Przegląd rynku

Poniedziałkowy, kolektywny przegląd ofert: wozy pod choinkę do 25 tys. zł

Przegląd rynku 23.12.2019 227 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 23.12.2019

Poniedziałkowy, kolektywny przegląd ofert: wozy pod choinkę do 25 tys. zł

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski23.12.2019
227 interakcji Dołącz do dyskusji

Tym razem przegląd ofert jest nieco inny. Poprosiłem redaktorów Autobloga, żeby napisali, jaki samochód chcieliby dostać pod choinkę. Przy czym niestety święty Mikołaj ma limit cenowy 25 tys. zł. Takie czasy…

Mikołaj Adamczuk

Drogi Mikołaju…

Może by tak jakiś bonus dla Twojego imiennika? 25 tysięcy złotych to budżet, który jest „prawie” wystarczający na coś, co naprawdę mi się podoba. Ale jak pamiętacie z reklamy, prawie robi wielką różnicę.

No dobrze, wiadomo, że i tak chciałbym dostać pod choinkę prezent za 25 koła. Trzymajmy się więc założonych granic, trudno! Co wybieram?

Najpierw pomyślałem, że to świetna okazja, by stać się posiadaczem Mercedesa klasy S W220, który zawsze mnie kręcił. Tyle że wszyscy wiemy, jakie problemy trapią ten model. Skończyłoby się na tym, że co roku pisałbym do Mikołaja list z prośbą o nowe miechy, remont blacharski albo wymianę połowy auta. Jasne, zdarzają się egzemplarze, które wyglądają sensownie, takie jak ten. Opis jest rozsądny, a właściciel zna bolączki W220 i usunął wiele z nich. Już prawie się przemogłem. Ale… nie, jednak nie jestem tak odważny.

To może coś prostszego? Mazda MX-5  wydaje się rewelacyjnym pomysłem. Ale – no właśnie! – 25 tysięcy to za mało na model NC, do którego się mieszczę. NB jest dla mnie za ciasne, a NA chyba jednak zbyt prehistoryczne. Trudno o egzemplarz z klimą, a roadster musi mieć klimę.

Na co w takim razie stawiam? Może E38, bo też je uwielbiam? Może Lexus LS? Ostatecznie wybieram Mercedesa W140. Jest niebieski i ma niebieskie wnętrze. I nie ma wad W220. Poproszę!

Autor: Wanga, źródło: Otomoto

Piotrek Szary

Podobnie jak Mikołaj miałem spory zgryz z wyborem auta do 25 tys. zł, które chciałbym dostać pod choinkę. Ponieważ ten drugi Mikołaj (ten ubrany na czerwono, z siwą brodą) nie był skłonny do podniesienia budżetu do okolic 200 tys. zł (co wykreśliło z mojej listy Forda Granadę z silnikiem Porsche), zabrałem się za poszukiwania w niższych rejonach cenowych.

Moje kryteria były proste: ma to być auto sprawiające przyjemność z jazdy lub chociaż kompletnie odjechane stylistycznie. W tej drugiej kategorii rozważałem m.in. Renault Avantime. Problem w tym, że nie mam najlepszego zdania o jakości wnętrz samochodów Renault z tych czasów, więc Avantime’a odpuściłem.

Kusiła mnie też ta Alfa Romeo 166 z 3-litrowym silnikiem Busso. Zniechęciło mnie wnętrze, które w mojej opinii brzydko się zestarzało. Zamiast Alfy byłbym skłonny wybrać Citroena XM Pallas V6 – w przeciwieństwie do większości osób, zdecydowanie wolę późne egzemplarze tego modelu, a ta konkretna sztuka wygląda bardzo dobrze. Mimo wszystko, czegoś mi tu zabrakło.

Po obejrzeniu zadbanego BMW Z3 (które na 18 zdjęć nie ma ANI JEDNEGO zdjęcia tyłu, brawo) i obiecującego Peugeota 207 RC, stwierdziłem że jednak zerknę jeszcze raz na zamkniętą wcześniej kartę z Subaru Imprezą WRX kombi. Zamkniętą, ponieważ nie byłem przekonany do auta na szwajcarskich tablicach rejestracyjnych, na dodatek wystawionego przez „osobę prywatną” która ewidentnie wygląda mi na handlarza.

