nieco kontrowersyjne, ale uważam, że najlepszą rzeczą podczas podróży jest pójście do sklepu spożywczego". Materiał ten uznaje się za pierwszy film z kategorii grocery tourism, czyli turystyki spożywczakowej, zwanej też niekiedy shelf discovery (ang. "odkrywanie półek", co jest grą słów na temat terminu self-discovery oznaczającego samoodkrywanie, odkrywanie samego siebie).
Jak się szybko okazało, wiele osób wcale nie uznaje tej wyjazdowej rozrywki za kontrowersyjną i podziela zamiłowanie marissy. Niedługo po sukcesie jej materiału, popularność zyskało również video niemieckiej użytkowniczki @caroluzitus, która z kolei relacjonowała swoje eskapady w towarzystwie lokalsów do sklepów we Francji, stwierdzając, że jest to wręcz doświadczenie kulturowe.
W 2026 roku hashtagi w stylu #grocerytok i #supermarkettour to magnes na setki milionów wyświetleń. Wyszukiwania frazy "7/11 Japan" (dotyczące popularnych w Azji sklepów amerykańskiej sieci 7-eleven, odpowiedników naszych żabek) wzrosły w ostatnich miesiącach na TikToku o pięć tysięcy procent. Według badania Skyscannera ośmiu na dziesięciu obywateli Indii udających się w podróż w 2026 chce odwiedzić lokalny sklep spożywczy. Miano świętego Graala sklepowej turystyki zyskała Japonia, choć turyści rozpoczęli już także szturm na hiszpańskie Mercadonny, włoskie Conady, amerykańskie Walmarty i francuskie Monoprixy (aż ciśnie się pytanie: a co z rodzimymi Dino i Biedronkami?).
Większość oczywiście z telefonami w dłoni.
Sklepowe relacje zapewniają ich twórcom spore zasięgi. Kąsek jest łakomy, więc do walki o lajki i fejm włączają się też profesjonalni dziennikarze. W lutym Alis Giddings z brytyjskiego serwisu "Metro" zebrała opowieści (i oczywiście tiktoki) koleżanek i kolegów z redakcji o ich wyprawach do sklepów na całym świecie. Oprócz pokazywania wnętrz wspomnianych już zlokalizowanych w Japonii 7/11 dziennikarze serwisu nagrywali odwiedziny w ekskluzywnym supermarkecie w Los Angeles, Erewhon, w wiejskim sklepie na farmie Jeremy’ego Clarksona, Diddly Squat Farm czy lokalu amerykańskiej sieci Trader Joe’s.
Jak zauważa złośliwie autorka, w czasach, gdy bilet do Luwru kosztuje 22 euro dla obywateli Unii Europejskiej i 32 dla osób spoza wspólnoty, zupełnie darmowa wizyta w supermarkecie, jawi się jako atrakcyjna alternatywa.
Ale czy większość z tych osób wpadłaby na taki pomysł, gdyby nie TikTok? Gdyby nie mieli możliwości nagrania filmu z wnętrza i wrzucenia go do sieci?
W ubiegłym roku Japonię odwiedziła rekordowa liczba 42,7 mln turystów. Rekord padł także w Korei Płd, do której przyjechało z kolei 18,7 mln osób. Wśród powodów należy z pewnością wymienić rosnącą modę na ten kierunek, ale także fakt, iż ze względu na problemy ekonomiczne, przynajmniej w Kraju Kwitnącej Wiśni, jest taniej niż zazwyczaj.
O ile masowy napływ gości oznacza wzrost dochodów dla pogrążonego w kryzysie państwa, o tyle, jak pisze "ABS-CBN" zarówno Japończycy, jak i Koreańczycy dostają białej gorączki, kiedy muszą przeciskać się w sklepach przez tłumy turystów z selfie stickami, kręcących relacje na sociale. Wiele do życzenia pozostawia także zachowanie niektórych przyjezdnych, którzy bywają roszczeniowi i niegrzeczni dla pracowników supermarketów, zwracających im uwagę podczas nagrywania.
Autorzy serwisu, powołując się na źródło AFP, piszą także o kolejnym, tym razem kontrtrendzie społecznościowym: "Japan Effect". Azjatycki, perfekcyjny content tak bardzo przejadł się już niektórym użytkownikom, że zaczynają go wyśmiewać. Jak? Kręcąc tiktoki oczywiście. Filmiki obrazujące zwykłe, nieatrakcyjne sceny, jak podróż lokalnym, rozklekotanym autobusem w mieście powiatowym na Lubelszczyźnie opatrują podkładem muzycznym rodem z anime i pudrują słitaśnymi, różowymi filtrami tak, żeby przypominały video z wizyty w Tokio.
