10 dni bez sklepu, lodówki i prądu. Postanowiłem przygotować się na kryzys
Wojna to scenariusz, którego nikt z nas nie chce, ale warto przygotować się na sytuację, w której nagle zabraknie prądu, wody, możliwości zrobienia zakupów czy dostępu do podstawowych usług. Sprawdziłem, co naprawdę warto mieć w domu na wypadek kryzysu, od jedzenia i wody, przez leki i powerbanki, aż po rzeczy, o których łatwo zapomnieć.

Na początek dwie sprawy. Pisanie o takich sprawach nigdy nie jest łatwe. W każdym z nas jest przecież lęk przez przyklejeniem łatki panikarza i wyśmianiem. Trudno, wolę być panikarzem i obiektem drwin, niż być nieprzygotowany w trudnym momencie. Najwyżej wszyscy się pośmiejemy i wrócimy do codziennych zdarzeń.
Druga sprawa dotyczy samego powodu takich przygotowań. Dociera do nas coraz więcej sygnałów, że nadchodzące miesiące mogą być niespokojne. W Polsce mamy już do czynienia z regularnymi sabotażami, nie inaczej jest za naszą zachodnią granicą. Nasi rządzący już kilkukrotnie ostrzegali, że Rosja może zaatakować kraje NATO, a przynajmniej nasilić kampanię ataków na naszą infrastrukturę krytyczną.
Ktoś może machnąć ręką i powiedzieć, że przesadzam, że nic nam nie grozi, nic złego się nie stanie. W takim momencie przed oczami stają mi moi znajomi z Ukrainy, mieszkający w Zaporożu. Oni do ostatniej chwili nie wierzyli, że Rosja zaatakuje. Dzień przez bestialską inwazją na ich kraj kładli się spać z głębokim przekonaniem, że następny dzień będzie taki, jaki inne - spokojny, bez bombardowań i wystrzałów. I to, pomimo że cały świat widział czołgi stojące u granic ich kraju.
Pewnych sygnałów nie można lekceważyć
Oczywiście nie wierzę, że po naszych ulicach przetoczą się rosyjskie czołgi, że zabraknie jedzenia, czy leków. Jednak potencjalne uderzenia w nasz sektor energetyczny i pierwsze dni wojny (oby nigdy do niej nie doszło) mogą spowodować panikę i poważne utrudnienia, zanim sytuacja jako tako wróci do normy.
Nie chciałbym spędzić tych dni w kolejkach i po ciemku. Dlatego postanowiłem się przygotować. Mam nadzieję, że okaże się to całkowicie zbędne. Nie chcę dopuścić do sytuacji, w której zwykły brak możliwości zrobienia zakupów przez kilka dni staje się poważnym problemem.
Nie chcę też tym tekstem wzbudzać paniki. Chodzi mi tylko i wyłącznie o zwrócenie uwagi na fakt, że o nasze bezpieczeństwo musimy zadbać także sami.
Zacząłem od jedzenia. Takiego, które może po prostu leżeć
Na początek zrobiłem rzecz najbardziej oczywistą, zacząłem gromadzić zapas jedzenia. Nie robię jednak o robienie zapasów jak na wojnę atomową i kupowanie produktów, których normalnie nigdy bym nie zjadł. Chodzi rzeczy, które mają długi termin przydatności, są kaloryczne, można je przechowywać bez lodówki i, co dla mnie bardzo ważne, można zjeść bez gotowania.
To ostatnie może mieć większe znaczenie, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Jeżeli zabraknie prądu, nie będzie działała lodówka, ale problemem może być również przygotowanie ciepłego posiłku. Dlatego w moich zapasach znalazły się produkty, które można otworzyć i po prostu zjeść.
Konserwy, żywność pakowana próżniowo, produkty wysokokaloryczne jak czekolada i batoniki, trwałe pieczywo, bakalie, orzechy, masło orzechowe czy dania gotowe w słoiku typu fasolka po bretońsku, które mogą przez długi czas leżeć w szafce i nie wymagają ani lodówki, ani kuchenki.
Patrzę przy tym nie tylko na termin przydatności, ale również na kaloryczność. W sytuacji kryzysowej nie potrzebuję przecież wielkiego wyboru potraw. Potrzebuję jedzenia, które dostarczy organizmowi energii i pozwoli normalnie funkcjonować. Zrobiłem więc zapas produktów, które sam rzeczywiście jem, zamiast kupować przypadkowe zestawy survivalowe, tylko dlatego, że mają wojskowo wyglądające opakowanie.
