Ten wzmacniacz waży 77 kg i ma osiem wielkich lamp. W Warszawie można go jeszcze posłuchać
Są urządzenia, o których można czytać godzinami, ale w ich przypadku specyfikacja mówi tylko część prawdy. VTL Lohengrin jest jednym z nich, a dziś można przekonać się o tym na własne uszy w Warszawie.

Są urządzenia audio, których obecność na targach można potraktować jak kolejną premierę sprzętową. I są takie, obok których trudno przejść obojętnie, nawet jeśli nigdy nie planowaliśmy wydać fortuny na domowy zestaw stereo. VTL Lohengrin Reference Monoblock zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Jedna końcówka mocy waży 77 kg, ma osiem lamp mocy, oddaje do 400 W i została skonstruowana po pięciu latach prac. Na Audio Video Show 2026 można jej posłuchać na własne uszy.
I właśnie takie urządzenia najlepiej tłumaczą, po co właściwie istnieją imprezy pokroju warszawskiego Audio Video Show 2026. Lohengrin nie jest sprzętem, który większość z nas kiedykolwiek postawi w salonie. To propozycja z samego końca audiofilskiej skali, gdzie inżynierowie mogą sobie pozwolić na rozwiązania, które w elektronice konsumenckiej zwyczajnie nie miałyby ekonomicznego sensu. Tym bardziej ciekawie jest zobaczyć i usłyszeć rezultat bez konieczności proszenia sprzedawcy o dostarczenie do domu dwóch 77-kilogramowych monobloków.
Czytaj też:
Lampy? Tak. Ale zapomnijcie o stereotypie małego, romantycznego wzmacniacza

Lampowe wzmacniacze mają w świecie audio swój charakterystyczny wizerunek. Niewielka moc, rozgrzane lampy wystające z obudowy, skuteczne kolumny i słynne określenia pokroju „ciepła”, „plastyczności” czy „organiczności”, które od dekad wprawiają część audiofilów w zachwyt, a pozostałych w lekkie zakłopotanie. VTL Lohengrin Reference Monoblock bardzo skutecznie rozwala ten stereotyp.
Mówimy bowiem nie o wzmacniaczu z kilkunastoma czy kilkudziesięcioma watami na kanał, lecz o monofonicznej końcówce mocy oferującej 400 W w trybie tetrodowym. Po przełączeniu w tryb triodowy moc spada do 200 W. Każdy monoblok wykorzystuje osiem lamp 6550 lub KT88 w stopniu wyjściowym, uzupełnionych przez jedną 12AT7 oraz dwie 12BH7. Stopień wyjściowy pracuje w klasie AB1, a producent określa optymalny zakres obciążenia na 4-8 omów.
To już liczby, przy których trudno myśleć o Lohengrinie jak o uroczym lampowcu do wieczornego słuchania jazzu przy kieliszku czegoś mocniejszego. Konstruktorzy VTL próbują tutaj połączyć dwa światy: charakterystyczną topologię lampową z parametrami pozwalającymi napędzać bardzo wymagające współczesne zestawy głośnikowe.
I trzeba przyznać, że pod względem fizycznym subtelności również tu niewiele. Jeden monoblok ma około 29 cm szerokości, 49 cm głębokości i 50 cm wysokości. Waży 77 kg. Para przygotowana do transportu waży wraz z opakowaniem 227 kg. To jeden z tych rzadkich przypadków w elektronice użytkowej, kiedy przed zmianą wzmacniacza wypadałoby sprawdzić nie tylko stan konta i wymiary szafki RTV, ale też stan własnego kręgosłupa.
Osiem lamp i 400 W to dopiero początek historii
Najłatwiej byłoby sprowadzić Lohengrina do efektownej liczby lamp i jeszcze efektowniejszej mocy. Tyle że technicznie najciekawsze rzeczy dzieją się trochę głębiej. VTL informuje, że przy projektowaniu wzmacniacza wykorzystano stopnie sterujące oraz rozwiązania zasilania pochodzące z mocniejszego modelu Siegfried. Cały Lohengrin był rozwijany przez pięć lat. Producent zwraca szczególną uwagę na obniżenie impedancji wyjściowej, dzięki czemu możliwe stało się zmniejszenie wymaganego przełożenia między stopniem lampowym a obciążeniem głośnikowym i zastosowanie prostszego transformatora wyjściowego.
Transformator to zresztą jeden z kluczowych elementów konstrukcji mocnego wzmacniacza lampowego. VTL stosuje tutaj własny, wielosekcyjny transformator Reference z mocno przeplataną strukturą uzwojeń. Konstruktorzy deklarują szerokie pasmo, a cały wzmacniacz osiąga punkt -1 dB dopiero przy 100 kHz. Można oczywiście słusznie zauważyć, że człowiek nie usłyszy 100 kHz. Tyle że nie o słuchanie ultradźwięków tutaj chodzi. Tak szerokie pasmo jest parametrem opisującym zachowanie całego układu daleko poza granicą pasma akustycznego, a więc również zapas, jaki konstruktorzy pozostawili ponad zakresem użytecznym.