Poznań:
Gdańsk:
Lotniskowa teoria bycia dupkiem
Przechadzka po japońskim czy koreańskim spożywczaku może dostarczyć ciekawego contentu, ale są to raczej rzeczy ekscytujące. Co innego desperacki sprint po lotnisku w celu udowodnienia prawdziwości rzekomo spiskowej teorii.
Tiktokerki Lexi Smith i Jenny Kurtz nagrały swoje planowane spóźnienie na lot w ramach trendu zwanego "Airport Theory". To dość świeża, krążąca po sieci mniej więcej od roku z kawałkiem, hipoteza mówiąca o tym, że rekomendacje linii lotniczych dotyczące wcześniejszego przyjazdu na lotnisko (zazwyczaj około dwóch godzin) to zwykła bujda. Ba, nie tylko bujda, ale wręcz intryga uknuta przez biznes transportu powietrznego zapewne po to, żebyśmy spędzali na lotnisku więcej czasu niż to potrzebne i wydawali tam pieniądze.
Teoria bardzo naciągana, biorąc pod uwagę fakt, że po pierwsze zweryfikować mogą ją jedynie osoby podróżujące z bagażem podręcznym (przy nadawaniu większego bagażu i tak musimy być odpowiednio wcześniej). Po drugie wystarczy przyjechać na lotnisko na godzinę przed startem i niczego nie kupić. Omijamy stres i podstępne sidła lotniczych korporacji.
To jednak nie dostarczy wody na algorytmowe młyny. Logika i sens się nie klikają, tanie prowokacje zaś już tak.
Dlatego zarówno Lexi Smith, jak i Jenny Kurtz, ale także inne socialowe amerykańskie celebrytki, jak Linet Chege czy Betsy Grunch, wszystkie zarejestrowały relacje z próby zdążenia na lot w około kwadrans. Ta ostatnia, po udanej próbie, stwierdziła nawet, że stała się nawróconą wyznawczynią teorii i chętnie spróbuje ponownie. Najgorzej, a zarazem najlepiej, zakończyła swoją przygodę Kurtz. Co prawda nie weszła na pokład (być może celowo), ale zyskała na tym… szesnaście milionów wyświetleń. Warto było stracić bilet.
Socialmediowe wyzwania nie są oczywiście wynalazkiem roku 2025. W zestawieniu ze z chociażby tide pod challange (jedzenie kapsułki do prania) albo plank challenge (leżenie plackiem nad urwiskiem) airport theory nie wydaje się aż tak niebezpieczna dla zdrowia i życia. Po raz pierwszy jednak tiktokowa zabawa wchodzi bezpośrednio w istotną infrastrukturę codziennego życia. W pogoni za klikalnym contentem zachowujesz się jak zwyczajny dupek, utrudniając niekiedy pracę ludzi z obsługi lotu i podróż pozostałych pasażerów. Ewentualne konsekwencje ponosi zatem nie tylko ten, kto bierze udział w zabawie, ale i osoby postronne.
Pogoń za "autentycznością" kończy się na viralowych filmikach na TikToku. Ilustracja: shutterstock / Stokkete
Popularność trendu pokazują liczby, a jego skutki dają się we znaki między innymi liniom lotniczym i instytucjom dbającym o bezpieczeństwo pasażerów. Dziennikarz i podróżnik Clint Henderson z serwisu "The Points Guy" stwierdził w rozmowie z "Newsweekiem", że zabawa tego typu to prosty przepis na stres i katastrofę.
Wyszukiwania frazy "I missed my flight" (ang. "spóźniłem/am się na lot") w Google wzrosły w styczniu 2026 o 645 proc. Dziesiątego marca 2026 roku TSA (Transportation Security Administration, amerykańska administracja bezpieczeństwa transportu) zamieściła na Instagramie oficjalne ostrzeżenie, próbując dostosować język przekazu do młodych odbiorców: "0/10, nie polecamy próbowania teorii lotniskowej". Z kolei linia American Airlines zaktualizowała swój regulamin. Teraz każdy gate zamyka się 15 minut przed odlotem, a obsługa ma nakaz, by nie wpuszczać na pokład nikogo, bez żadnego wyjątku.
Podziękować tiktokerom mogą zatem ci, którzy spóźnią się na boarding z przyczyn od nich niezależnych.
Content określa podróż
Gdy szczęście jednak dopisze i zdążymy na lot, a w drodze z lotniska wstąpimy do supermarketu nagrać kilka kadrów, to czas na chwilę wytchnienia w hotelu, prawda? Nic z tych rzeczy. Zanim rzucimy w kąt walizkę i spokojnie zasiądziemy w fotelu, trzeba nagrać nasz pokój lub apartament. Taki materiał na content i lajki nie może się przecież zmarnować.