Ale coś mnie przyciągnęło z powrotem. Po pierwsze, uwielbiam dźwięk silnika tych Subaru. Jest to też moja ulubiona wizualnie generacja, i wcale nie przeszkadza mi fakt, że to kombi – nie wygląda gorzej niż sedan WRX. Do tego napęd na obie osie i skrzynia manualna – czego chcieć więcej? Jeśli więc nie ten egzemplarz, to po prostu chciałbym inny – ale tego samego modelu.

Autor: Anonymous, źródło: Otomoto

Tymon Grabowski

Od razu powiem, że szukam obecnie tylko samochodu starszego niż 1979 r. z prostej przyczyny – żebym nie musiał płacić za niego OC za cały rok. Niestety, ceny klasyków szaleją i kupić coś naprawdę ciekawego za ok. 25 000 zł jest bardzo trudno. Warte uwagi auta amerykańskie kosztują ponad 50 tys. zł, powodujące u mnie nostalgię Garbusy typu „dziadek” to 40-50 tys. zł itp. itd. Pozostaje więc polowanie na samochody marek popularnych, których nikt nie chce, bo są po prostu stare, słabe i niezbyt ciekawe. Czyli dokładnie takie jak lubię. Ostatnio pojawił się taki pojazd. Zachwycił mnie od razu i udaję, że wcale go nie widziałem, bo serio nie wiedziałbym jak wytłumaczyć świętemu Mikołajowi, po co mi taki grat.

Chodzi o Renault Juvaquatre z 1946 r. sprowadzone ze Szwecji. Auto ma 73 lata i z pewnością było przynajmniej raz restaurowane. Juvaquatre to konstrukcja przedwojenna, debiutowała w 1937 r. i cieszyła się ogromną popularnością nie tylko we Francji. Po wojnie robiono ją dalej, bo na czymś trzeba było zarabiać i pozyskać finans na rozwój nowocześniejszych konstrukcji. Klienci lubili ją tak bardzo, że dotrwała do roku 1960 – niewiele aut przedwojennych mogło się poszczycić tak długim okresem produkcji (cicho Garbus, nikt cię nie pytał!).

Gdyby Père Noël, czyli francuski odpowiednik świętego Mikołaja podrzucił mi tego Juvaquatre pod choinkę, bardzo bym się cieszył, bo samemu nie jestem w stanie zdobyć się na tak głupi zakup. Podejrzewam, że samochód ten jest wolny jak żółw, awaryjny, nie ma do niego żadnej części, a na zlocie klasyków nikt nie zwróci na niego uwagi. Ewentualnie, jeśli nawet, to tylko po to, żeby z czymś go pomylić. „Mój ojciec miał taką dekawkę”, „mój dziadek jeździł taką Skodą”, „to robili 4-drzwiowe Syreny?” itp.  – takich tekstów na pewno nasłuchałbym się do upojenia. Kurczę, to brzmi zachęcająco. Takie pojazdy lubię najbardziej. Bążur, silwuple, włatir klassik…

Tomek Domański

Nie dostałem jej na urodziny, to może uda się ją dostać na gwiazdkę. Mazda MX-5 to przecież idealna zabawka pod choinkę, która – jak każdy, dwuosobowy roadster – nie ma absolutnie żadnego sensu. Ale jako zabawka jest świetna. Miałem okazję przejechać się pierwszą generacją, którą testował Mikołaj i od tamtej pory marzy mi się własny egzemplarz.Brak miejsca w ogóle mi nie przeszkadza, bo zazwyczaj jeżdżę albo sam, albo z jednym pasażerem. Zresztą mógłbym spokojnie zracjonalizować tutaj wszystkie wady dwuosobowego samochodu, bo wszyscy wiemy, że w MX5 i tak chodzi o coś innego, czyli o frajdę z jazdy. I to taką, która występuje jeszcze w zakresie prędkości, w którym człowiek nie musi się bać o utratę prawa jazdy.

