Wyobraźmy sobie miasta naszych dzieci. Nie tych małych berbeci biegających nam teraz pod nogami, gdy dorosną. Gdy będą w naszym wieku albo nawet starsze. 

Miasta za kilka dekad mogą wyglądać zupełnie inaczej niż dziś. To, co teraz jest wartością może ową wartość utracić. A problemy, z którymi teraz się zmagamy mogą zostać rozwiązane lub wręcz przeciwnie: z całą mocą nabrać na sile.

Jak będą wyglądały miasta przyszłości? Tego oczywiście nie wie nikt. Nikt nie ma szklanej kuli. Nikt nie jest w stanie przewidzieć przyszłości. Nie bez powodu jedno z najsłynniejszych powiedzeń dotyczące prognozowania brzmi, że "jest bardzo trudne, szczególnie, jeśli chodzi o przyszłość". Jego twórca duński fizyk Niels Bohr miał z pewnością rację.

Ale rację miał też Peter Drucker, jeden z ojców nowoczesnego zarządzania, który głosił, że najlepszą metodą przewidywania przyszłości jest jej tworzenie. Warto wyobrażać sobie więc przyszłość taką, w jakiej chcielibyśmy żyć. W końcu to w niej spędzimy resztę życia. 

Stare miasto przyszłości

Przyszłość, o której mówimy, jest już dziś mocno naznaczona jedną konkretną prognozą. Prognozą, która jest o tyle przerażająca, że nie opiera się na wróżeniu z fusów, ale na chłodnej statystyce. Jest też dość pewna, bo już się sprawdza. Ta prognoza nazywa się: demografia. Powodów do zmartwień jest sporo. Nie rodzi się tyle dzieci, co dawniej, zastępowalność pokoleń wydaje się nierealna, przybywa seniorów. 

Szukamy przyczyn i winnych. Tyle tylko, że to z dużym prawdopodobieństwem już przegrana walka.

Przyszłość naszej starości i życia naszych dzieci to miasta, w których po ulicach chodzi o wiele mniej osób. Nadwiślańskie miasta i miasteczka zestarzeją się a niektóre niemal całkiem wymrą, zamieniając się w ciche, posępne skanseny.  Większość ludności skupi się, jeszcze bardziej niż dziś, w miastach największych.

Jednak nawet ulice tych potężnych miast-wampirów, wysysających ludność z prowincji, będą wyglądały zupełnie inaczej niż obecnie. I nie, wcale nie dlatego, że zamiast klasycznych aut na asfaltach pojawią się latające, lśniące pojazdy rodem z filmów science-fiction. Zmiana będzie subtelna, ale i znacznie bardziej przyziemna, wręcz namacalna. Codzienny tłum będzie po prostu inny. Częściej niż dziś ulice będą wypełniać przyjezdni o różnych kolorach skóry i odmiennych kodach kulturowych. Napływ migrantów zarobkowych, a za chwilę także klimatycznych, z każdym rokiem będzie się pogłębiał, bo Polska, mimo swoich wewnętrznych problemów, wciąż będzie dla wielu bezpieczną przystanią na mapie świata. A bez imigrantów polska gospodarka się po prostu załamie, o czym mówił w rozmowie z naszym magazynem Jakub Dymek

Fot. Shutterstock / CeltStudio
Jak będą wyglądały miasta przyszłości? Fot. Shutterstock / CeltStudio

Do tego dojdzie potworny, klimatyczny żar. Za sprawą globalnego ocieplenia ulice naszych metropolii w miesiącach letnich będą przypominać rozgrzaną patelnię. Słońce będzie bezlitośnie prażyć z bezchmurnego nieba, odbijając się od betonowych placów i szklanych fasad wieżowców. Pożądany będzie cień, dostęp do darmowej wody pitnej i zimny podmuch z klimatyzacji. Z kolei ulice, w miastach położonych bliżej kapryśnych rzek czy morskich wybrzeży, mogą w czasie gwałtownych anomalii pogodowych po prostu regularnie znikać pod wodą.

