Porady

Bagażnik na hak czy na dach? Sprawdziłem, jak najlepiej przewozić rower

Porady 17.07.2023 68 interakcji

Bagażnik na hak czy na dach? Sprawdziłem, jak najlepiej przewozić rower

Piotr Barycki
Piotr Barycki17.07.2023
68 interakcji Dołącz do dyskusji

Bagażnik rowerowy na hak czy na dach? Miałem okazję przetestować obie opcje i… tu właściwie nie ma żadnej konkurencji. Najlepsze rozwiązanie jest tylko jedno, choć też nie jest idealne.

Zacznijmy może od wad i zalet rozwiązania, z którego korzystałem od lat i które pozwoliło mi przewieźć rower na dystansie mniej więcej kilkunastu tysięcy kilometrów. Co najważniejsze – bez żadnych problemów, które można byłoby uznać za poważne.

Bagażnik rowerowy na dach – wady i zalety

bagażnik na hak czy dach

Przetestowałem – w tym przez prywatny zakup – chyba wszystkie najważniejsze typu bagażników rowerowych na dach. Te, które trzymają za ramę, te, które trzymają za koło i te, które trzymają za widelec. Ten ostatni rodzaj był zresztą moim podstawowym wyborem przez ostatnie dwa lata, z uwagi na to, że rower z karbonową ramą niespecjalnie dogaduje się ze ściskającym go uchwytem.

bagażnik na hak czy dach
Nie, to nie ten rower z karbonową ramą.

Zrobiłem z takim bagażem na dachu m.in. wielokrotnie autostradową trasę z Polski do Holandii i… było dobrze oraz bez żadnych niespodzianek. Uchwyt rowerowy na dach miał przy tym szereg poważnych zalet, w tym m.in.:

  • moje auto nie miało haka, ale zakup belek bagażnika (w tym do wcześniejszej 159, która uchwytów nie miała) był i tak wielokrotnie tańszy od montażu haka i zakupu bagażnika na hak;
  • moje auto jest stosunkowo niskie, moje rowery są raczej lekkawe, więc zakładanie ich na dach nie stanowiło większego problemu;
  • bagażnik na dach nie wymagał żadnych zabaw prawno-urzędowych, dodatkowych tablic rejestracyjnych czy wpisów do dokumentów pojazdu;
  • wysokość – szczególnie w przypadku uchwytu trzymającego za widelec – nie stanowiła najmniejszego problemu;
  • cały zestaw, zamontowany za widelec, był piekielnie sztywny, więc nie było niepokojącego bujania w trakcie jazdy;
  • na dach bez problemu mogłem dołożyć kolejne uchwyty i zamontować kolejne rowery – w przypadku bagażnika na hak takiej dowolności już nie ma;
  • dużo łatwiej przyzwyczaić się do jazdy czymś trochę wyższym, niż czymś dłuższym;
  • działały czujniki parkowania.

Z czasem jednak zauważyłem, że – szczególnie w obliczu konieczności każdorazowego odkręcania przedniego koła, montowania „adaptera”, a potem rozkręcania i skręcania tego wszystkiego jeszcze raz na miejscu – coraz rzadziej traktuję duet samochód i rower jako pomysł na weekend, częściej wybierając solową opcję z udziałem tego drugiego. Do tego rower żony – w przeciwieństwie do samej żony – z czasem zaczął sprawiać wyrażenie coraz cięższego i coraz gorzej wrzucało się go na dach.

Bonusowym problemem okazały się też dłuższe wyjazdy przy zmiennej pogodzie. Oczywiście zakładam, że wszystko w rowerze jest do pewnego stopnia uszczelnione, ale wątpię, żeby było to uszczelnienie pasujące do jazdy 100-120 km/h po autostradzie w ulewnym, zacinającym deszczu przez kilka godzin. A założenie pokrowca ochronnego nie wchodziło w grę, bo powstałby z tego żagiel, który pewnie odpowiednio mocny wiatr byłby w stanie wyłamać.

I wtedy dotarł na mnie do testy on – Thule Epos. I sprawił, że nagle mój włoski transporter rowerowy ożył, zaczął jeździć, a ja dołączyłem do obozu „paliwo w tym kraju jest zdecydowanie zbyt drogie”.

Bagażnik rowerowy na hak – wady i zalety

bagażnik na hak czy dach

Zacznijmy może od wad, bo bagażnik na hak też je ma. Ach, no i recenzja samego Eposa będzie osobnym tekstem – te uwagi będą zdecydowanie bardziej natury ogólnej.

Jeśli więc chodzi o raczej powszechne wady takiego rozwiązania, to są to m.in.:

