REKLAMA

Znaleźliśmy drugą Ziemię. Módlmy się, żebyśmy nie odkryli tam życia

Astronomowie właśnie wykryli atmosferę wokół skalistej egzoplanety w ekosferze swojej gwiazdy. Planeta LHS 1140-b ma odpowiedni rozmiar, temperaturę i co najważniejsze - posiada też atmosferę. Ma więc wszystko, czego potrzeba, żeby pytanie: "czy jest tam życie?" przestało być li tylko retoryczne.

Znaleźliśmy drugą Ziemię. Módlmy się, żebyśmy nie odkryli tam życia

Ta egzoplaneta krąży zaledwie 48 lat świetlnych od nas - rzut beretem w kosmologicznych odległościach. Blisko nawet w ujęciu naszej galaktyki, która rozciąga się na ponad 100 tysięcy lat świetlnych.

Czytaj też:

Jeszcze nie wiemy, czy jest tam życie. Może w ogóle nie dowiemy się tego za naszego istnienia tutaj na Ziemi. Ale po raz pierwszy w historii nauki to pytanie ma konkretny adres do sprawdzenia i… teleskopy zdolne próbować na nie odpowiedzieć.

Zadajmy wiec inne pytanie - nie: "czy tam jest życie?", lecz: "a co by się stało tutaj, na Ziemi, gdybyśmy się dowiedzieli, że jednak tak?"

Dzień zerowy. Ogłoszenie

Wyobraź sobie konferencję prasową z udziałem wszystkich głównych agencji kosmicznych świata. Nikt by nie odważyłby się ogłosić czegoś takiego samodzielnie. "Mamy jednoznaczne dowody biologicznych sygnatur w atmosferze planety w odległości 48 lat świetlnych" - pada ogłoszenie.

Pierwsze godziny - euforia. Media wrzeszczące w każdym języku świata. Nagłówki tak duże, że przysłaniają wszystkie inne newsy o wojnach, konfliktach i szalonych przywódcach ziemskich państw. Wyceny akcji firm kosmicznych skaczą o kilkaset procent w ciągu godzin. A potem przychodzi świt następnego dnia. I zaczyna się to, co bezpowrotnie zmienia życie na Ziemi.

Religie świata dostają egzystencjalny cios

Czytaj też:

Żadna z 3 wielkich religii abrahamowych - chrześcijaństwo, islam, judaizm - nie jest przygotowana na ten moment. Nie dlatego, że są głupie czy złe, ale dlatego, że zostały zbudowane na założeniu, które nigdy nie zostało zakwestionowane przez twarde dowody - że człowiek jest centrum stworzenia.

"Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię", i ziemia jest miejscem, dla którego to wszystko powstało. Bóg stworzył człowieka na swój obraz. Posłał swojego Syna na tę konkretną planetę, do tego konkretnego gatunku. Całe teologiczne gmachy chrześcijaństwa stoją na założeniu, że historia Boga i człowieka jest historią centralną, a nie jedną z miliardów.

Odkrycie życia na LHS 1140-b nie obaliłoby istnienia Boga. Radykalnie skomplikowałoby jednak pytania: dlaczego Bóg miałby się skupiać na nas? Co z tamtymi? Czy mają swoją religię? Czy im też Bóg posłał kogoś? Czy zbawienie działa dla wszystkich planet, czy tylko dla Ziemi?

Teolodzy będą to interpretować przez dekady. Milionom wiernych - szczególnie tym, których wiara jest prosta i dosłowna - grunt usunie się spod nóg w ciągu jednej chwili. Nasze ziemskie historie dobitnie pokazują, co dzieje się z religiami, gdy tracą fundament dosłowności - albo się radykalizują, albo rozpadają.

I natychmiast narodzą się nowe

To zasada tak stara, jak sama ludzkość: gdy stary porządek pęka, nowe religie wypełniają próżnię szybciej niż ją opuszczają stare.

