REKLAMA

W muzeum poprosili, żebyśmy nie korzystali z telefonów. Dorośli zamienili się w dzieci

Nawet chwilowa przerwa od telefonów to dla niektórych za dużo. Pokusa jest zbyt silna, żeby móc się oprzeć.

prado

Dobrych kilka lat temu po internecie hulała fotka z jednego z muzeów. Przedstawiała dzieci czy też nastolatków przesiadujących na pufach, wpatrzonych w ekrany telefonów. Za nimi zaś były obrazy mistrzów. Dzieła sztuki jednak nie zaprzątały ich głów. A przynajmniej właśnie to sugerowała fotografia, po zobaczeniu której wielu łapało się za głowy, narzekając na okrutne czasy. Rembrandt, Van Gogh czy inny Caravaggio przegrywali z internetowymi gwiazdkami, o których świat miał szybko zapomnieć. Arcydzieła nie okazały się tak ciekawe, jak durny filmik - utyskiwano dodając, że dawniej takie zachowanie było nie do pomyślenia. Nikt by takiej okazji nie zmarnował, starsze pokolenia trzeba byłoby wołami odciągać od podziwiania malowideł. No, ale czasy się zmieniły. Niestety. 

Wówczas nie dołączałem do chóru marud. Przecież fotografia wcale nie była ostatecznym dowodem potwierdzającym przypuszczenia oskarżycieli. Być może młodzi właśnie doczytywali, które ucho odciął sobie ucho Van Gogh i w zasadzie to dlaczego sięgnął po brzytwę. Może pragnęli się dowiedzieć, z jakiego powodu Caravaggio zamienił Rzym na Neapol. Niewykluczone, że po sześciogodzinnej wycieczce, w trakcie której nawiązali przyjaźń ze sztuką mającą trwać do końca ich żyć, wreszcie postanowili odetchnąć i tak, zajęli umysł głupotkami, lecz tylko na chwilę. To przecież wcale nie oznacza, że postawili wyżej banalne sprawy od nieśmiertelnej sztuki. Nie wiedząc nic, na podstawie tylko jednego zdjęcia, wydano wyrok: współczesny świat jest do niczego, z młodzieży nic nie będzie, dobrze to już było. 

Gdyby to samo zdjęcie pojawiło się w sieci dziś, po której stanąłbym stronie? Wydaje mi się, że po tej samej, co wtedy, ale to fakt - nie ufam sam sobie. Co więcej, dopuszczam do siebie myśl, że może i pamiętałbym o tym, że fotografia nie mówi wszystkiego, ale wiemy, jak jest. Codziennie dostajemy dowody na to, że to, co na ekranie, jest ważniejsze od tego, co dzieje się wokół. 

"Coraz mniej ważne jest co Ty zapamiętasz i przeżyjesz. Ważniejsze jest to, co zapisze Twój telefon" - napisał na swoim facebookowym profilu Daniel Petryczkiewicz, komentując zdjęcie przedstawiające obserwatorów zaćmienia Słońca. Tyle że widzowie tego spektaklu patrzyli na scenę przez ekran telefonów, którymi robili zdjęcia. I jasne, może to jedno z wielu oszustw fotografii. Może tylko uchwycono ten właśnie moment, kiedy smartfony poszły w górę. Nie pokazały zaś, jak przez cały wieczór rozmawiano, dzielono się sposobami na podziwianie zjawiska, wymieniano poradami, nawiązywano nowe znajomości, wzmacniano stare. Nawet jeśli tak było, to i tak najważniejszy moment sprowadził się do wyciągnięcia telefonów. Co zrobić - tacy już jesteśmy. 

I jesteśmy świadkami podobnych słabości zdecydowanie zbyt często

Pisał o tym niedawno Rafał Gdak: 

Galeria Uffizi we Florencji. Po wielogodzinnym zwiedzaniu docieramy do przepięknego dzieła Wenus z Urbino Tycjana. Siadamy na ławeczce. Zerkam na sąsiadkę, która przewija TikToka. Nie wiem, czy nawet raz spojrzała na obraz, tak była zaabsorbowana tym, co postuje ten lub inny influencer. Tycjan raczej nie wzbudził jej uwagi. 