  • trzeba mieć hak – jak mamy, to jest luz, jak nie, to zaczyna się szukanie, gdzie zamontować hak i dlaczego jest tak drogo. Przy czym ja wiem już jedno – jeżeli będę kiedykolwiek zmieniał samochód, to szanse na to, że będzie to auto bez haka albo możliwości instalacji haka, wynoszą jakiś 1 proc. To jest po prostu zbyt dobre;
  • bagażnik na hak jest drogi, momentami nawet piekielnie drogi – i tak dla przykładu mój bagażnik na dach, czyli Thule TopRide, kosztował mnie jakieś 900 zł i ten wydatek dość mocno mnie bolał (a teraz kosztuje 1300 zł…). Nawet gdyby przemnożyć to razy dwa, dostajemy w najgorszym wypadku 2600 zł. Natomiast Thule Epos kosztuje – w wersji właśnie na 2 rowery – 4999 zł. Wybaczcie entuzjazm nowicjusza w świecie bagażników na hak, ale druga rzecz, którą wiem, to to, że byłbym w stanie dłuższą chwilę jeść trochę mniej, żeby starczyło mi na ten bagażnik. No i pewnie byłbym w stanie odzyskać trochę z tego bagażnika dachowego. Oczywiście do bagażnika dachowego trzeba doliczyć jeszcze belki bazowe, ale jeśli startujemy od zera i nie mamy też haka, to zestaw dachowy właściwie zawsze wyjdzie taniej – i to dużo taniej.
  • bagażnik na dach można było bez problemu zostawić i zapomnieć – różnice w spalaniu czy hałasie z bagażnikiem na dachu były dla mnie na tyle pomijalne, że tylko regularnie sprawdzałem dokręcenie belek i bagażnika, a poza tym jeździły non stop na dachu. Z bagażnikiem na hak zdecydowanie tak nie jest, bo:
  • tracimy czujniki parkowania – wyłączają się czy nie – nie ma większego znaczenia. I tak z nich za bardzo nie skorzystamy, co w dużym stopniu utrudnia manewrowanie, bo ze współczesnych aut i tak normalnie niewiele widać, a tutaj jeszcze…
  • całe auto jest dłuższe o kilkadziesiąt centymetrów. Nie jest to może wielki problem, ale zdecydowanie trzeba się przyzwyczaić. Dodatkowo nagle nie w każde miejsce parkingowe uda nam się zmieścić bez problemu, bo nasze auto może mieć nagle 5 m i wystaje z przestrzeni, w których wcześniej się mieściło;
  • jeśli mamy niskie auto, to musimy się liczyć z tym, że rower będzie zasłaniał nam częściowo widoczność do tyłu. W moim przypadku nie ma dramatu, bo widzę auta jadące za mną – i to nie koniecznie w stylu kierowców Audi – ale np. pojawia się lekki dyskomfort, bo nie widać aut jadących daleko z tyłu – są u mnie zasłonięte górną rurą roweru;
  • bagażnik na hak jest cięższy i waży kilkanaście kilogramów – pojedyncze belki bagażnika bazowego i rowerowego na dach łatwiej dotargać do auta, jeśli mamy daleko z przechowywalni.

I to właściwie tyle, przy czym starałem się być tak bardzo krytyczny, jak bardzo pozwala mi na to radość z użytkowania tego bagażnika. Przede wszystkim niesamowicie łatwe jest wszystko, co związane z montażem tego bagażnika i montażem samego roweru. Zakładamy bagażnik na hak, zabezpieczamy odpowiednią wajchą, rozkładamy, wyciągamy poprzeczkę trzymającą rower, zapinamy gumowy pas na rowerze (dodatkowe zabezpieczenie dla ram karbonowych okazało się w sumie dodatkiem chroniącym wyłącznie estetykę), zapinamy pasy od kół, zamykamy uchwyt na rower i część po stronie haka na kluczyk, wpinamy się w gniazdo samochodu i gotowe. Zajmuje mi to obecnie około 2-3 minut i jest na tyle bezproblemowe, że czasem, kiedy dojadę na miejsce i rozpakuję rower… po prostu demontuję bagażnik rowerowy i wrzucam go do bagażnika samochodowego. Bo dlaczego nie.

Do tego dochodzi równe zero problemów z rozmontowywaniem swojego roweru czy targaniem roweru żony na dach i pytaniem, kiedy sobie kupi karbonową szosę (teraz w sumie mogę jej podpowiadać nawet rower elektryczny, skoro nie muszę tego dźwigać). A to z kolei ma uboczny pozytywny efekt w postaci spontanicznych wyjazdów – jeśli wiem, że mogę rower zamontować bez wysiłku w stanie niemal gotowym do jazdy, to ja sobie bardzo chętnie gdzieś pojadę. Choćby tu i teraz. Najwyraźniej te dodatkowe 2-3 minuty zabawy potrafią zrobić poważną różnicę.

Od strony transportowej taki rodzaj bagażnika też zbiera u mnie więcej plusów niż jego odpowiednik na dach. W aucie jest odrobinę ciszej, a do tego w razie podróży w złą pogodę, mogę po prostu ubrać rower w pokrowiec i nie martwić się, że stanie mu się coś naprawdę złego. Stabilność całego rozwiązania też nie budzi we mnie jakichś specjalnych wątpliwości, więc skoro jest dużo łatwiej i wygodniej, a do tego porównywalnie pewnie – co udało mi się sprawdzić na kilku górskich drogach – to już po prostu wiem, że do bagażnika na dach nie wrócę. Nie ma opcji.

W bonusie dodatkowo Thule Epos jest z tej szczęśliwej kategorii bagażników, które nie blokują dostępu do głównego bagażnika samochodowego – wiozłem w nim (w sensie w tym samochodowym, nie na haku) psa, zostawiając zamontowanego Eposa, odchylając go tylko na czas załadunku. Pies nie miał z tym żadnych problemów.

bagażnik na hak czy dach

A gdyby tego jeszcze było mało, to Epos ma opcjonalnie wbudowany… stojak serwisowy. Ale o tym może już w faktycznej recenzji. Na razie cieszę się, że udało mi się uświadomić sobie znów jedno – jazda samochodem z rowerem może być łatwa i fajna. Szkoda tylko tego, że ta łatwość i fajność ma swoją wysoką cenę.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać