Nie, rosyjskie boty wcale nie zniknęły. Po prostu bardzo chcieliśmy w to uwierzyć
Od początku ta historia brzmiała zbyt dobrze. Po ataku na rosyjskie centra danych Yandex zaczęto zauważać, że w internecie zrobiło się jakby spokojniej.

Ciszej. Milej. Miało to być efektem tego, że na skutek uderzenia aktywność botów w rosyjskiej sieci niemal zanikła. Wprawdzie szybko pojawiły się zastrzeżenia w stylu "tak, ale…" - które publikował m.in. Niebezpiecznik, zwracając uwagę na niuanse, o czym my także wspominaliśmy - lecz nie zdołały się przebić przez wystrzały korków od szampana, okrzyki hurra i ogólną radość, że ruskie boty i ich zwolennicy dostali po nosie.
Odczucia okazały się być ważniejsze niż fakty. Wykresy, sugerujące rzekomy związek pomiędzy atakiem a spadkiem aktywności, podziałały jak magiczne lekarstwo. Nie czekano na wyjaśnienie. Dowodów było przecież bez liku. Rzeczywiście, jest spokojniej! I u mnie cicho! Poziom dyskusji się podniósł. Zauważyliście, że pod wpisami tego i owego mniej ludzi? Zaraz, on sam jest podejrzanie milczący! Komentujący byli przekonani, że coś się zmieniło, jeden potwierdzał w przekonaniach drugiego.
Problem w tym, że poza tym ogólnym wrażeniem twardych dowodów nie było. Dane Res Futura nie potwierdzały spadku narracyjnej aktywności z powodu uszkodzenia infrastruktury. Również NASK przestrzegał przed wyciąganiem zbyt pochopnych wniosków.
Nikt nie zamierzał słuchać tych rozsądnych rad. Fala radości i optymizmu rozlała się po internecie. Nie dość, że wreszcie da się oddychać świeżym powietrzem, to jeszcze zna się źródło problemu, ba, zło otrzymało całkiem solidny cios. To teraz już wiadomo, co dalej, jesteśmy na dobrej drodze. Jasne, to nie takie proste, musi dojść do bardzo konkretnych działań, które łatwe nie są. Mimo wszystko coś wiemy.
"A teraz szybko zróbmy to, zanim dojdzie do nas, że to głupie" - mówi popularny cytat. Internet nieco go zmodyfikował: "radujmy się, zanim dojdzie do nas, że nie ma z czego". I faktycznie - nie do końca było.
Finał sprawy jest wyjątkowo gorzki
Jak pisze Niebezpiecznik, grafika, która wzbudziła tyle entuzjazmu i pozwoliła połączyć kropki, okazała się być… fałszywa. Wygenerowana została przy pomocy sztucznej inteligencji, a politycy - celowo bądź nie - powielali ją dalej, zapominając o źródle lub też nawet na niego nie bacząc.
Co więcej, niemiecki instytut badawczy Cemas zajmujący się dezinformacją, instytut Hasso Plattner i thinktank Polisphere oficjalnie zaprzeczają jakoby obserwowano spadek liczby postów, który można by wytłumaczyć atakiem na Yandex - wyjaśnia Niebezpiecznik.
Czy można dziwić się tym spontanicznym reakcjom, które wybuchły na wieść o tym, że jakiś związek rzekomo odnotowano?
Mimo wszystko będę upierał się, że nie. Choć to przecież niepokojące. Daliśmy się uwieść zbiorowej halucynacji. Tak bardzo chcieliśmy uwierzyć w taki scenariusz, więc - stało się! Tylko że wyłącznie najprawdopodobniej w naszych głowach. Najprawdopodobniej, bo wciąż w komentarzach przewija się stwierdzenie, że różnicę, wbrew wyjaśnieniom, widać.
Tylko czy na pewno mowa tutaj o amoku, zaślepieniu słodkim kłamstewkiem? Mam wrażenie, że większość zdawała sobie sprawę, że rzeczywistość może być bardziej skomplikowana. Owszem, byłoby miło, gdyby to była prawda, ale jeśli nie - bawmy się. Śmiejmy. Wykorzystajmy tę okazję, aby dopiec tym, wobec których mamy podejrzenia. Dajmy sobie trochę nadziei. Niech karnawał trwa. Wiemy, że to nie do końca na serio, ale chwila oddechu jest potrzebna.
To nie cynizm podających dalej ani głupota odbiorców - to zwykła chęć wiary w lepszy scenariusz.
Po prostu była szansa, żeby poprawić sobie humor. Być może zagraliśmy nieco nie fair, ale przecież rywal nawet nie zna tego pojęcia. Kiedy twoja drużyna przegrywa dziesięć meczów z rzędu i w końcu wygrywa, strzelając gola po ewidentnym spalonym, i tak świętujesz. Może masz z tyłu głowy, że zwycięstwo było nie do końca zasłużone, ale przecież to nie twoja wina. Masz płakać?