Na początek skupmy się na demografii.

Planeta singli 

Prognozy Głównego Urzędu Statystycznego są nieubłagane. Wskazują, że do 2050 roku, czyli z mniej niż ćwierć wieku, czeka nas też drastyczny spadek ludności. Z obecnych 37 mln do nawet 33 milionów. Do tego czterech na dziesięciu Polaków będzie miało 60 lat lub więcej. Znacznie wzrośnie też grupa osób po 80 roku życia. Oznacza to, że w miejscowościach średnich i małych będą dominować osoby starsze. Młodość, która stamtąd wyjeżdża od lat już nie wróci.  

Ale struktura wieku znacznie zmieni się też w metropoliach. Dziś widzimy, że ich centra pustoszeją, bo wielu młodych osób nie stać na wynajem a tym bardziej zakup mieszkania w centralnych dzielnicach. Przenoszą się więc na obrzeża. A w przyszłości to właśnie  obwarzanki aglomeracji, czyli podmiejskie sypialnie, będą pustoszeć, a raczej zwijać "do wewnątrz". A to kierunek przeciwny do tego, który obserwujemy obecnie. Do wątku – kryzysu przedmieść – jeszcze wrócimy. 

W pierwszej kolejności przyjrzyjmy się jednak temu, jak ze względu na demografię zmieni się krajobraz wielkich miast. To, że populacja naszego kraju będzie mniejsza i starsza jest pewne.   

Z pewnością czeka nas więc adaptacja infrastruktury do potrzeb ludzi w podeszłym wieku. Zniknąć będą musiały bariery architektoniczne, jak nierówne chodniki i wysokie schody czy umieszczone nad jezdnią kładki.

Zmienić może się też przeznaczenie budynków i ich otoczenie. Jeśli dzieci będzie o wiele mniej, to siłą rzeczy puste żłobki, przedszkola, szkoły oraz place zabaw i boiska dla dzieci będą adaptowane na domy aktywności dla seniorów, centra medyczne, czy nowoczesne centra co-hausungowe, czyli wspólnoty dla osób starszych.

Co ciekawe, ten model jest już teraz testowany jest w Rybniku. Idea polega na tym, że osoby starsze mają własne pokoje, a jednocześnie dzielą wspólną przestrzeń oraz część codziennych obowiązków i kosztów. Ale oszczędności to tylko jeden wymiar zysku. Drugi, być może ważniejszy, to mniejsze poczucie samotności, a więc i lepsze zdrowie.

Ale likwidowane place zabaw i zamykane przedszkola to jedno. Drugie, to jak zmieni się przestrzeń dla młodych. Dziś spora ich część to single. Wiele osób młodych nie wchodzi dziś w związki romantyczne. Częściej niż dawniej odczuwa samotność. Jeśli ten trend wraz z rosnącą cyfryzacją naszego życia się pogłębi, to być może jeszcze częściej niż dziś będziemy zamknięci w domach a może i wirtualnych światach. A to oznaczałoby mniejszy popyt na wszelkiego rodzaju usługi rozrywkowe: od kin, przez teatry, po knajpy i restauracje, do których zwyczajowo wychodzi się "z kimś". Jeśli tradycyjne miejsca spotkań zaczną podupadać, zastąpią je miejsca projektowane z myślą o przebywaniu samotnie, choć wśród ludzi. Mogą to być kina "dla singli", gdzie w czasie seansu można używać telefonu. Albo restauracje i bary, gdzie siedzi się twarzą do kucharza lub okna bądź ściany, bez presji, że zajmuje się stolik dla dwojga. Wzorem mogą być już działające w Azji kawiarnie dla singli, gdzie każde stanowisko jest odizolowane, ale daje poczucie wyjścia z domu.