Osoby, które w miarę często podróżują, znają dobrze rytuał poszukiwania noclegu. Oferta jest tak ogromna, że proces ten potrafi pochłonąć całe godziny. Ważne, żeby lokalizacja się zgadzała, żeby standard i udogodnienia odpowiadały naszym potrzebom, ale żeby nie przepłacić.
Otóż to wszystko za sprawą algorytmizacji świata może już za niedługo stać się mrzonką. Lub przynajmniej zejść na drugi plan. Dosłownie, bo coraz ważniejszy w procesie rezerwacji tymczasowego domu staje się nowy czynnik: instagramability (ang. "instagramowość") albo content potential (ang. "potencjał contentowy").
Zjawisko to opisała niedawno trójka badaczy z Indonezji: Loso Judijanto, Ramdhan Kurniawan i Bambang Suharto, którzy określili instagramability jako "postrzegalną estetykę i fotogeniczny aspect miejsc, za sprawą których stają się one wdzięcznym obiektem do zdjęć publikowanych online"
"Koncept ten ukazuje, że współcześni podróżnicy nadają wartość zarówno podróży samej w sobie, jak i temu, że mogą podzielić się nią z innymi " – piszą. Zdaniem autorów coraz więcej właścicieli hoteli, restauracji i kawiarni w reakcji na trend zmienia wystrój swoich obiektów, aby nadać im fotogeniczności.
Badacze potwierdzają to, o czym piszemy na łamach SW+ już od jakiegoś czasu: takie platformy jak Instagram przestały pełnić rolę przestrzeni do kontaktów między ludźmi, stając się głównie narzędziem marketingowym.
Przez pokazywanie ładnych widoczków i "doświadczeń" innych ludzi wytwarzają w nas i potęgują samą chęć podróżowania. A gdy już połkniemy haczyk, podsuwają konkretne miejsca i obiekty, dzięki którym i my będziemy mogli tworzyć swoją personę online i sprawić, że koleżankom z biura opadły szczęki.
Te nowe prawa rynku materializują się w konkretnych społecznościówkowych trendach, takich jak hotel unboxing. To dosłownie "odpakowywanie" obiektu, w którym się zatrzymaliśmy, w stylu popularnych (i starych jak internetowy świat) filmików z odpakowywania nowych produktów. Kręcone jest otoczenie, wygląd z zewnątrz, moment wejścia, łazienka, łóżko, no i rzecz jasna widok. Ten ostatni ma nawet swój osobny trend, znany jako "rate my view" (ang. "oceń mój widok").
Podobną logiką kieruje się nowa fala treści o podróżowaniu skoncentrowanym na spokoju i modnej od paru sezonów uważności. Królową tego nurtu zdaniem niektórych będzie w 2026 readaways, podróż z książką. Królem: runcations, wakacje i city breaki z bieganiem jako główną atrakcją. Pierwszy trend stworzyli niejako celebryci lansujący się na aspirujących inteligentów w ramach politycznego protestu. Drugi to pokłosie hajpu na sportowe społecznościówki typu Strava, które powoli stają się nowym Tinderem.
Pozornie obie te idee stają w opozycji do stereotypowych wakacji pełnych bodźców. Realizują potrzebę modnego dziś wyciszenia się, wyhamowania. Może i mogłyby takie być, gdyby nie istniały dla tych samych pobudek, co ich wcześniejsze wcielenia. Dla poklasku.
Jak podają badania przeprowadzone wspólnie przez rzeczoną Stravę i Airbnb, 74 proc. biegaczy z pokolenia Z celowo szuka atrakcyjnych wizualnie miejsc do runcations. Po to upiec trzy pieczenie na jednym ogniu i jednocześnie zaliczyć wakacje, trening oraz zapełnienie profilu pięknymi relacjami.
Szukamy prawdziwości, ale nie tam, gdzie trzeba
Specjalizująca się w zachowaniach organizacyjnych prof. Herminia Ibarra z London Business School stworzyła pojęcie "paradoksu autentyczności". Oddaje ono klimat pozornego powrotu do prawdziwości w społecznościówkach. Według Ibarry autentyczność stała się w kulturze zachodniej jedną z najświętszych cnót. A chęć bycia autentycznym sprawia, że stajemy się… kompletnie nieautentyczni. Gramy w grę pozorów, której zasady ustalają algorytmy.