Większość, jak sądzę, z premedytacją posłużyła się niepewną informacją, aby wykorzystać ją do własnych celów. Ten cel był jednak prosty: odbicie sobie wieloletnich efektów prawdziwej dezinformacji, której nie tylko Polska jest regularnym celem. Teraz, kurczę, my. Nasze małe zwycięstwo polega na tym, że nagle nie widzimy waszych kłamstw, bzdur i innych haseł. Nie widzimy i już.
Sęk w tym, że to może mieć fatalne skutki, bo jak pisze Demagog:
Użytkownik, który natknie się szkodliwy post, może w niego uwierzyć w myśl logiki: "skoro rosyjskie konta-boty nie są aktywne, to ten wpis powinien być prawdziwy”.
Ale czy to nie cenna lekcja? Człowiek, mieszkaniec tego samego miasta, być może sąsiad, może myśleć tak, jak chciałby tego władze zbrodniczego państwa.
Jeszcze gorzej, że to placebo okazało się być oficjalnym lekarstwem na chorobę
O ile lud mógł świętować, zatracając się w zabawie i szaleństwie, by po chwili wrócić do spodziewanej rzeczywistości, tak zachowanie polityków jest co najmniej niepokojące. Np. minister Tomasz Siemoniak wprost stwierdził, że "ABW obserwuje znaczący, radykalny spadek działalności rosyjskich botów w sieci". Nie przedstawiono jednak twardych danych, choć wspomniano, że to "zjawisko światowe".
Kto wie, może jeszcze się takich analiz doczekamy. Na razie jednak trudno w to uwierzyć, skoro główny dowód w sprawie okazał się być zmyślonym materiałem. Poza tym bazujemy jedynie na dowodach anegdotycznych i wrażeniach.
Okazuje się więc, że receptą na dezinformację jest... dezinformacja
To niebezpieczne, że fałszywa wiadomość daje nadzieję. No bo co dalej? Można informować o jeszcze większych sukcesach, które wcale się nie wydarzyły. Niech prawda nie przeszkadza w posiadaniu dobrego humoru.
Ale - na tę chwilę i z lekkim bólem serca - rozumiem moment chwilowej zbiorowej radości. To była na swój sposób wyjątkowa chwila. Wielu wykrzyknęło: wiemy, jakie są wasze metody, wiemy, jak działacie, a teraz macie z tym problem. Chodziło o pewne symboliczne odwrócenie ról i nagłośnienie dobrze znanego faktu.
Ciągle wierzę - lub ktoś złośliwy powie, mogąc mieć rację, że to zwykłe wyparcie - że mimo wszystko zdecydowana większość bawiła się odpowiedzialnie, mając świadomość, że późniejsze zderzenie z rzeczywistością może być bolesne. Chcę wierzyć, że wiedzieliśmy, że to nieprawda - ale cóż szkodzi na chwilę puścić się poręczy. Poudawać, że jest - i może być! - lepiej. Ha, i co teraz, pochowaliście się do nor! Iluzja sprawczości, poczucia, że coś może się zmienić. Lepsze to niż nic?
Gorzej, że tę narrację podchwycili politycy. Zwiększyć dawkę placebo, niech mają! Niby mogą czuć się usprawiedliwieni. Trzeba podnieść morale, dodać ludziom otuchy. Kłamstewko jest przecież niewinne.
Lecz jeśli nie? W historię o botach, które zamilkły, łatwo było uwierzyć, bo zgadzało się z podejrzeniami komentujących: "ten mówi to i to, bo mu się to opłaca, a na powierzchnię pozwalają wypłynąć opłacane boty". Skoro zrobiło się tu i ówdzie spokojniej, nie może być przypadku, jest tak, jak myśleliśmy.
Dziś można byłoby tłumaczyć, że wiarę w zanik botów podtrzymywano w słusznej sprawie, ale definicja słusznej sprawy może szybko się zmienić i dezinformacja zostanie używana częściej i chętniej. Istnieje ryzyko, że staniemy się tym, kogo chcemy zwalczać. To oczywiście przesada, ale gdzieś granicę trzeba postawić.
Analizowany karnawał pozwalał zatracić się jeszcze na innym poziomie
Zło to oni. Te wszystkie złe rzeczy powtarzane, powielane, nakręcane przychodzą z innego świata i robią zamieszanie. Pojawiła się nadzieja, że jeśli tylko postawi się tamę, jest spokój, cisza, porządek.
Tyle że to chyba nie tak działa. Nie chcę powiedzieć, że podszepty na nic nie wpływają i można machnąć na nie ręką. Jednak jak zauważał Rafał Gdak, jad z internetu przelewa się na ulice. Nawet jeśli ktoś to ziarno zasiał, to musiało wyrosnąć na odpowiednim gruncie. Ktoś musiał te narracje podchwycić, a więc sam myślał podobnie, jedynie czekał na wiatr w plecy. A co za tym idzie wraz ze zniknięciem źródła problem wcale nie zginie, bo nadal ludzie są gotowi wypowiadać ohydne rzeczy. Nawet, jeśli powielają jakąś narrację, to nic ich nie zatrzymuje, by się pod nią podpisać. Boty mogłyby zaniknąć, oni zostaną.