Kiedy samotność stanie się problemem zdrowia publicznego, co dzieje się dziś np. w Wielkiej Brytanii czy Japonii, to władze miast będą musiały więcej inwestować w rozwiązania urbanistyczne, które sprzyjać będą interakcjom. Zmienić mogą się więc choćby skwery czy parki, gdzie zamiast długich, prostych ławek pojawią się półkola sprzyjające nawiązywaniu kontaktu. Przybyć może też otwartych i darmowych stref sportowych, warsztatowych i dla zwierząt. Te pierwsze będą zachęcać do wyjścia z domu i wspólnej aktywności a drugie dawać pretekst do rozmowy.

Miasto dostępne 

Wielkim wyzwaniem dla władz metropolii, i to już w perspektywie kilkunastu lat, będą zaś zmiany klimatu. Przestaną one być odległą prognozą, a staną codziennością, która wymusi całkowite przedefiniowanie architektury i urbanistyki.

Aby przetrwać coraz częstsze fale upałów, lokalne podtopienia oraz gwałtowne nawałnice miasta będą musiały przejść głęboką metamorfozę. Kolejne betonowe przestrzenie (szerokie arterie, parkingi) będą zmieniane w zielone skwery, parki a nawet mini lasy, by ograniczać zjawisko tzw. miejskich wysp ciepła. Bez tego w upalne dni temperatura w centrach miast może być o kilka lub nawet o kilkanaście stopni wyższa. Aby temu zapobiec budynku częściej niż dziś będą miały zielone dachy, a ich ściany pokryje roślinność. Wszystko, aby chronić elewację i dachy przed nagrzewaniem i obniżać temperaturę wewnątrz, ale też na zewnątrz.

Fot. Shutterstock / WS_Stock
Zmiany klimatu zmienią krajobraz naszych miast w przyszłości Fot. Shutterstock / WS_Stock

Z kolei aby walczyć z podtopieniami, które będą efektem coraz częstszych nawałnic czy wylewów rzek miasta będą musiały zamienić się w swoiste gąbki. Dziś wyasfaltowane i zabetonowane przestrzenie sprawiają, że podczas intensywnych ulew woda spływa do kanalizacji. A to zaś prowadzi do podtopień. Aby temu przeciwdziałać wodę będzie trzeba zatrzymać "na miejscu". Sprawić, że wsiąknie bezpośrednio w grunt tam, gdzie opadła. W tym celu szczelny asfalt i beton zastąpią np. ażurowe płyty. Do tego w przestrzeni pojawią się ogrody deszczowe i niecki retencyjne, czyli celowe obniżenia terenu, które porośnięte lubiącą wodą roślinnością, będą zbierać, filtrować, a następnie powoli oddawać wodę do podłoża.

Z pomocą przyjdą tutaj też technologie. Miasta przyszłości będą miały szkielet złożony z nowoczesnych rozwiązań.

Pytany o to Szymon Ciupa, ekspert ds. smart city związany ze Związkiem Miast Polskich, odpowiada, że nowoczesne technologie już teraz bardzo mocno wykorzystuje się, aby poprawiać lub chociaż utrzymać dotychczasową jakość życia mieszkańców, usprawniać zarządzanie miastem oraz chronić zasoby naturalne. I właśnie to ostatnie będzie kluczowe pod względem oszczędzania wody.

– W przestrzeni miejskiej na stałe zadomowiły się już czujniki monitorujące jakość powietrza, ale coraz częściej będą wykorzystywane też narzędzia pozwalające kontrolować czy nie dochodzi np. do mikrowycieków w wodociągach. To ważne, bo są trudne do wykrycia, a generują gigantyczne straty wody. W kontekście coraz bardziej odczuwalnych zmian klimatu, to mogą być technologie pozwalające chronić kluczowy zasób, czyli wodę – mówi Szymon Ciupa.