Dla trzech osób przygotowałem zapas żywności na 10 dni zapewniający około 60–75 tys. kcal. W moim przypadku oznacza to 15 konserw mięsnych po 300 g, 10 konserw rybnych po około 170 g oraz 15 słoików z gotowymi daniami po 500 g. Do tego dorzuciłem 10 puszek fasoli, ciecierzycy i groszku po około 400 g. Taki zestaw daje już całkiem solidną bazę, a większość tych produktów można zjeść bez gotowania.
Do tego potrzebne są oczywiście produkty, które dostarczą sporo kalorii, ale zajmą mniej miejsca. Kupiłem około 3 kg pieczywa trwałego, sucharków i chleba chrupkiego, 3 półkilogramowe słoiki masła orzechowego oraz 2 kg orzechów i bakalii. Same te produkty dostarczą mniej więcej 30 tys. kcal, a jednocześnie można je jeść bez żadnego przygotowania i przechowywać przez długi czas.
W moim zapasie znalazło się również około 1,5 kg czekolady, 15 wysokokalorycznych batonów oraz kilka puszek owoców. Czekolada nie jest oczywiście podstawą zdrowej diety, ale w sytuacji awaryjnej ma jedną ogromną zaletę, przy niewielkiej objętości dostarcza bardzo dużo energii. Poza tym dobrze mieć coś słodkiego, co choć na chwilę poprawi morale, gdy przez kilka dni będziemy żyć w zupełnie innych warunkach niż zwykle.
Cały taki zestaw powinien dostarczyć około 80 tys. kcal, czyli średnio około 2700 kcal dziennie na osobę przez 10 dni. To daje pewien zapas ponad minimalne założenia i pozwala nie martwić się o każdą dodatkową kromkę czy porcję jedzenia. Przy zakupach zwróciłem tylko szczególną uwagę na sposób przechowywania, dania w słoikach czy inne produkty powinny być przeznaczone do przechowywania w temperaturze pokojowej, bo w sytuacji braku prądu nie możemy zakładać, że lodówka będzie działać.
Pamiętajmy o zwierzętach
I jest jeszcze jedna ważna kwestia - zwierzęta. One przecież nie wiedzą, że mamy kryzys. Nie mogę przygotować zapasów dla siebie i jednocześnie zapomnieć o nich. Dlatego zapas jedzenia dla moich zwierząt traktuję dokładnie tak samo jak własne zapasy. Karma musi być trwała i mieć długi termin przydatności.
Nie zamierzam oczywiście kupować jedzenia na kilka lat. Zrobiłem mi o rozsądny zapas, który pozwoli przetrwać dni, w których sklepy mogą być zamknięte, dostawy opóźnione, a wyjście z domu po zakupy może być zwyczajnie trudne lub niebezpieczne. Przy okazji taki zapas można na bieżąco zużywać i uzupełniać, dzięki czemu nic nie musi się zmarnować.
Świeczki kosztują niewiele, a mogą okazać się bardzo przydatne
Kolejna rzecz jest banalnie prosta. Świeczki.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić życie bez elektryczności. Wystarczy jednak kilka godzin bez prądu, żeby mieszkanie po zmroku stało się zupełnie innym miejscem. Latarka oczywiście jest podstawą, ale uznałem, że warto mieć również zwykłe świeczki. Nie zajmują wiele miejsca, kosztują niewiele i mogą zapewnić przynajmniej trochę światła wtedy, gdy nie będzie można po prostu nacisnąć włącznika.
Oczywiście świeczek nie należy zostawiać bez nadzoru. Traktuję je raczej jako bardzo prosty i awaryjny element wyposażenia, a nie podstawowe źródło światła. Mam też latarki i zapas baterii. W kryzysie szczególnie docenia się rzeczy, które normalnie uważa się za nudne i oczywiste.
Ja zdecydowałem się na zakup tak zwanych podgrzewaczy. Znajdują się one w aluminiowych pojemnikach i przez to są dużo wygodniejsze i bezpieczniejsze niż tradycyjne świeczki.
Powerbank może być ważniejszy, niż się wydaje
Drugim drobiazgiem, który postanowiłem mieć pod ręką, są powerbanki. Telefon w czasie kryzysu przestaje być tylko urządzeniem do rozmów i przeglądania internetu. Może być źródłem informacji, sposobem kontaktu z rodziną, mapą, czy narzędziem do wezwania pomocy.