Rzecz jasna to nie tak, że ta wschodnia fala dezinformacji nie jest problemem. Jest, co więcej, fakt, że atak na centra danych go nie zmniejsza, jest bardzo gorzką pigułką do przełknięcia. Rakiety, jak zauważał Niebezpiecznik, nie wystarczą.
Czytaj też: Jak przestaliśmy kochać Ukraińców. Prześwietliłem fabryki nienawiści
W komentarzach pod wpisem Niebezpiecznika widzę wpisy pełne szydery, dziwnego tryumfu: "straszą przed dezinformacją, a sami mówią nieprawdę". "Jak łatwo da się manipulować ludźmi!", "lud wszystko kupi" - mniej więcej w tym stylu.
Tak, to w dużej mierze prawda. To bardzo duże niebezpieczeństwo. Dezinformacja może być bardzo zwodnicza i służyć do wyrządzania zła, jak i dawania złudnej nadziei. Nie zachęcam do korzystania z niej, ale też zdaję sobie sprawę, co w tym konkretnym przypadku było źródłem przedwczesnego tryumfu, co zachęcało do stwierdzenia: przewietrzyło się! Była to wiara w to, że czasami szczęśliwe zakończenie jest możliwe, a odpowiedź na trudne pytanie jest prosta i logiczna. Mogę smucić się, że niektórzy politycy - celowo czy nie, to już mniej istotne - tę nadzieję podsycali. Mogę jednocześnie rozumieć tych, którzy potrzebowali takiego światełka w tunelu.
To przykre, że dziś ten efekt da się uzyskać właśnie w taki sposób - bo innych sprawdzonych i skutecznych metod jakby brakowało.
A może metoda właśnie się wyłoniła?
Skoro ludzie piszą, że na Twitterze zrobiło się spokojniej, to nie ma co czekać na kolejne ataki, ale w końcu zrobić coś z tym Twitterem, jak i każdym innym portalem społecznościowym już tylko z nazwy?
Wiem, naiwne, ogólne, nieprecyzyjne. Ale z drugiej strony naprawdę mamy współwinnego pod nosem, a i tak zaszczycamy go swoją obecnością. Jak pisał Rafał Pikuła w swoim reportażu, znacznie wcześniej sugerując rozwiązanie:
Miesiąc bez mediów (anty)społecznościowych i ich toksycznego wpływu z pewnością mógłby pomóc. Rosja i jej akolici mieliby wówczas twardy orzech do zgryzienia, a „kariery” niektórych polityków, YouTuberów czy handlarzy nienawiści uległyby załamaniu.
Skoro więc boty nie zniknęły, to my wychodzimy - powinni powiedzieć wszyscy ci chcący żyć w mediach społecznościowych bez wpływu agresorów na dyskusję. Co musi się jeszcze stać, aby sami użytkownicy powiedzieli: koniec, dość! Teraz zauważyliśmy, że nawet rakiety nie przepędzą kont regularnie szerzących szkodliwe treści. Przez chwilę można było poudawać, że ich nie ma, ale wiecznie nie możemy mieć zamkniętych oczu. W końcu trzeba przyjąć do wiadomości bolesną prawdę. Są ci, którzy podkręcają, i ci, którzy chętnie to powielają. Nie ma kogoś, kto pilnuje porządku. Dlaczego się na to zgadzać?
Może więc jej efektem powinno być krótkie: do widzenia, cześć, na razie!
Fałszywy alarm
Łatwo od zmyślonych skutków ataku się teraz zdystansować i przypominać, że od początku pachniało to właśnie takim zakończeniem. Nawet jeśli tak było, to podzielałem wiarę w to, żeby ten scenariusz choć w połowie był takim, jakim wielu oczekiwało. Sam po cichu chciałem wierzyć, że coś w tych głosach o spokoju w internecie jest prawdą. Nie udało się, co tylko pokazuje, jak groźna bywa dezinformacja - na wiele sposobów.
Pocieszyliśmy się przez chwilę, że złu można zadać niespodziewany cios. Teraz czas wrócić do zastanawiania się, co robić, aby być odpornym na jego działania każdego dnia.
W Spider’s Web od kwietnia 2021 zajmuje się tematami związanymi z ekologią, przyrodą, ochroną środowiska, architekturą, miastami przyszłości, transportem publicznym z pociągami na czele i, rzecz jasna, wpływem technologii na nasze zwykłe życie. Zaczynał od pisania o grach – przede wszystkim w serwisie gamezilla.pl, z przerwą na gram.pl. Następnie zajął się opisywaniem technologii, robiąc to w takich portalach jak next.gazeta.pl, a potem serwisach technologicznych grupy WP (tech.wp.pl, dobreprogramy.pl, gadżetomania.pl – będąc redaktorem prowadzącym – czy polygamia.pl). Prywatnie fan Morrisseya, morza, bloków z wielkiej płyty i dziwnych budynków, o których zdarza mu się zresztą pisać.