Na tym oczywiście nie koniec. Technologie pozwalają również diagnozować i planować przestrzeń tak, by walczyć ze wspomnianymi wyspami ciepła. Szymon Ciupa wyjaśnia, że dzięki skanowaniu lotniczemu oraz skanowaniu ulic specjalnymi samochodami i tworzeniu precyzyjnych map 3D można nie tylko precyzyjnie je namierzyć, ale też wskazać miejsca do odebtownowania i zazielenienia. Być może pozwoliłoby to uniknąć wpadek takich, jak niedawna z Radomia, gdzie posadzone drzewa pod wiaduktem, czyli bez dostępu do światła i wody.

– Pozwala to również dobrać odpowiednie gatunki drzew, które przetrwają w nowych warunkach. A dodatkowo każde drzewo może mieć swój "paszport" z kodem kreskowym, rejestrujący stan jego zdrowia i potrzebne zabiegi pielęgnacyjne czy poziom nawodnienia gleby. Pozwala to lepiej dbać o roślinność i zmniejszać koszty ich utrzymania czy nowych nasadzeń – mówi ekspert.

Technologie doskonale sprawdzają się w zarządzaniu organizmem jakim jest miasto. Kluczowym obszarem, także w kontekście przyszłości jest transport. Już teraz widzimy proces, w którym ograniczana jest przestrzeń dla samochodów, aby stworzyć miejsca na zieleń. Prawdopodobnie trend ten tylko nabierze na sile. Należy spodziewać się, że szerokie wielopasmowe arterie w centrach miast ustąpią miejsca trasom tramwajowym, ścieżkom rowerowym, szerokim chodnikom oraz szerokim pasom zieleni z drzewami dającymi cień.

Do tego promowana będzie koncepcja miasta 15-minutowego. Ta oczywiście nienowa idea autorstwa Carlosa Moreno, polega w największym skrócie na tym, aby mieszkańcy mogli zaspokoić wszystkie podstawowe potrzeby (zakupy, praca, edukacja, relaks) w odległości 15 minut spaceru lub jazdy rowerem od domu. Zmniejszy to potrzebę podróżowania i zredukuje emisje spalin do atmosfery.

Nie oznacza to jednak wcale, że samochody jako takie zupełnie i bezpowrotnie znikną z naszych miast. Chodzi raczej o mądre wyrównywanie zaburzonych przez dekady proporcji i stawianie na rozwiązania ułatwiające sprawne poruszanie się po mieście komunikacją zbiorową. I tutaj również z pomocą przychodzą nam nowoczesne, cyfrowe rozwiązania. 

Szymon Ciupa zauważa, że my sami na co dzień często już nawet nie dostrzegamy, jak bardzo jesteśmy od nich zależni. Korzystamy z wyszukiwarek połączeń w czasie rzeczywistym, na elektronicznych tablicach przystankowych pasażerowie są na bieżąco informowani o tym, gdzie dokładnie znajduje się ich autobus czy tramwaj, za ile minut nadjedzie i czy ma jakieś opóźnienie.

Z kolei zarządzanie ruchem samochodowym ułatwiają systemy ITS, czyli Inteligentne Systemy Transportu. – Powszechnie uważa się, że ich celem jest udrożnienie ruchu samochodów osobowych i likwidacja korków. A to nie do końca prawda. Ich priorytetem jest uprzywilejowanie transportu publicznego czy koordynacja przejazdu służb np. karetek pogotowia poprzez odpowiednie sterowanie sygnalizacją świetlną – tłumaczy Szymon Ciupa.

Ekspert przekonuje, że technologie mogą odegrać ważną rolę w tym, co dla przyszłości kluczowe, czyli w mądrym, opartym na faktach planowaniu przestrzennym. Nie tylko na etapie koncepcyjnym, ale również wdrożeniowym. Dobrym przykładem jest przeciwdziałanie chaosowi reklamowemu. Polskie miasta obecnie skanują w 3D ulice pozyskujące dane o tysiącach niezgodnych z przepisami reklam. Dzięki temu ograniczona liczba urzędników może skutecznie pracować.

