Zawyły syreny, a mi przeszły po plecach ciarki. Wiedziałem, że to testy, a i tak się bałem
Wiedząc, że to tylko ćwiczenia, i tak ogarnął mnie duży niepokój.

Akurat ten Alert RCB był wyjątkowo potrzebny - komunikat o syrenach przyszedł w poniedziałek. Wiedziałem, że dziś mają być testowane systemy alarmowe, a i tak wzdrygnąłem się, gdy zaczęły wyć. Wystarczyła chwila, by przypomnieć sobie o próbach i zorientować się w sytuacji, ale ten moment zaskoczenia wybił z rytmu. A jeśli ktoś mimo wszystko nie wiedział, że to jedynie ćwiczenia, zapomniał, zignorował komunikaty, po prostu nie został poinformowany?
Syrena wyła gdzieś w pobliżu, jej dźwięk był wyraźnie słyszalny nie tylko ze względu na uchylone okno. Z dala słychać było też inne, niosły się po mieście. Nie wiem, który dźwięk był gorszy. Ten pobliski, wwiercający się w uszy, czy właśnie te odleglejsze, zniekształcane przez echo, odbijające się od bloków i budynków.
I jeszcze ta aura. Mroczno, deszczowo, ponuro. Nieprzyjemnie.
Wiem, jak wręcz głupio to brzmi. Co, przestraszyłeś się?
Sceny jak z powieści albo filmu o bardzo złych czasach, kiedy nadciąga mrok i zło ogarnia całe miasto? Trzy minuty ciągną się w nieskończoność, ciarki idą po całym ciele, ciemne chmury złowieszczo przesuwają się po niebie, ptaki nerwowo wzbijają się do lotu. Wyobraźnia podpowiada różne scenariusze.
Tak, naprawdę się przestraszyłem. Naprawdę zrobiło się nieswojo, nieprzyjemnie. Ale jednocześnie wiem, jak bardzo teatralne były to odczucia. Prawdziwe, ale jednak też przesadzone, podkręcone. Bo przecież nic mi nie zagraża. Nic złego się nie dzieje. Syrena skończyła wyć, testy najprawdopodobniej się udały, można wracać do codzienności i normalności.
Tymczasem dla wielu osób podobne dźwięki to codzienność. Codziennością jest realne zagrożenie życia. Kilka temu doszło do jednego z największych ataków batalistycznych na Kijów, jedna osoba zginęła, co najmniej 16 osób jest rannych. Powinno być mi głupio, że tak zareagowałem na alarm. Wyobrazić sobie przez chwilę, że to jednak nie ćwiczenia - istna groza, rzeczywiście. A przecież doskonale wiem, że takich momentów wyobrazić sobie nie sposób, nie da się odgadnąć, jak to jest. I obyśmy nigdy nie musieli tego przeżyć.
Tyle że przecież te testy odbywają się nie bez powodów. To coś więcej niż tylko standardowa procedura, przeprowadzona "bo tak trzeba". Ryzyko, że syreny mogą być naprawdę niezbędne, jest dużo większe niż 10 lat temu. Niż 6 lat temu.
Pytanie "a co jeśli?" nad nami gdzieś wisi
Niby raczej dalej niż bliżej, nie zaprząta głów przez większą część czasu i na pewno nie wszystkim, ale jest. A co, jeśli Rosja zaatakuje kraje nadbałtyckie? A co, jeśli ta wojna będzie trwać i trwać? A co, jeśli Ukrainie nie uda się wytrwać?
A co, jeśli wcale nie jestem tak bezpieczny, jak mi się wydaje? Przesada zadawać takie pytania, a co, jeśli wcale nie? No bo przecież drony potrafiły przedostać się wgłąb kraju. Prawie rok temu mieszkańcy niektórych powiatów otrzymali SMS-y o treści "UWAGA: zagrożenie atakiem z powietrza". Lotnictwo operowało nad miejscami zamieszkania moich kolegów z pracy. Wojna jest daleko i blisko, chociaż wiem, że na to stwierdzenie wielu mogłoby się oburzyć. Powiedzieliby: nie, wojna nie jest blisko ciebie, ty nawet nie wiesz co to znaczy, jest blisko nas, to nam zagraża, a ty jesteś bezpieczny. I mieliby na pewno rację.
Ciągle wzbraniam się przed tym stwierdzeniem, boję się go: "wojna nam spowszedniała". Dziś może nie być wcale tak odkrywcze, skoro podobne hasła padały już w 2022 r. Jeśli to jednak prawda, to jak to o nas świadczy - przywykliśmy do tak strasznych zdarzeń, które dzieją się tuż za naszymi granicami. Po ulicach naszych miast chodzą ludzie, których wojna dotknęła w bezpośredni sposób, którzy stracili, tracą i będą tracić tam bliskich. Jak mogło nam to spowszednieć, jak mogliśmy do tego doprowadzić?
Ale może wcale wojna nam nie spowszedniała. Stało się coś znacznie gorszego
Spowszednienie jeszcze wcale nie oznacza akceptacji. Człowiek do wszystkiego musi się w końcu przyzwyczaić. Owszem, np. poderwanie myśliwców, o czym dość regularnie informują media, za każdym razem brzmi groźnie, ale gdybyśmy na wszelkie tego typu komunikaty reagowali strachem czy paniką byłoby jeszcze gorzej.
Trzeba żyć, nawet ze świadomością, że miasta, które wcale nie są tak daleko od nas, są atakowane. To przecież wcale nie jest tym samym, co zgoda na tego typu działania czy brak współczucia dla ofiar.
Może byłoby nawet lepiej, gdyby wojna spowszedniała i ludzie przestaliby zwracać uwagę, że wokół nich żyją ci, którzy uciekli przed rosyjskim oprawcą. Może tak byłoby naprawdę lepiej. Tymczasem osoby, które przybyły do Polski, bo chciały zaznać spokoju, bezpieczeństwa, po prostu ratowały swoje życie, dziś muszą obawiać się, że będą wyzywane, atakowane, szykanowane, poniżane - tylko dlatego, że nie są stąd.
Muszą odpowiadać za nieswoje winy, pokutować za krzywdy, których nie wyrządzili. Muszą tłumaczyć się przed samozwańczymi strażnikami przeprowadzającymi absurdalne kontrole, bo ci wymyślili sobie, że mają prawo przepytywać innych, co robią w Polsce i dlaczego. Muszą słuchać też tych, którzy takie zachowania usprawiedliwiają, tłumaczą, marginalizują.
A przecież wiem, przeczuwam, boję się: będzie jeszcze gorzej. Bo to tak wielu osobom się opłaca. Nawet jeśli wcale tak nie myślą, nawet jeśli wiedzą, że to złe, i tak nie mogą się oprzeć, aby osiągnąć krótkoterminowe, doraźne cele.
Może właśnie tego wszystkiego przestraszyłem się słysząc dźwięk syreny alarmowej. Wojna wcale nie jest tak daleko nas.
„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.