Właśnie dlatego wizyta w madryckim muzeum Prado nabrała dodatkowego znaczenia. Owszem, Goya, Velázquez - wiadomo. Ale ciekawiło mnie, jak na odbiór obrazów wpłynie fakt, że podczas przechadzania się po salach nie wolno robić zdjęć. O zakazie przypomniano na bilecie, komunikaty pojawiały się też na tabliczkach prawie że na każdym kroku. Czy dzięki tej przerwie od telefonu docenię sztukę jeszcze bardziej, głębiej, prawdziwej niż w innych placówkach, gdzie fotografować każdy może tyle, ile dusza zapragnie? 

Jeśli obrazy i rzeźby w Prado są dowodem na to, że człowiek zdolny jest do rzeczy wielkich, tak oglądający je goście potwierdzili siłę ludzkiej niedoskonałości i kruchość woli silnej tylko z nazwy. Nie zabrakło osób wierzących, że zakazy istnieją również - a może nawet: szczególnie - po to, aby je łamać.

Co jakiś czas widać było śmiałków, którzy wyciągali telefon zza pazuchy, żeby szybko dokonać zabronionego czynu

Mało komu udawało się to zrobić bez zwrócenia uwagi czujnych pracowników muzeum. Ci natychmiast interweniowali, napominając gagatków. Nie zawsze skutecznie, bo sam widziałem kilku recydywistów, którzy bawili się w kotka i myszkę z ochroniarzami. 

Poczułem się jak na klasowej wycieczce. Powroty nawet myślami do szkolnych czasów w moim przypadku nigdy nie są przyjemne, ale tym razem trudno było nie ubawić się komizmem całej tej sytuacji. Dorośli ludzie, w poważnym otoczeniu światowej klasy malowideł i wielkich nazwisk, zachowywali się jak urwisy z 3b. "Ostatnia ławka, cisza!" - upominała ich nauczycielka, ale ci po chwili spokoju znowu dokazywali. Tyle że nie rzucali kuleczkami z papieru ani nie wypisywali głupot na marginesach - po prostu nie mogli się powstrzymać, aby sięgnąć po telefon. No i jest jeszcze jedna różnica: lata edukacji mieli dawno za sobą. Chęć do dokazywania im nie przeszła.

Można by ich usprawiedliwić. Smartfon nie służył im po to, aby zrobić szybką przerwę na TikToka czy przeglądanie Instagrama. Nie odwracali się plecami od sztuki, wręcz przeciwnie - chcieli zabrać ją do siebie, mieć ją zawsze przy sobie. Robili z niej użytek, poniekąd doceniając w ten sposób artystów. 

Jakaś pamiątka być musi - jak nie z wewnątrz, to z zewnątrz

Dlaczego zakaz w ogóle wprowadzono? Zwykle tłumaczy się to koniecznością ochrony dzieł, a flesze mogą uszkadzać malowidła. W przypadku Prado istotne znaczenie ma też fakt, że muzeum nie chce być drugim Luwrem. Władze zdają sobie sprawę, że fotografowanie obrazów przekłada się na większe kolejki, przed pracami robi się tłoczno, trzeba walczyć o swoje, aby cokolwiek zobaczyć. A nie o to powinno chodzić podczas obcowania ze sztuką. 

I faktycznie te ograniczenia mają sens. W muzeum byłem pod koniec lipca, teoretycznie w szczycie wakacyjnego sezonu. Nie dość, że w środku tygodnia nie było kolejek po bilety - choć i tak na wszelki wypadek kupiłem wcześniej w sieci - to muzeum nie było zatłoczone. Owszem, przy niektórych najsłynniejszych obrazach stały grupki, ale daleko było do scen znanych właśnie z paryskiego muzeum, gdzie podziwianie w spokoju choćby Mona Lisy jest w zasadzie niemożliwe.

