Mam dość przerzucania zakupów trzy razy. Markety, przestańcie marnować mój czas
Tesco wprowadziło to już w 2017 r., a dziś wciąż traktujemy to jak eksperyment. Dlaczego duże sieci boją się skanowania zakupów przez klientów? To przecież jest wspaniałe.

Skanowanie produktów w trakcie zakupów to jedna z tych technologii, które absolutnie nie brzmią jakoś bardzo rewolucyjnie, dopóki chociaż raz w życiu z nich nie skorzystasz. Potem zwykła wizyta w supermarkecie zaczyna wyglądać jak jakiś prehistoryczny rytuał. Bierzesz produkt z półki, wkładasz go do wózka, potem jedziesz do kasy, wyciągasz ten sam produkt i kładziesz na taśmie. Kasjer (albo ty sam) go skanuje, ty odkładasz do wózka, a potem pakujesz do torby. Usługa typu Scan&Go usuwa z tego procesu najbardziej irytujący, bezsensowny etap.
Scan&Go to absolutny gamechanger. Nie zapraszam do dyskusji
Wchodzisz do sklepu, odpalasz aplikację (albo bierzesz dedykowany skaner), zdejmujesz produkt z półki, skanujesz kod i od razu (to słowo klucz) wrzucasz go do swojej torby zakupowej. Aplikacja na bieżąco sumuje koszyk. Przy wyjściu pokazujesz na kasie kod kreskowy, klikasz zapłać i wychodzisz. Rewolucja polega na ścięciu całej logistyki wokół wózka. Z perspektywy konsumenta to rozwiązanie ma cztery niepodważalne zalety:
- pakujesz towar tylko raz – produkt trafia z półki prosto tam, gdzie jego ostateczne miejsce;
- masz pełną kontrolę nad budżetem – w tradycyjnym sklepie suma na paragonie uderza cię w twarz dopiero przy kasie. Przy Scan&Go widzisz narastającą kwotę po każdym piknięciu;
- koniec ze stresem przy kasie – nie walczysz o milimetry miejsca na brudnej taśmie, nie gonisz turlających się produktów, nie pakujesz ich w panice, czując na karku morderczy wzrok kolejki.
- to zbawienie dla dużych zakupów – kasy samoobsługowe są świetne, gdy kupujesz bułki i jogurt. Przy pełnym wózku wielkich zakupów na cały tydzień, żonglowanie towarem na malutkiej wadze kasy samoobsługowej przypomina grę w Tetrisa na poziomie ekspert.
Największa rewolucja polega jednak na tym, że produkt trafia do torby raz, a nie odbywa pielgrzymkę przez pół sklepu
Najgorsze jest to, że my już to mieliśmy
Najbardziej irytujące w tym wszystkim jest to, że nie mówimy o technologii z Doliny Krzemowej, na którą Polska musi poczekać dekadę. To już u nas było. Pamiętam doskonale, jak jeszcze w 2017 r. w krakowskim hipermarkecie Tesco na Kapelance wprowadzano usługę Scan&Shop. Brało się do ręki żółty skaner, pakowało produkty do siatki i płaciło bez kolejek. Były specjalne kasy, synchronizacja i wygoda. Jak wiemy, brytyjska sieć ostatecznie zniknęła z naszego kraju w 2021 r. po przejęciu sklepów przez operatora Netto, a wraz z nią zniknęły i skanery.
Dziś tę usługę powoli odkopuje z mroków historii Kaufland, posiada ją Carrefour, testuje to również Lidl. Czyli problemem wcale nie jest brak technologii czy niemożność wdrożenia systemu w polskich warunkach. Problemem jest to, że polski handel detaliczny wciąż traktuje to rozwiązanie jak ciekawostkę, a nie jak oczywisty, rynkowy standard.
Dlaczego sieci nadal trzymają nas przy taśmach?
Z punktu widzenia klienta to czysta wygoda, ale z perspektywy dyrekcji sieci handlowej to niestety organizacyjne pole minowe. Wdrożenie tego nie sprowadza się do dodania nowego przycisku w aplikacji.
Po pierwsze – ryzyko kradzieży i pomyłek. Klient może czegoś nie zeskanować. Czasem celowo, częściej przypadkiem. Takie organizacje jak ECR Retail Loss od lat traktują self-checkout i samoobsługowe skanowanie jako strefę podwyższonego ryzyka (tzw. zjawisko walkaway, czyli wyjścia bez prawidłowego zamknięcia transakcji). Sklep musi opierać się na wyrywkowych kontrolach, skomplikowanych algorytmach i systemach powiązanych z kontem klienta. Zaufanie to podstawa, ale amerykański Sam’s Club poszedł o krok dalej – łączą Scan&Go z weryfikacją koszyka przy wyjściu opartą na technologii computer vision, żeby system sam sprawdzał opłacenie towaru bez robienia z uczciwych ludzi potencjalnych złodziei.
Po drugie – integracja oprogramowania. Aplikacja musi natychmiast, w czasie rzeczywistym, widzieć setki tysięcy cen, aktualne promocje, produkty ważone, kody z pieczywem, alkoholem czy artykułami z naklejonymi zabezpieczeniami magnetycznymi. Warzywa, wypieki, zasada drugi taniej, usuwanie pozycji po namyśle – to wszystko komplikuje system, który w dłoniach klienta ma wyglądać banalnie.
Nie chcę sklepu przyszłości. Chcę sklepu, w którym nie robię tej samej roboty dwa razy
Nie potrzebuję sklepów rodem z filmów science fiction, w których drony znoszą mi produkty z regałów, a inteligentne wózki same nawigują do samochodu. Nie wymagam, żeby po przekroczeniu progu marketu witał mnie uśmiechnięty hologram. Chcę po prostu elementarnego szacunku dla mojego czasu i mojej energii.
Przeczytaj także:
Tradycyjny proces, w którym najpierw wkładamy ciężki produkt do wózka, potem mozolnie wyciągamy go na brudną taśmę, a kilkadziesiąt sekund później znów w popłochu upychamy w siatkach, to nic innego, jak zmuszanie klienta do wykonywania potrójnej, absurdalnej roboty. Dopóki zarządy wielkich sieci handlowych nie zrozumieją, że najlepszą innowacją dla konsumenta nie jest kolejna wirtualna zdrapka w smartfonie, tylko ucięcie tego bezsensownego, logistycznego obłędu przy kasie, dopóty większe zakupy pozostaną dla nas stresującym, fizycznym obowiązkiem.
Rozwiązania typu Scan&Go udowadniają, że można inaczej. To powrót do czystej logiki. Bierzesz z półki, pakujesz prosto do torby, płacisz kodem i wychodzisz. Tylko tyle i aż tyle.
*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.