REKLAMA

Te przeglądarki pożerają pamięć. Nikt o nic nie pyta

Chrome i Edge po cichu pobierają nawet 20 GB modeli AI. Windows i macOS robią się ciasne - i to nie z naszej winy.

Chrome Edge brak pamięci

W świecie, w którym przeglądarka internetowa już dawno przestała być tylko „oknem na Internet”, a stała się czymś w rodzaju mini‑systemu operacyjnego, dzieją się rzeczy coraz bardziej… kreatywne. Najnowszy przykład? Google Chrome i Microsoft Edge, które według świeżych doniesień - potwierdzonych w dokumentacji obu firm - mogą po cichu pobierać na dysk nawet 20 GB danych związanych z lokalnymi modelami AI. Tak, dobrze czytasz: przeglądarka może zarezerwować sobie tyle miejsca, ile zajmował kiedyś cały dysk w laptopie twojego rodzica.

Przeglądarki chcą być „AI-ready”. A to kosztuje

Historia zaczęła się już w maju, gdy odkryto, że Chrome potrafi automatycznie pobrać około 4 GB modelu AI, jeśli komputer spełnia odpowiednie wymagania. Google tłumaczył to chęcią uruchamiania części funkcji AI lokalnie, bez wysyłania wszystkiego do chmury. Brzmi rozsądnie - prywatność, szybkość, mniejsze obciążenie serwerów. Problem w tym, że nikt nie spodziewał się, że przeglądarka zacznie zachowywać się jak pakiet Adobe Creative Cloud.

Czytaj też:

Teraz Google zaktualizował swoją dokumentację i wymienia wprost: aby Chrome mógł pobrać lokalny model AI komputer musi mieć około 20 GB wolnego miejsca. Co ciekawe, nie oznacza to, że sam model zajmuje 20 GB - to raczej próg bezpieczeństwa, który musi zostać spełniony, aby pobieranie w ogóle ruszyło. Ile zajmuje sam model? Tego Google nie precyzuje, ale wygląda na to, że mniej.

Microsoft Edge i niekoniecznie pożądane funkcje AI

Microsoft Edge nie chciał być gorszy i wprowadził identyczny próg. Ba, dorzucił nawet dodatkowy warunek: minimum 5,5 GB VRAM na GPU. To już nie jest przeglądarka, to jest aplikacja, która zaczyna konkurować o zasoby z grami AAA.

20 GB wolnego miejsca - dla wielu komputerów to realny problem

Jeśli masz laptopa z 1 TB SSD, to prawdopodobnie wzruszysz ramionami. Ale w świecie Windowsa wciąż żyją miliony urządzeń z dyskami 128 GB, a nawet 64 GB. W takich konfiguracjach Chrome rezerwujący sobie kilka gigabajtów może być problemem, a wymaganie 20 GB wolnego miejsca - wręcz blokadą.

Warto pamiętać, że Windows 11 sam w sobie potrafi być łakomy na przestrzeń. Do tego dochodzą aktualizacje, pliki tymczasowe, gry, zdjęcia, projekty, a teraz jeszcze przeglądarka, która chce być lokalnym centrum AI. W efekcie użytkownik może zacząć zastanawiać się, dlaczego system nagle krzyczy o braku miejsca, mimo że nic nie instalował.

Edge przynajmniej deklaruje, że jeśli wolnego miejsca spadnie poniżej 10 GB, to model zostanie automatycznie usunięty. Chrome takiej automatyki nie oferuje - ale można ręcznie wyłączyć funkcje on-device AI w ustawieniach.

Czy to jest w ogóle potrzebne? To pytanie, które warto zadać

Lokalne modele AI mają swoje zalety: działają szybciej, nie wymagają wysyłania danych na serwer, mogą działać offline. Ale czy przeglądarka naprawdę musi mieć własny model AI? Czy nie wystarczy, że system operacyjny ma Copilota, a Google ma swoje chmurowe Gemini?

W praktyce wygląda to tak, że każda duża firma technologiczna chce mieć swoje AI działające lokalnie, bo to daje im przewagę w marketingu i pozwala tworzyć funkcje, które nie zależą od zewnętrznych usług. Problem w tym, że użytkownik końcowy zaczyna płacić za to miejscem na dysku - i to niemałym.

Google Chrome i niekoniecznie pożądane funkcje AI

Największy problem nie polega na tym, że modele AI zajmują miejsce. Największy problem polega na tym, że przeglądarki robią to po cichu. Bez pytania, bez ostrzeżenia, bez wyraźnej zgody użytkownika. W czasach, gdy walczymy o transparentność i kontrolę nad własnymi danymi, takie zachowanie wygląda jak krok wstecz.

Wyobraź sobie sytuację: kupujesz tani laptop do pracy, masz 128 GB SSD, instalujesz Chrome’a, a po kilku tygodniach system zaczyna krzyczeć o braku miejsca. Wchodzisz w ustawienia, patrzysz na foldery, a tam jakieś tajemnicze gigabajty zarezerwowane przez przeglądarkę. To nie jest doświadczenie, które buduje zaufanie.

Przyszłość przeglądarek: AI-bloatware?

To, co widzimy teraz, może być początkiem nowego trendu. Przeglądarki będą coraz bardziej „inteligentne”, a to oznacza coraz większe modele, coraz większe wymagania i coraz większą ingerencję w zasoby komputera. Jeśli producenci nie zaczną komunikować tego wprost, to możemy dojść do momentu, w którym przeglądarka będzie ważyć tyle, co kiedyś cały system operacyjny.

Może to czas, by zadać sobie pytanie: czy naprawdę potrzebujemy AI w każdym programie? Czy przeglądarka musi być inteligentna, czy wystarczy, że jest szybka, lekka i stabilna? Jeśli korzystasz z Chrome’a lub Edge’a na Windowsie 11 czy Macu to warto raz na jakiś czas sprawdzić, co dzieje się w folderach przeglądarki. AI wchodzi do naszych komputerów drzwiami i oknami - i czasem zostawia po sobie sporo bagażu.

A jeśli twój laptop zacznie nagle prosić o więcej miejsca, to zanim zaczniesz usuwać zdjęcia z wakacji sprawdź, czy to nie przypadkiem przeglądarka postanowiła zostać domowym centrum sztucznej inteligencji.

*Zdjęcie otwierające wygenerowane za pomocą AI

Maciej Gajewski
Redaktor

Redaktor Spider's Web - ekspert w tematykach Microsoftu i RTV. Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.