Lohengrin pracuje bez globalnego ujemnego sprzężenia zwrotnego. Jednocześnie użytkownik może regulować współczynnik tłumienia, a tym samym dopasowywać zachowanie końcówki do obciążenia i własnych preferencji. Producent zastosował także regulowane, precyzyjnie stabilizowane zasilanie napięcia anodowego i siatek ekranowych. Brzmi jak sprzęt, przy którym przed odsłuchem należałoby skończyć elektrotechnikę? Na szczęście niekoniecznie.
Najbardziej staroświecka technologia spotyka mikroprocesor
To chyba jeden z ciekawszych paradoksów Lohengrina. Patrzymy na lampy próżniowe, czyli technologię, której korzenie sięgają epoki na długo przed tranzystorem, a za kulisami pracuje elektronika mająca sprawić, żeby właściciel nie musiał zachowywać się jak operator zabytkowej elektrowni.
VTL zastosował automatyczne ustawianie polaryzacji lamp oraz mikroprocesorowy system kontroli. Układ monitoruje pracę stopnia wyjściowego i ma wielowarstwowe zabezpieczenia na wypadek awarii lampy. Jest ogranicznik prądu rozruchowego, tryb Standby Mute zmniejszający prąd lamp podczas postoju, a nawet dwukierunkowy interfejs RS-232 służący do sterowania i diagnostyki.
To znacznie ważniejsze, niż może się wydawać. Osiem lamp mocy na monoblok oznacza przecież szesnaście w parze stereofonicznej. Ręczna kontrola takiego zestawu szybko odebrałaby część przyjemności z posiadania ekstremalnego hi-endu. Lohengrin jest więc lampowy, ale niekoniecznie archaiczny. Raczej wykorzystuje lampy jako świadomie wybrany element toru sygnałowego, a współczesną elektronikę tam, gdzie potrafi ona zdjąć z użytkownika obowiązek ciągłego doglądania urządzenia.
Jest też druga strona 400 lampowych watów

Fizyki oszukać się nie da. Producent podaje pobór mocy wynoszący 350 W na biegu jałowym i do 900 W przy pełnej mocy. I przypomnijmy: mowa o jednym monobloku. Do stereofonii potrzebne są dwa. Nie jest to zatem sprzęt, którym warto ogrzewać sumienie opowieściami o energooszczędności. Tego rodzaju high-end powstaje według zupełnie innego zestawu priorytetów. Liczy się rezultat uzyskany z określonej topologii, a nie liczba watów pobieranych z gniazdka.
I właśnie dlatego Lohengrin jest interesujący także wtedy, gdy patrzymy na niego bez audiofilskiego nabożeństwa. To maszyna zaprojektowana w epoce niewielkich, niezwykle wydajnych wzmacniaczy klasy D, która świadomie wybiera kompletnie inną drogę. Gigantyczne transformatory, lampy, masa liczona w dziesiątkach kilogramów i setki watów strat nie wynikają tu z niewiedzy o istnieniu nowocześniejszych rozwiązań. Są konsekwencją decyzji, że najważniejszy jest określony sposób realizacji wzmacniacza.
Możemy się z tą filozofią nie zgadzać czy uważać ją za ekstrawagancję. Ale właśnie wtedy odsłuch staje się ciekawszy, bo zamiast dyskutować na forum o wyższości jednej topologii nad drugą można zwyczajnie usiąść i przekonać się, co ona daje.
A jak to właściwie ma brzmieć?
Tutaj warto postawić wyraźną granicę między marketingiem a tym, co rzeczywiście można stwierdzić. VTL opisuje Lohengrina jako konstrukcję łączącą dużą moc z szybkością, finezją i muzyczną swobodą. Producent deklaruje precyzyjną, rozległą scenę, dobrą reprodukcję mikrodynamiki oraz liniowy, dobrze kontrolowany bas. To jednak, rzecz jasna, opis samego producenta i nie ma powodu traktować go jak wyniku niezależnego testu. Znacznie ciekawszy jest fakt, że Lohengrin nie pojawia się w Warszawie znikąd.
Już podczas warszawskiej wystawy w 2025 r. zaprezentowano prototyp tych monobloków. Relacjonujący imprezę dla Stereophile Jason Victor Serinus bardzo wysoko oceniał wówczas salę z Lohengrinem, zwracając uwagę między innymi na otwartość, przejrzystość, naturalność barw oraz sposób oddawania perkusji i talerzy. VTL przytacza tę relację na stronie produktu. To nadal subiektywna opinia jednego recenzenta, a nie wynik pomiaru. W audio jest to rozróżnienie szczególnie ważne. Ale przypadek Lohengrina pokazuje zarazem coś, czego specyfikacją techniczną rozstrzygnąć się po prostu nie da. Trzeba go posłuchać.
I właśnie dlatego targi audio nadal mają sens
Możemy w Internecie sprawdzić wymiary, moc, pasmo, impedancję i liczbę lamp, obejrzeć każde urządzenie pod każdym kątem, przeczytać testy, znaleźć pomiary i obejrzeć kilkudziesięciominutowy materiał na YouTube nagrany przez człowieka posiadającego kable głośnikowe droższe od naszego samochodu. Tylko że dźwięku nadal nie da się przesłać w taki sposób, żeby odbiorca usłyszał za pomocą swoich słuchawek lub głośników to, co naprawdę robi prezentowany system. I tu Audio Video Show 2026 ma przewagę nad niemal każdym internetowym testem elektroniki.
Tegoroczna edycja obejmuje 196 sal prezentacyjnych i 262 wystawców. Oficjalna strona mówi o 700 markach, sprzęcie audio kosztującym od około 100 zł aż po systemy warte nawet 10 mln zł. Wszystko rozdzielono pomiędzy PGE Narodowy oraz hotele Radisson Blu Sobieski i Golden Tulip.