Dlatego sam telefon niewiele mi da, jeżeli jego bateria rozładuje się po kilkunastu godzinach, a w gniazdku nie będzie prądu. Powerbanki pozwalają ten problem przynajmniej częściowo rozwiązać. Ważne jest oczywiście, żeby były naładowane i regularnie sprawdzane. Nie ma większego sensu kupowanie ich dzisiaj, wrzucenie do szuflady i przypomnienie sobie o nich dopiero podczas awarii.
Kupiłem dla siebie dwa powerbanki 20000 mAh.
Leki, nie chcę czekać do ostatniej chwili
Kolejna pozycja na mojej liście to leki i podstawowe środki medyczne. Nie chcę tworzyć domowej apteki na każdą możliwą chorobę. Chodzi przede wszystkim o to, żeby w razie problemów mieć pod ręką podstawowe środki pierwszej pomocy oraz zapas leków, które przyjmujemy regularnie.
W normalnych warunkach, gdy czegoś potrzebuję, idę do apteki. W sytuacji kryzysowej może się jednak okazać, że apteka jest zamknięta, dostawa nie dotarła albo zwyczajnie nie da się do niej dotrzeć. Dlatego uważam, że rozsądne jest posiadanie niewielkiego zapasu (w moim przypadku na miesiąc) najpotrzebniejszych rzeczy i pilnowanie ich terminów przydatności.
Nie zamierzam oczywiście kupować leków na wszelki wypadek bez konsultacji z lekarzem. Szczególnie w przypadku leków przyjmowanych stale nie powinno się samodzielnie zmieniać dawkowania ani gromadzić przypadkowych preparatów.
I wreszcie woda. Bo bez niej nie ma żadnego planu
Na końcu zostawiłem rzecz, która jest prawdopodobnie najważniejsza - wodę.
O jedzeniu często mówi się jako o podstawie przygotowań kryzysowych, ale człowiek może przetrwać bez jedzenia znacznie dłużej niż bez wody. Dlatego zapas wody pitnej powinien być dla mnie ważniejszy niż zapas ciastek, konserw czy nawet najbardziej wymyślnych racji żywnościowych.
Oczywiście przechowywanie dużej ilości wody w mieszkaniu ma swoje ograniczenia. Butelki zajmują miejsce i ważą naprawdę dużo. Dlatego oprócz samego zapasu wody zainteresowałem się również filtrami, które w awaryjnej sytuacji pozwalają uzdatnić wodę z dostępnych źródeł. Nie traktuję ich jednak jako magicznego rozwiązania problemu. Filtr musi być dobrany do konkretnego zastosowania, a jego możliwości mają swoje granice. Ja wybrałem tak zwane słomki życia, kupiłem dwie sztuki. Dzięki nim można pić bezpiecznie wodę z rzeki, a nawet kałuży. Do tego kupiłem pięć pięciolitrowych butli z wodą.
Chcę mieć jedno i drugie, pewien zapas gotowej wody oraz możliwość jej dodatkowego uzdatniania, gdyby sytuacja naprawdę tego wymagała. W końcu można mieć pełną szafkę jedzenia, naładowane powerbanki i najlepsze latarki na rynku, ale jeżeli zabraknie bezpiecznej wody pitnej, cały plan bardzo szybko przestaje mieć znaczenie.
I chyba właśnie o to chodzi mi w tych przygotowaniach najbardziej. Nie o przewidywanie wojny ani tym bardziej o straszenie nią, ale o przygotowanie się na sytuację, w której przez kilka dni albo tygodni coś przestaje działać tak, jak powinno. Bez prądu, bez możliwości zrobienia zakupów, z utrudnionym dostępem do podstawowych usług.
Jeżeli nigdy się to nie wydarzy, tym lepiej. Zapas jedzenia zjemy, powerbanki wykorzystamy podczas kolejnego wyjazdu, a świeczki kiedyś się wypalą. I naprawdę chciałbym, żeby właśnie tak skończyła się ta historia.
Główna ilustracja przygotowana przy pomocy AI.
Dziennikarz Spider's Web. Specjalizuje się w tematyce militariów i obronności. Pisze również o nauce - głownie o kosmosie. Jest pasjonatem lotnictwa, broni pancernej i miłośnikiem symulatorów. Interesuje się historią konfliktów oraz Chin i Wietnamu w XX wieku. Dziennikarzem jest od 1998 roku. Pracował w Super Expressie, Gazecie Wyborczej, Purepc. Jest autorem trzech książek poświęconych wojnie w Wietnamie. Prywatnie interesuje się również fizyką, grami, kotami i kolarstwem górskim.