Nawet sama obsługa tego auta jest super przyjemna – wszystko tam działa po japońsku, czyli precyzyjnie i lekko i to jest główny powód dla którego miałem już chyba kilkanaście japońskich samochodów z lat 80/90. A że mam już sensowne, rodzinne, niemieckie coupe, to mógłbym spokojnie przyjąć w prezencie bezsensownego japońskiego roadstera, którym jeździłbym dla przyjemności i z zawsze gotową wymówką pt. nie mogę was podrzucić, mam dwumiejscowy samochód, tak mi przykro.

Tylko zamiast pierwszej generacji, która jest już trudna i droga w utrzymaniu, kupiłbym drugą, czyli NB. Najlepiej oczywiście w fajnej wersji, z najmocniejszym silnikiem i w ładnym kolorze. Na przykład tą, która kosztuje sporo, jak na NB, ale co zrobić. Do tego zostałby mi jakiś budżet na serwis po zakupie. I tak, wiem, że w NB jest strasznie mało miejsca, ale przy moim wzroście spokojnie się do niej mieszczę. Bo oczywiście do kilku już się przymierzałem. Tak wiecie, z czystej ciekawości…

Autor: prawdziwe auta źródło: otomoto

Grzegorz Karczmarz

Załadowanie samochodu na świąteczny wyjazd boleśnie uświadomiło mi jakie mam motoryzacyjne marzenia. To bagażnik, do którego mogę rzeczy wrzucać zamiast je układać. Marzenie lekko rozbudowałem i zarzuciłem filtr na okolice 25 tysięcy złotych poszukując samochodu aspirującego do miana minivana, koniecznie z automatyczną skrzynią biegów.

Bardzo chciałbym pod choinką rozpakować S-Maxa, ale oferta w tym pieniądzu jest raczej skromna. W przypadku tego egzemplarza bardzo się ucieszyłem, że środek nie palony, ale obawiam się, że na taką tapicerkę nie byłbym w stanie patrzeć na co dzień. Nie przekona mnie nawet, że nic w nim nie stuka nie puka. Inne sztuki esmaksów, cemaksów i galaksów w tej cenie, również cierpią na problem tapicerki o wzorze, w jakim nawet majtek wstydziłbym się założyć.

Źródło: olx.pl, Autor: Grzesiek.

Zerknąłem więc na pojazdy z napisem Volkswagen i szybko odpuściłem tą markę. Z 25 tysiącami tu również nie poszalejemy. W tym Touranie kolor budzi nieodparte skojarzenia z budyniem, którego nie cierpię. Nie lubię też zmieniać samochodu na taki z większym przebiegiem niż ten, który ma mój obecny samochód. Niepokoi mnie również sposób wygniecenia fotela kierowcy, dwa ślady obok siebie rozumiem, ale skąd wziął się najbardziej wysunięty w stronę kierownicy ten trzeci? Kompleksy nie pozwoliłby mi w pełni cieszyć się tym prezentem.

Źródło: olx.pl. Autor: Paweł.

Kusi mnie za to ten Peugeot 5008 o dobrym pochodzeniu – z warszawskiego Wilanowa. Gotów jestem niską moc tego pojazdu przymknąć oko, ciesząc się (i oko) z jasnej tapicerki i panoramicznego dachu. Radości nie zmąciłby nawet ten drąg po środku, wbity w wielką miskę z masą na ciasto.

Źródło: olx.pl Autor: Jakub.

Może radośniej hasałbym w pierwszy dzień świąt w takim 5008 z dwulitrowym HDI, ale tu ponownie wchodzi do gry sprawa wzoru tapicerki. Przepchnięcie przez komin samochodu z taką szmatą, to jak podarowanie trzynastolatkowi Lego Duplo.