Ta skala jest ważniejsza od samej liczby premier. Jednego dnia można bowiem przechodzić między sprzętem, który potencjalnie faktycznie kupimy do domu, a konstrukcjami stanowiącymi odpowiednik supersamochodów w świecie audio. Nie trzeba przy tym udawać, że każdy odwiedzający jest potencjalnym klientem zestawu za kilka milionów złotych. Przeciwnie. Cała zabawa polega właśnie na tym, że nie jest.
Lohengrin czeka na PGE Narodowym
Jeżeli chcecie zacząć zwiedzanie od bohatera tego tekstu, sprawa jest prosta. Pokaz VTL Lohengrin Reference Monoblock znajduje się na PGE Narodowym, w sali 209. I zdecydowanie nie jest to jedyna ekstremalna konstrukcja, którą można tam zobaczyć. Na tegorocznej liście atrakcji znajduje się system z kolumnami Wilson Audio Autobiography, którego szacowana wartość wynosi około 10 mln zł, a także system z kolumnami Acapella Sphäron Excalibur wyceniany na około 8 mln zł czy potężne YG Acoustics Ultimate Titan, gdzie jedna kolumna waży aż 455 kg.
Paradoksalnie nie traktowałbym jednak tych astronomicznych kwot jako najważniejszego powodu odwiedzenia wystawy. Ceną łatwo zrobić nagłówek. Dużo trudniej pokazać, dlaczego ludzie nadal eksperymentują z technologią reprodukcji dźwięku, skoro z czysto użytkowej perspektywy problem „jak głośno odtworzyć muzykę z telefonu” rozwiązaliśmy już dawno temu.
Lohengrin jest świetną odpowiedzią. To 77-kilogramowa demonstracja tego, co się dzieje, gdy producent uznaje, że rozsądne gabaryty, niski pobór energii i atrakcyjna cena przestają być najważniejszymi punktami specyfikacji. Można uznać to za inżynieryjną sztukę. Można za absurd. Zapewne po trochu jest jednym i drugim. Ale właśnie dlatego warto tego posłuchać.
Został ostatni dzień Audio Video Show 2026
Kto czyta ten tekst w niedzielę, 25 października, ma jeszcze szansę. Audio Video Show 2026 trwa dziś do godz. 17:00. PGE Narodowy, Radisson Blu Sobieski i Golden Tulip są trzema lokalizacjami tegorocznej imprezy, a oficjalny system sprzedaży podaje cenę jednodniowego biletu online wynoszącą 61 zł. Opaska wydawana przy wejściu umożliwia przemieszczanie się tego dnia pomiędzy wszystkimi trzema lokalizacjami.
Jeżeli natomiast ktoś potrzebuje bardzo prostego pretekstu, żeby w niedzielę ruszyć się z kanapy, oto on: na PGE Narodowym stoi wzmacniacz lampowy opracowywany przez pięć lat, ważący 77 kg na kanał i dostarczający 400 W z ośmiu lamp mocy. Nie musicie wierzyć VTL, że przybliża słuchacza do „intencji artysty”. Nie musicie nawet wierzyć recenzentom. W tym cały urok Audio Video Show. Możecie pójść i sprawdzić sami.
Redaktor Spider's Web - ekspert w tematykach Microsoftu i RTV. Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.