Kilka osób przypominało o obecności technologii, wyciągając swoje telefony, ale rzeczywiście dało się odpocząć od pokusy fotografowania dzieł, które się podobały

Trochę mi tego brakowało - w muzeach często nie fotografuję samych obrazów czy prac, ale informacje o ich autorach. Jasne, mogłem robić notatki, ale się nie przygotowałem. Chciałem respektować zasady, więc nie sięgałem po telefon nawet w celu zapisania malowideł. Z drugiej strony obrazy można oglądać też na stronie, więc jest szansa na odświeżenie pamięci. 

Czy znajdując się w sali z czarnymi obrazami Goyi chłonąłem je bardziej niż gdybym miał możliwość sięgnięcia po telefon, aby sfotografować każdy z nich? Trudno mi powiedzieć. Mam wrażenie, że nadal siedziałbym zachwycony i dał się przygnieść ich niezwykłością. Z perspektywy czasu jednak jeszcze bardziej doceniam fakt, że po prostu je oglądałem, nie dałem się rozproszyć, starając się je zapamiętać, przyglądając się uważnie niezwykłym, przerażającym twarzom, na których widać było szaleństwo, smutek, rozpacz. Nie da się ich zapomnieć nawet jeżeli nie uchwyciło się ich na prywatnej fotografii. 

Nie pamiętam już, czy na klatkach schodowych można było fotografować. Zawsze szczególnie doceniam obrazy, które znajdują się gdzieś pomiędzy, w drodze z jednego piętra na drugie. Niby są częścią ekspozycji, ale nie na głównych salach. Trafiły do muzealnego czyśćca - nie odgrywają głównej roli, ale nie skazano je na czasowe potępienie, zsyłając do piekieł, jakimi są magazyny. 

To właśnie na półpiętrze, w małej wnęce, do której zaglądałem wcześniej sprawdzając, jaki jest z niej widok na jedną z sal znajdujących się niżej, ukrył się później pracownik muzeum. Siedział i przeglądał telefon. Wydawało mi się to szczególnie zabawne. Cała jego praca polega w dużej mierze na tym, aby ganiać tych, którzy w wolnej chwili chwytają za telefon, a w wolnej chwili robi to samo. Kiedy wielu chce uwiecznić dzieła, do czego potrzebny jest im telefon, on przed wielkimi obrazami ucieka, a schronienie dają pewnie media społecznościowe. I w sumie trudno mu się dziwić. Raz jeszcze chciałbym wejść do sali z czarnymi obrazami Goyi, ponownie spojrzeć na niezwykłe portrety Velázqueza, poświęcić im zdecydowanie więcej czasu. Ale kiedy ich bohaterowie patrzą na ciebie codziennie, dzień w dzień, znasz ich zbyt dobrze, nagle głupi filmik na TikToku lub dyskusja w komentarzach o nowym nabytku ulubionego klubu staje się wybawieniem. 

Był to też symboliczny dowód na to, że od ekranów ucieczki nie ma - pochłaniają nawet tych, którzy przed nimi mają chronić. Ale choć obecność telefonów w Prado bywała wyczuwalna, to kierunek muzeum wydaje się być słuszny. Każda przerwa, by docenić tu i teraz, wydaje się być wartą wykorzystania. 

Zdjęcie główne: Alex Segre / Shutterstock

Adam Bednarek
Redaktor

W Spider’s Web od kwietnia 2021 zajmuje się tematami związanymi z ekologią, przyrodą, ochroną środowiska, architekturą, miastami przyszłości, transportem publicznym z pociągami na czele i, rzecz jasna, wpływem technologii na nasze zwykłe życie. Zaczynał od pisania o grach – przede wszystkim w serwisie gamezilla.pl, z przerwą na gram.pl. Następnie zajął się opisywaniem technologii, robiąc to w takich portalach jak next.gazeta.pl, a potem serwisach technologicznych grupy WP (tech.wp.pl, dobreprogramy.pl, gadżetomania.pl – będąc redaktorem prowadzącym – czy polygamia.pl). Prywatnie fan Morrisseya, morza, bloków z wielkiej płyty i dziwnych budynków, o których zdarza mu się zresztą pisać.