Nowy rodzaj fali upałów. Pożera śnieg dwa razy szybciej
Normalnie górski śnieg uwalnia wodę stopniowo przez wiele tygodni. Jedna szczególna fala upałów potrafi przyspieszyć ten proces niemal dwukrotnie.

W górach śnieg to ogromny naturalny zbiornik, który przechowuje wodę i oddaje ją stopniowo wraz z nadejściem cieplejszych miesięcy. Naukowcy opisali właśnie szczególny rodzaj fali upałów, który potrafi gwałtownie otworzyć ten magazyn i niemal dwukrotnie przyspieszyć topnienie.
To nie jest zwykły ciepły dzień w górach
Autorzy pracy opublikowanej w Science Advances nazwali takie zdarzenia snow-eater heat waves, czyli dosłownie falami upałów pożerającymi śnieg. Samo określenie nie jest jednak do końca nowe. Już w XIX w. mieszkańcy zachodniej części Ameryki Północnej mówili o wiatrach zdolnych błyskawicznie zjadać śnieg. Nowością jest jednak to, że naukowcy po raz pierwszy stworzyli precyzyjne kryteria pozwalające wyszukiwać takie zjawiska w danych pogodowych i badać je jako osobną kategorię.
Nie każda wiosenna fala ciepła zasługuje jednak na tę nazwę. Badacze przyjęli, że zdarzenie musi wystąpić między 19 marca a 1 lipca. Temperatura powietrza musi być co najmniej o 6 st. C wyższa od typowej dla danej pory i miejsca, a jednocześnie przez całą dobę pozostawać powyżej 0 st. C. Takie warunki muszą utrzymać się przez minimum 3 kolejne dni.
Szczególnie ważna jest noc. Podczas zwykłej wiosennej odwilży śnieg może mocno topnieć w dzień, a nocny mróz ponownie zamraża jego powierzchnię i spowalnia cały proces. Pożeracz śniegu nie daje pokrywie takiego odpoczynku. Temperatura przez kilka dób nie spada poniżej zera, więc energia cały czas trafia do śniegu.
Z 9 mm robi się około 18 mm dziennie
Do sprawdzenia rzeczywistego tempa topnienia wykorzystano dane ze stacji SNOTEL monitorujących pokrywę śnieżną w zachodnich Stanach Zjednoczonych. Normalnie w okresie od drugiej połowy marca do początku lipca pokrywa traciła średnio około 9 mm ekwiwalentu wodnego dziennie. Podczas dni należących do fal pożerających śnieg wartość rosła do około 18 mm. Nie chodzi tutaj jednak o 18 mm grubości samej warstwy śniegu. Ekwiwalent wodny pokazuje, ile wody pozostałoby po stopieniu pokrywy, dzięki czemu można porównywać śnieg o różnej gęstości.
Różnica jest więc ogromna. W ciągu kilku dni znika zapas wody, który w bardziej typowych warunkach byłby uwalniany znacznie dłużej. Od lat 50. XX w. w górach zachodnich Stanów Zjednoczonych naukowcy identyfikowali średnio 3-5 takich zdarzeń rocznie. Pojedyncza fala zwykle trwała od 3 do 5 dni. To wystarczy, aby mocno zmienić sytuację hydrologiczną całego regionu.
Naukowcy zestawili katalog pożeraczy śniegu z 11 największymi wiosennymi powodziami związanymi z topnieniem pokrywy śnieżnej w zachodnich USA. W przypadku 7 z nich taki epizod wystąpił maksymalnie 5 dni przed powodzią albo w czasie jej trwania.
Nie oznacza to, że każdą z tych katastrof spowodowała wyłącznie fala upałów. Powódź zależy od wielu czynników: ilości śniegu zgromadzonego zimą, wilgotności gleby, opadów, temperatury czy możliwości przyjęcia wody przez rzeki i zbiorniki. Związek jest jednak na tyle wyraźny, że autorzy chcą uwzględniać ten typ zdarzenia w prognozowaniu ekstremalnego topnienia.