Laboratorium Jaworzno 

Dzisiaj w polskich realiach samorządowych wciąż nie brakuje przypadków, kiedy kluczowe zmiany w tkance miejskiej wprowadzane są w sposób chaotyczny, punktowy, bez głębszej refleksji, a do tego nierzadko w nagłej reakcji na polityczne naciski czy bieżące wydarzenia medialne. Tymczasem cyfrowe dane oraz sztuczna inteligencja wykorzystywana przez wysokokwalifikowanych urzędników mogą stworzyć coś w rodzaju "mózgu" wspierającego podejmowanie decyzji. Dzięki temu mogłyby być one podejmowane w oparciu o merytoryczne przesłanki i realizować nawet ambitne cele.

– Mogą pomagać wdrażać odważne, niestandardowe, a nawet początkowo niezrozumiałe plany, które jednak są kluczowe względem przyszłości i tego, aby w dłuższej perspektywie mieszkańcom żyło się lepiej. Dlaczego? Bo kiedy np. stworzymy cyfrowego bliźniaka naszego miasta czy nawet jego fragmentu, który chcemy odmienić, to łatwiej nam pokazać to, co chcemy zrobić. Zwizualizować cele, które chcemy osiągnąć w przyszłości – mówi Szymon Ciupa.

Jako doskonały, namacalny przykład takiego odważnego i konsekwentnego podejścia ekspert podaje śląskie Jaworzno. To średniej wielkości miasto w województwie śląskim kilkanaście lat temu, idąc całkowicie pod prąd powszechnym w Polsce trendom i modom urbanistycznym, zaczęło sukcesywnie i bezkompromisowo przebudowywać całą swoją infrastrukturę drogową. Cel był jeden: drastyczne uspokojenie ruchu samochodowego, radykalne promowanie zrównoważonego transportu zbiorowego i dążenie do tzw. Wizji Zero, czyli całkowitego wyeliminowania śmiertelnych ofiar wypadków drogowych na terenie miasta.

– Kiedy władze Jaworzna zaczynały, spadła na nich gigantyczna krytyka, bo to, co chciano osiągnąć było niezrozumiałe. Część mieszkańców i niektórzy dziennikarze pytali np.: dlaczego zwężacie ulice? Mimo to władze konsekwentnie realizowały swój plan. Z czasem mieszkańcy zobaczyli, że żyje im się wygodniej, jest bezpieczniej, bo jest mniej wypadków. Dziś Jaworzno jest stawiane za wzór w całej Polsce. Technologie mogą sprawić, że realizowanie tak odważnych wdrożeń byłyby łatwiejsze – mówi Szymon Ciupa.

Fot. Shutterstock / C. Nass
Trudno powiedzieć czy doczekamy latających samolotów, ale te autonomiczne stoją tuż za rogiem Fot. Shutterstock / C. Nass

W kontekście transportu to o tyle kluczowe, że na horyzoncie od dawna jawi się rewolucyjna zmiana, czyli samochody autonomiczne. Są już na świecie miejsca, gdzie autonomiczne taksówki robotaxi (jak w niektórych metropoliach w USA) czy regularne autobusy miejskie bez kierowców (w Chinach) na co dzień wożą tysiące pasażerów po publicznych drogach. Wydaje się, że prędzej czy później ten technologiczny trend zawita na stałe także do Polski. Szczególnie że nad Wisłą poczyniono już pierwsze formalne kroki w tym kierunku. Można legalnie testować pojazdy autonomiczne w rzeczywistych warunkach drogowych.

– Choć wiele zapowiedzi, że te auta zaleją świat okazało się przedwczesnych, to nie ma wątpliwości że to trend nie do zatrzymania. Taki transport uwolni nasz czas, przestrzeń miejską od nadmiaru samochodów, zwiększy bezpieczeństwo – mówi Szymon Ciupa, ale zastrzega, że ta zmiana będzie wymagała precyzyjnego planowania miejskich przestrzeni miast, bo bez rygorystycznego planu żadna technologia nas nie zbawi.

A z tym mamy problem.