Już dziś istnieją ruchy religijne oparte na wierze w kosmitów, np. raelici, różne odłamy New Age. Po oficjalnym odkryciu rozkwitną w tysiącach wersji. Niektóre będą twierdzić, że LHS 1140-b to raj, że tamtejsze istoty są bogami, którzy stworzyli nas jako eksperyment. Inne, że kontakt z nimi jest celem ludzkości, nową formą zbawienia. Jeszcze inne, że to zagrożenie - demony, zapowiedź końca świata, znak Apokalipsy.

Każda odpowiedź na fundamentalne pytania: kim jesteśmy, skąd przyszliśmy, co jest celem naszego istnienia, stanie się potencjalnym fundamentem nowej wiary. A ludzkość w swojej masie, w obliczu egzystencjalnego wstrząsu zawsze szuka wiary. Nie nauki, lecz wiary.

Gospodarki przebudują się w ciągu jednej dekady

W 1961 r. Kennedy powiedział "lecimy na Księżyc nie dlatego że jest łatwo, ale dlatego że jest trudno" i całe pokolenie Amerykanów, a za nimi wszystkie społeczeństwa zachodnie, zorganizowały się wokół tego celu. Kosmiczny wyścig pochłonął zasoby, których skala dziś wydaje się niewyobrażalna. Stworzył przy okazji internet, GPS, teflon i dziesiątki innych technologii, które zmieniły codzienne życie.

Odkrycie życia na LHS 1140-b uruchomi wyścig kosmiczny bez precedensu. Nie między USA a Sowietami. Między całą ludzkością a… odległością 48 lat świetlnych. Przy obecnych technologiach to kilkanaście tysięcy lat podróży. Przyspieszenie konieczne do dotarcia tam w sensownym czasie wymagałoby fizyki, której jeszcze nie mamy.

Ale ludzkość zaczęłaby do niej dążyć z determinacją, której nie widzieliśmy od czasów budowy katedry Notre-Dame - projektu na pokolenia, finansowanego przez całą cywilizację. Budżety obronne krajów zamieniałyby się w budżety kosmiczne. Inwestycje w fizykę, biologię, sztuczną inteligencję miałyby jeden wspólny parasol - jak dotrzeć do LHS 1140-b zanim oni dotrą do nas?

Polityczny chaos, jakiego świat nie widział

Czytaj też:

Odkrycie życia poza Ziemią natychmiast rodzi pytanie: kto będzie mówił w imieniu ludzkości? Kto odpowie na sygnał - jeśli go wyślemy? Kto zdecyduje, czy w ogóle go wysłać? Co odpowiedzieć, w jakim języku, w czyim imieniu, z jakim przesłaniem?

ONZ nie ma mechanizmu do podejmowania takich decyzji. Żaden traktat międzynarodowy nie reguluje pierwszego kontaktu z obcymi. Stany Zjednoczone będą twierdzić że skoro ich teleskop odkrył planetę, to oni mają głos decydujący. Chiny powiedzą, że reprezentują 1,4 miliarda ludzi i mają przynajmniej ten sam mandat do reprezentowania ludzkości. Indie powiedzą zresztą to samo. Unia Europejska zażąda wspólnej europejskiej odpowiedzi i zacznie przygotowywać tony regulacji prawnych.

Jednocześnie wszyscy będziemy zadawać sobie pytania: a co, jeśli tamci są bardziej zaawansowani? Co, jeśli kontakt uruchomi coś, czego nie przewidzieliśmy? Co, jeśli odpowiedź zdradzi naszą lokalizację czemuś wrogiemu?

Jeden z największych fizyków drugiej połowy XX w. Stephen Hawking ostrzegał przed pierwszym kontaktem przez całe dekady. Mówił, że odkrycie przez zaawansowaną cywilizację Ziemi może być dla nas tym, czym odkrycie Ameryki było dla rdzennych mieszkańców. Czyli zagładą.

Nie istnieje żaden globalny mechanizm demokratyczny, by dojść do globalnego konsensusu. Wybuchną zbrojne konflikty.