Najbardziej spektakularnym przykładem była wiosna 1983 r. w Utah. Po wyjątkowo śnieżnej zimie gwałtowne ocieplenie uruchomiło topnienie tak szybkie, że woda zalewała miejscowości i infrastrukturę. W Salt Lake City jeden z potoków wystąpił z brzegów do tego stopnia, że fragment ulicy zamieniono tymczasowo w kanał.
Pożeracze śniegu zajmują coraz większy obszar
Badacze cofnęli się znacznie dalej niż do współczesnych pomiarów terenowych. Wykorzystali reanalizę atmosferyczną obejmującą lata 1850-2015, czyli rekonstrukcję dawnych warunków pogodowych stworzoną na podstawie historycznych obserwacji i modeli. Wynik pokazuje bardzo wyraźną zmianę.
Od połowy XIX w. przeciętny obszar objęty falami pożerającymi śnieg zwiększał się o około 102 tys. km2 na każde stulecie. Ich częstotliwość rosła mniej więcej o 1 zdarzenie na stulecie. Jeszcze mocniej zmienił się termin występowania. Pierwszy taki epizod w sezonie pojawia się obecnie znacznie wcześniej. Trend wyliczony dla badanego okresu odpowiada przesunięciu o około 1 miesiąc wcześniej na każde stulecie. To bardzo istotne, ponieważ wcześniejsze topnienie nie zwiększa ilości dostępnej wody. Ono tylko zmienia moment, w którym woda zostaje uwolniona.
W wielu górskich regionach Zachodu zimowa pokrywa śnieżna działa jak olbrzymia infrastruktura wodna, za którą nikt nie musiał płacić. Śnieg gromadzi opady wtedy, gdy zapotrzebowanie na wodę jest stosunkowo niewielkie. Wiosną i latem stopniowo się topi, zasilając rzeki, zbiorniki, rolnictwo i miasta w okresie, gdy deszczu zaczyna brakować.
Podobne znaczenie pokrywy śnieżnej opisywaliśmy na Spider’s Web również w kontekście polskich Tatr. Stabilny śnieg nie jest tylko atrakcją dla narciarzy. To rezerwuar, z którego woda przez kolejne miesiące trafia do potoków i gruntu. Pożeracz śniegu psuje ten harmonogram.
Woda może spłynąć w momencie, gdy zbiorniki nie są gotowe jej przyjąć, zwiększając ryzyko powodzi. Kilka miesięcy później tej samej wody może brakować podczas największych upałów i suszy. Paradoks polega więc na tym, że gwałtowne topnienie może oznaczać najpierw zbyt dużo wody, a potem zbyt mało.
Na razie zbadano tylko zachodnią część USA
Badanie objęło góry zachodnich Stanów Zjednoczonych, a użyta definicja została dostosowana właśnie do tamtejszych warunków i danych. Nie możemy więc przenosić wyników na Himalaje czy Tatry. Podobne okresy długotrwałego ciepła nad zalegającym śniegiem oczywiście występują również w innych częściach świata, ale trzeba je osobno przebadać.
Autorzy zwracają też uwagę na ograniczenie samego modelowania. Potencjalne topnienie nie zawsze jest równoznaczne z rzeczywistą utratą śniegu. Jeśli przed nadejściem upału w górach prawie nie ma pokrywy, nawet idealny pożeracz śniegu nie będzie miał czego zjadać.
Zobacz także:
Wynik daje jednak hydrologom nową rzecz do obserwowania. Wcześniej wiosenna fala upałów była przede wszystkim anomalią temperatury. Teraz wiadomo, że odpowiednia kombinacja ciepłych dni i nocy może być osobnym zagrożeniem dla zasobów wodnych.
A wraz z coraz cieplejszym klimatem niepokoi nie tylko to, że takich epizodów przybywa. Najbardziej wymowny jest kalendarz: pożeracze śniegu docierają w góry coraz wcześniej, czyli dokładnie wtedy, gdy powinny tam jeszcze leżeć największe zapasy wody na nadchodzące lato.
*Źródło grafiki wprowadzającej: Ave Calvar Martinez, Pexels / Canva Pro
Redaktor Spider's Web specjalizujący się w tematyce naukowej. O nowych technologiach zaczął pisać w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później współtworzył treści dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.