Tyle że powierzchowny autentyzm w zupełności wystarcza i sprzedaje. Jak podają Ławreszuk, Krakowska i Tomaszewska we wspomnianej wcześniej pracy badani, którzy lojalnie podążają za mikroinfluencerami uważają, że ich treści są ciekawe, a także prawdziwe, ludzkie.
– Konta licznych przewodników lokalnych czy pilotów wycieczek niewiele już mają wspólnego z promowaniem podróżowania – twierdzi z kolei Kuba Zygmunt.
– Oczywiście są wyjątki, ale najczęściej publikacje z kategorii travel mają na celu głównie budowanie marki osobistej, co w przyszłości może przełożyć się na więcej zleceń i współprac z firmami. I to działa. Biura podróży chętnie zatrudniają takie osoby, bo to stają się one motorem napędowym przyciągającym klientów – dodaje.
Takie platformy jak Instagram przestały pełnić rolę przestrzeni do kontaktów między ludźmi, stając się głównie narzędziem marketingowym. A wakacje produktem własnym. Ilustracja: Shutterstock / Stokkete
Francuski filozof Guy Debord opisał w swojej książce z 1967 roku mechanizm funkcjonowania "społeczeństwa spektaklu" (książka nosi taki właśnie tytuł), stwierdzając, że rzeczywistość społeczna zamienia się w kolekcję widowisk, a autentyczne doświadczenie ustępuje jego reprezentacji.
Goniąc na samolot czy wchodząc do sklepu z odpaloną kamerą w telefonie nie udajemy się w podróż, tylko nagrywamy odcinek serialu, w którym gramy samych siebie. Wyzwanie takie jak airport theory nie jest organicznym, spontanicznym wytworem działalności ludzi a produktem systemu, który nagradza wysokie ryzyko i silnie emocjonalne treści. Rezultat czelendżu jest nieistotny, bo niezależnie od tego, czy skończy się sukcesem, czy kompromitacją, daje oglądalność. Najważniejsze, żeby, parafrazując Radosława Majdana, przyaktorzyć.
Dla platformy to czysty zysk, bo materiał generuje czas spędzony na platformie przez użytkowników, co przekłada się na przychody z reklam i dane. Ryzyko i ewentualny koszt przerzucony jest na twórcę i osoby mu towarzyszące.
Czy wróci normalne podróżowanie?
Kto naprawdę decyduje dziś, dokąd jedziemy i co robimy w podróży: my czy algorytm? Socialowe mechanizmy prowokują nas do robienia rzeczy, które kiedyś nie przyszły by nam do głowy. To odwrócona logika i kolejność dotychczasowych prawideł.
Dwie dekady temu, jeszcze w erze prefejsbukowej, triumfy święcił społecznościowy serwis Lastfm (sposobu jego funkcjonowania wyjaśniać nie czas i miejsce - ciekawych odsyłam do świetnego tekstu Elii Alovisiego z Vice). Jedna z najpopularniejszych grup polskojęzycznych tamże nosiła nazwę: "Poj**ało nas k**wa wszystkich z tym last fm". Był to żart z tego, że użytkownicy zaczęli spędzać godziny na dopisywaniu i poprawianiu tagów w plikach audio po to, by inni dobrze widzieli, jakiej muzyki słuchają. Robili coś zupełnie niepotrzebnego, żeby lepiej zaprezentować się w oczach innych, w serwisie, którego też w zasadzie nie potrzebowali.
20 lat później last jest praktycznie martwy. Zamiast niego mamy tiktoka i insta.
– Jest szansa, że podróże pod publiczkę i materiały influencerów, którzy je produkują, kiedyś się znudzą albo przestaną przynosić zyski – podsumowuje Kuba Zygmunt. – Na razie jednak musimy chyba przygotować się na to, że taka forma zwiedzania świata i ten biznes będzie miał się dobrze jeszcze długo.
Przeobrażenie socialowych trendów pokazuje, że udawanie lepszym niż się jest, zwyczajnie nas zmęczyło. Dzieciaki chcą autentyczności i relacji z imponderabiliów dnia codziennego. Genzetki chcą rozwijać pasje i opowiadać o tym całemu światu. Millenialsi: świętego spokoju. Wszyscy jednak popełniają ten sam błąd, udając się po rozwiązania na swoje problemy w to samo miejsce, które jest ich źródłem.
Idąc debordowskim tokiem myślenia – grocery tourism czy readaways stają się po prostu nową formą zachodu słońca na Sycylii. Być może czas zaakceptować fakt, że autentyczność to kolejna, wytarta mrzonka i zwyczajnie nie znajdziemy jej w big techowych socialach.
Może warto spróbować pojechać na wakacje i nie wrzucić do sieci ani jednego zdjęcia?