Nauka - paradoksalnie - może się zatrzymać

Odkrycie, że gdzieś tam jest życie nie odpowiada na pytania. Mnoży je. Czy tamte organizmy mają DNA? Czy używają tych samych aminokwasów? Czy życie jest zawsze węglowe, czy może parte jest na innej chemii? Czy ewolucja prowadzi zawsze w tym samym kierunku - ku złożoności, ku inteligencji? Czy mogą mieć świadomość inaczej zorganizowaną niż nasza?

Każde z tych pytań rozsadza fundamenty biologii, chemii, fizyki, neurologii, filozofii świadomości. To paradoksalne, ale odkrycie, że nie jesteśmy sami może na dekady sparaliżować naukę, bo cały dotychczasowy dorobek okaże się zbyt ziemiocentryczny, by sensownie interpretować nowe dane.

48 lat świetlnych. I jednak blisko

LHS 1140-b to najlepsza znana nam kandydatka na planetę z życiem: odpowiednia orbita wokół swojej gwiazdy, odpowiednia temperatura, atmosfera. Jeszcze nie wiemy, co znajduje się w tej atmosferze. James Webb Telescope szuka biosygnatur: tlenu, metanu, ozonu, związków chemicznych, które raczej nie istnieją bez organizmów biologicznych.

Ale załóżmy, że je znajdzie. Co wtedy?

Przy obecnych technologiach podróż do LHS 1140-b zajęłaby kilkanaście tysięcy lat. Nawet przy hipotetycznym napędzie osiągającym 10 proc. prędkości światła - najambitniejszy scenariusz, jaki poważna fizyka rozważa dziś - to wciąż 480 lat w jedną stronę. Żaden człowiek ani żadna znana nam technologia nie dotrze tam w czasie sensownym dla jakiejkolwiek żywej cywilizacji. Ale może podróż nie jest konieczna.

Liu Cixin w "Problemie Trzech Ciał" opisał coś, co fizycy kwantowi traktują jako poważną spekulację: splątanie kwantowe jako medium komunikacji bez ograniczeń odległości. Jeśli uda się wysłać splątane cząstki i utrzymać koherencję kwantową na odległość 48 lat świetlnych - co oczywiście dziś brzmi jak science fiction, ale nie jest wykluczone przez żadne znane prawo fizyki - można by obserwować, co dzieje się na tej planecie bez ruszania się z Ziemi. Bez opóźnienia, w czasie rzeczywistym.

Odkrycie życia na LHS 1140-b uruchomiłoby wyścig technologiczny z intensywnością, jakiej nauka nie widziała nigdy. To odkrycie zmieniłoby życie na Ziemi bezpowrotnie. Religie rozpadłyby i odrodziłyby się w nowych formach. Polityka przeorganizowałaby się wokół pytań, na które żaden demokratyczny mechanizm nie ma odpowiedzi. Gospodarki przemodelowałyby priorytety w ciągu jednej dekady. Nauka musiałaby przepisać fundamentalne założenia o tym czym jest życie.

Przede wszystkim jednak zmieniłoby się coś subtelniejszego i głębszego - poczucie własnego miejsca w kosmosie. Przez całą historię ludzkości byliśmy jedynymi. Byliśmy jedyną historią wartą opowiedzenia. Czy jesteśmy gotowi na inne narracje?

Patrząc na to, jak radzimy sobie z wyzwaniami, które już mamy: z klimatem, nierównościami, demokracją, AI, mam poważne wątpliwości, czy odkrycie, że nie jesteśmy sami, wyszłoby nam na dobre.

Najpiękniejsza wiadomość w historii ludzkości mogłaby okazać się jednocześnie najbardziej destrukcyjną.

Przemysław Pająk
Redaktor

Ojciec założyciel i rednacz Spider's Web w jednym. Słynie z bufonowatych tyrad, w których ogłasza prawdę objawioną i jedyną. W Sieci zaczynał pisać, gdy większość Czytelników Spider's Web chodziła jeszcze w pampersach. Wymądrza się głównie na temat biznesu technologicznego, ale tak naprawdę ma wiele do powiedzenia na tematy wszelakie.