I tu dotykamy rany, która w polskiej przestrzeni już obficie krwawi. Czyli naszych przedmieść. W ostatnich latach dopuściliśmy do ich niekontrolowanego rozlewania wokół największych miast.  Obwarzanki rosły, bo decydował czynnik ceny metra kwadratowego. W tej samej cenie można mieć kawalerkę w centrum albo przestronny apartament lub nawet dom, tyle że na obrzeżach. Wiele młodych osób, chcących założyć rodzinę (a do tego potrzebny jest większy metraż) wybierało to drugie. Godząc się z jednej strony na uciążliwe dojazdy do pracy, czy na zakupy czy po jakąkolwiek formę rozrywki. Z drugiej zaś na ubogą infrastrukturę: brak parków, placów zabaw, transportu publicznego a nierzadko też kanalizacji czy gazu.

Kiedy pytam o to Kubę Czajowskiego, przedsiębiorcę i społecznika z Warszawy, prezesa platformy KOLEO, odpowiada, że to co widzimy na przedmieściach to nie jest efekt jakiejś wizji, planu, lecz totalnej wolnej amerykanki.

– Nad rozrostem obwarzanków i zabudowy łanowej przez dekady nikt nie panował. Nie tworzył koncepcji i planów, żeby ludziom tam się dobrze żyło, lecz dawał możliwość do tego, aby lokalni deweloperzy mogli zarobić jak najwięcej. Miasta, w których wygodnie się żyje, to miasta dobrze zaplanowane. Tutaj jest odwrotnie, bo żadnego planu nie było. Efekt jest taki, że powstały całe połacie osiedli, gdzie owszem osoby, które się tam osiedliły mają trochę większy metraż, ale gdzie trudno żyć, bo dookoła nie ma nic albo prawie nic. Brakuje przedszkoli, szkół, sklepów i innych podstawowych usług. Za każdą potrzebą życiową trzeba jechać kilka lub nawet kilkanaście kilometrów samochodem, bo transport publiczny nie istnieje – mówi Kuba Czajkowski.

W jego ocenie, jakość samych mieszkań i domów powstałych na obrzeżach miast pozostawia też wiele do życzenia. Nie tylko pod względem urbanistycznym, ale i samego wykonania.

– Nazywam je patoszeregówkami albo położonymi blokami, bo one mają jednocześnie wszystkie wady domy jednorodzinnego i bloku. Zbudowano je bez ładu i składu, wciskając ich jak najwięcej na małych, często wąskich i długich działkach łanowych. W efekcie brakuje więc przestrzeni dla pieszych, dzieci, które nie mają podwórek na których mogłyby się swobodnie bawić, a nawet dla samochodów, koniecznych tam przecież do codziennego funkcjonowania – mówi Kuba Czajkowski i dodaje, że nierzadko same budynki wykonano też "po kosztach".

– W przyszłości grozi nam gigantyczny kryzys suburbiów. Patrząc na trendy demograficzne i jakość tego budownictwa, trzeba liczyć się z tym, że za 15-20 lat te budynki stracą większość swojej dzisiejszej wartości. Kiedy ci, którzy dziś się do nich wprowadzają, spłacą kredyty, zobaczą, że te budynki są bliskie śmierci technicznej. Kiedy trzeba będzie zrobić pierwszy kapitalny remont takiej szeregówki np. wymienić dach, to okaże się, że to kompletnie nieopłacalne, a wiele z tych budynków z czasem zamieni się w bezwartościowe ruiny. Ci, których będzie wtedy na to stać, uciekną do miast. Reszta zostanie i będzie samotnie dogorywać w nieludzkich przestrzeniach – przewiduje Czajkowski.

Przeciw dystopii

Ta dość apokaliptyczna wizja jest jednak porażająco realna. Dlaczego? Bo demografia sprawi, że mieszkania w miastach, a nie na ich obrzeżach, staną się po prostu bardziej dostępne. Kiedy wymierać zacznie powojenny wyż, miliony lokali zostaną "uwolnione" a deficyt mieszkaniowy, z którym obecnie mamy do czynienia zostanie zniwelowany lub zupełnie przestanie istnieć. Tak przynajmniej wynika z prognoz analityków Alior Banku.