Mógłbym się jeszcze lekko uśmiechnąć rozpakowując z papierka takiego C4, bo nie znam niezadowolonego użytkownika Citroena Picasso, a ta sztuka też ma jasną tapicerkę. Ale charakterystyka prowadzenia się tego wozu, jakoś nie chce mnie natchnąć do takiego ukierunkowania mych marzeń. Niedowidzę, jakie literki widnieją przy kierownicy, ale pewnie jest tam napisane RNAM, co oznacza, że mamy do czynienia ze zautomatyzowaną skrzynią biegów, a nie prawdziwym automatem.

Wybieram więc 5008 z dzielnicy marzeń i snów.

P.S. Nie wierzcie w Mikołaja, to leasingodawca przynosi wszystkie fajne prezenty.

Piotrek Barycki

Na początek chciałem pójść za głosem serca i wybrać jakieś niepraktyczne, najlepiej włoskie coupe. A że nie ja płacę, to dlaczego nie zapolować na jedną z droższych Alf Romeo GT. Szczególnie z 3.2 (gaz by się wywaliło) pod maską.

I ten pomysł utrzymywał się w mojej głowie dość długo – do czasu, aż nie przypomniałem sobie, jak do naprawdę ładnego z zewnątrz auta upchnięto skrajnie odrażające wnętrze (drugi Piotrek, drugie zjechane wnętrze Alfy, węszę spisek). Już nawet nie wspominając o tym, że kabina podlinkowanego modelu kompletowana była kolorystycznie w myśl zasady coś burego i wszystko inne podobne z tej palety, nie, nie jest istotne, czy to ładnie wygląda, maluj, bo klient idzie. Fuj.

Co więc zostało? Mógłbym kupić tego Fiata tylko po to, żeby go zutylizować, aby nie zaśmiecał dróg. Mógłbym kupić też jakieś 200 Polonezów i zrobić z nimi to samo (ciekawe, czy są za to jakieś medale). Zdecydowałem się jednak sięgnąć do mojej listy aut rozsądnych marzeń, których nie kupiłbym ze względu na drugie po coupe najbardziej niepraktyczne nadwozie. Czyli sedan.

A jeśli sedan, to S80 II. Dlaczego? Bo jest dużym i wygodnym autem, które zestarzało się dużo przyjemniej niż W211 czy E60 (ble). Egzemplarz, który wybrałem jest wprawdzie specyficznie skonfigurowany (elektrycznie sterowane fotele z pamięcią, z zewnątrz listwy nie w kolorze nadwozia), ale wygląda względnie sensownie. No i najważniejsze – ma jasne wnętrze. A Volvo z jasnym wnętrzem jest samochodem, w którym chciałbym pokonywać setki tysięcy kilometrów.

Ok, pewnie trochę dorzuciłbym do czyszczenia wnętrza, żeby prezentowało się jako tako, a do tego pewnie wypadałoby wymienić gałkę dźwigni zmiany trybów jazdy, ale poza tym – jak to mówią – jeździłbym.

Źródło: OLX, autor: Nord Auto Volvo

Adam Majcherek

Ej no, Panowie, miały być prezenty, spełnianie marzeń, cud, że nikt nie wpisał Passata B5 i A-czwóreczki. Ja prezent definiuję jako takie coś, czego sam bym sobie w życiu nie kupił, bo by mi było szkoda kasy, ale byłoby wspaniale mieć. I u mnie będzie krótko, bo choinki w domu nie stawiam, ale jakbym miał z jakiejś okazji dostać furę za 25 kilo złotych to wybór może być tylko jeden: Nissan Pao.

Pao to takie małe coś, co wygląda jakby miało z 50 lat, ale tak naprawdę ma tylko 30, bo Nissan zbudował je na bazie Micry K10. I w latach 1989-1991 zbudował ich trochę, bo aż 51 tys., z czego lwią część z kierownicą po prawej stronie. Już w chwili rynkowego debiutu fura wyglądała jakby miała ze 30 lat. Powiedziałbym, że to taki restomod prosto z fabryki, tyle że nie bardzo było co restomodzić, bo Nissan wcześniej nie miał takiego auta. Po prostu zbudował samochód w stylu retro. I to na poważnie – z wystającymi zawiasami, uchylanymi szybami i stylistycznymi nawiązaniami do najsłynniejszych maluchów z lat 60. Za to pod maską – nowoczesna technologia, 52-konny silnik o pojemności jednego litra i trzybiegowy automat (albo pięciobiegowy manual).