W zeszłym roku wyliczyli oni, że faktyczna luka mieszkaniowa wynosi 300-400 tysięcy lokali. A jako, że rocznie buduje się w Polsce około 150-200 tysięcy mieszkań, to już teraz deficyt mieszkaniowy gwałtownie się kurczy, a do 2028-34 roku (w zależności od scenariusza) będzie zapełniony.

Z jednej strony zadziała tutaj demografia, bo miliony mieszkań i domów zostaną "uwolnione" przez starsze pokolenia. Z drugiej strony nie będzie miał w nich kto mieszkać, bo w młodszych pokoleniach jest zwyczajnie dużo mniej ludzi. A będzie jeszcze mniej ze względu na rekordowo niską dzietność. W efekcie, także w największych miastach, przybędzie pustostanów.

Oczywiście rozkład geograficzny ma tutaj znaczenie. Zdecydowanie więcej będzie ich na tak zwanej prowincji, czyli w miasteczkach i wsiach, a mniej w największych miastach. Jednak, kiedy i w tych ostatnich popyt na lokale będzie niższy, to ceny siłą rzeczy spadną. Powrót z obwarzanków stanie się więc nie tylko racjonalny, ale i ekonomicznie możliwy.

"Klienci, mając realny wybór, po prostu przestaną kupować anonimowe "dziury w ziemi" na grodzonych osiedlach wyrastających w szczerym polu, bez dróg, szkół i transportu publicznego" – pisał reporter i autor książek o urbanistyce Filip Springer dodając, że w rzeczywistości, w której dach nad głową przestaje być towarem absolutnie deficytowym, zaszaleje wiatr zmian. I będą to zmiany pozytywne.

"Kiedy samo mieszkanie staje się dobrem powszechniej dostępnym, czynnikiem decyzyjnym przy zakupie staje się otoczenie. Wygrywać będą więc ci inwestorzy, którzy przypomną sobie o istnieniu czegoś takiego jak tkanka miejska. Przestrzenie wspólne, usługowe partery, zieleń i szacunek dla genius loci danego miejsca przestaną być fanaberią, a staną się rynkowym wymogiem" – prognozował Springer.

A co z tymi, którzy zostaną uwięzieni w niszczejących patoszeregówkach na obrzeżach miast? Czy przed wykluczeniem i samotnością uratują ich autonomiczna, zamawiana aplikacją taksówka? Kuba Czajkowski brutalnie gasi ten techno-optymizm.

– Nie wierzę, że jakakolwiek prywatna firma będzie świadczyła tam usługi, by ratować tych ludzi z wykluczenia komunikacyjnego. Utopijne wizje, które zakładają, że technologia nas zbawi zwykle okazują się dystopią – mówi Kuba Czajkowski i dodaje, że dotychczasowe doświadczenia technologiczne pokazują coś zupełnie innego.

– Zwykle słyszymy, że technologie pomogą zwykłym ludziom, a kończy się zwykle tak, że służą wielkim zagranicznym techno-korporacjom i zwiększają nierówności. Komercyjny biznes pojedzie tam, gdzie jest gęsto i zasobnie więc opłacalnie. Na dalekie obrzeża nikt nie wyśle autonomicznego auta z "misją humanitarną". Zresztą już dziś trudno zamówić taksówkę przez aplikację na obrzeżach Warszawy. Nie sądzę, aby w przyszłości, kiedy gęstość zaludnienia na przedmieściach będzie niższa, było jakkolwiek lepiej – kończy.

Siedzimy więc jako społeczeństwo na tykającej bombie zegarowej. Bez mądrego planowania i zwykłej, ludzkiej empatii, wielu z nas czeka samotność oraz rosnące społeczne rozwarstwienie w najgorszym wydaniu. I żadna, nawet najbardziej błyskotliwa aplikacja w smartfonie, nas przed tym nie uratuje.