Już się zmartwiłem, że nie ma szans, bym zmieścił się w zakładanym budżecie, ale udało się – 9 grudnia na carandlassic.co.uk pojawiła się sztuka za 5000 funtów, czyli jakieś 24 970 zł. Auto na gibraltarskich blachach stoi w Hiszpanii 100 km na zachód od Malagi. Przejechało dotąd 130 tys. km, a sprzedający zapewnia, że jest w doskonałym stanie, ale niestety musi je sprzedać, bo nie ma go gdzie trzymać. Brzmi legitnie, prawda? Jeździłbym, aż odpadną koła! 

samochód do 25 tys.
źródło: carandclassic.co.uk

Michał Koziar

Adam zdążył już zacząć narzekać, że przegląd zawiera zbyt wiele rozsądnych aut. Już spieszę to naprawiać, w końcu nigdy w życiu nie kupiłem samochodu, który miał jakikolwiek sens. Nie cofnę się do aż tak starych aut jak Tymon, za cienki jestem w uszach na taką zabawę. Za to odczuwam zdecydowany niedobór pudełkowatych kształtów i włoskiej techniki w tym przeglądzie. Potrzeba tutaj kanciastych turyńskich aut lat 70. i końcówki 60. Wszystkie dobrze się prowadzą i świetnie wyglądają.

W pierwszym momencie chciałem tu wstawić Fiata 130. Jest taki jeden, czerwony i piękny, z V6 pod maską. Czy może istnieć lepszy prezent? Potem niestety doczytałem drugą część tytułu. Trudno, trzeba postawić na bardziej pospolite modele. Do Wigilii zostało mało czasu, muszę więc odpuścić sobie oferty z Włoch. Żaden laweciarz nie przyjmie międzynarodowego zlecenia na 24 grudnia. Zobaczmy więc co kupie w Polsce spośród modeli 131, 132, 124 i 125.

Niestety, kompletne rozczarowanie. Fiaty 124 są trzy (w tym jeden Spider), ale żaden nie mieści się w wymogach. Mirafiori tylko jedno, również za drogie. Z dyrektorskich 132 w budżecie mieszczą się dwa, jeden bardzo słaby, drugi całkiem ładny. Niestety, ten lepszy najprawdopodobniej nie ma dokumentów, pisałem o nim jakiś czas temu. Wygląda na to, że jestem skazany na 125. W sumie to nic złego, uwielbiam ten model Fiata. Co z tego, że każdy będzie określał jako ładne 125p. Chyba że skuszę się na Dużego Fiata pickupa ściągniętego z Francji… Nie, na razie starczy mi jeden polski kredens.

Na szczęście dzięki modzie na kanta wybierając 125 pod choinkę mogę wybrzydzać. W granicach 25 tys. zł znalazłem dwa ciekawe egzemplarze. Pierwszy, z 1970 r., wygląda na zadbanego, ale ktoś go oszpecił białymi paskami na oponach, do tego strasznie krzywo stoi. Coś dziwnego działo się z zawieszeniem. Nie budzi mojego zaufania, wolę niebieskiego z 1967 r. Głównie dlatego, że ma fajniejszy kolor, wybór prezentu nie musi być racjonalny. Nie ma zdjęć wnętrza, w opisie jest coś o zniszczonym fotelu kierowcy. Trudno, poza tym zapowiada się na nieźle zachowanego. Uwielbiam ten wóz za styl i rewelacyjne silniki. Pomimo 50 lat na karku prowadzi się wspaniale. Rewelacyjne osiągi, piękny wygląd, kompletnie nie nadaje się na daily – czyli prezent doskonały.

Źródło: OLX

 

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać