REKLAMA

Szczęśliwy jak Polak. Jesteśmy zadowoleni z życia, dane nie kłamią

Zmianę rzeczywiście widać, ale jednak ciągle jest miejsce, gdzie tych pozytywnych odczuć jakby mniej. I przez to cały czar optymizmu pryska.

radosc z zycia

"W drugim kwartale [2026 r.] postrzeganie poziomu życia respondentów i ich rodzin, podobnie jak w poprzednich, było jednoznacznie pozytywne" - zwraca uwagę CBOS w swoim "Kwartalnym bilansie nastrojów społecznych". 

Od początku roku średnie ocen z miesiąca na miesiąc minimalnie poprawiały się. W czerwcu wskaźnik zadowolenia z poziomu życia osiągnął najwyższą wartość nie tylko w ciągu ostatniego roku, ale i w ostatnich latach - zaznaczono w dokumencie.

Różne badania i publikacje z roku na rok wskazują na to, że Polacy są coraz bardziej szczęśliwi. Opublikowany pod koniec 2025 r. Eurobarometr dla Polski donosił, że aż 91 proc. mieszkańców Polski deklaruje zadowolenie z życia. Było to o 5 punktów procentowych więcej niż średnia dla ogółu Europejczyków. 

Uwagę zwracał fakt, że ostatnie 20 lat to spora zmiana w nastrojach. Jeszcze w 2004 r. tylko 68 proc. Polek i Polaków było zadowolonych z życia, jakie prowadzi. Od tego czasu radość rosła: Barometr wskazywał, że w 2014 roku było to już 84 proc. badanych, a od 2022 roku odsetek zadowolonych utrzymuje się na poziomie 90 proc. i więcej.  

Według World Happiness Report z marca 2026 r. Polska znajduje się w gronie 15 proc. najszczęśliwszych narodów świata. Gabriel Chrostowski na łamach "Pulsu Biznesu" zauważał, że gonimy czołówkę. "W 2011 roku różnica we wskaźniku satysfakcji życiowej między Polską a Finlandią wynosiła 1,8 pkt, natomiast dziś jest to już tylko 1,0 pkt" - dostrzegał. 

Zadowolony jak Polak

I jakby się nad tym zastanowić: coś w tym jest. Owszem, możemy jeszcze zazdrościć tej stereotypowej beztroski, z którą kojarzymy m.in. południowe nacje. Słynny memiczny polski uśmiech, wyrażający raczej ponurą niż radosną naturę, dalej bywa naszym znakiem rozpoznawczym na świecie. Ale rzeczywiście nie jest źle. Jesteśmy pomocni i życzliwi. Oczywiście nie zawsze i nie wszędzie.

W ostatnich tygodniach z łatwością znajdziemy zdarzenia, które temu wszystkiemu zaprzeczają i mogą utrudniać patrzenie w przyszłość z optymizmem. Kiedy jednak zastanawiam się nad wynikami badań, mogę na ulicy znaleźć potwierdzenie choćby sondażu CBOS. Da się dostrzec powiew optymizmu, szczególnie w porównaniu z ostatnimi latami. Wyrażany jest w małych, drobnych gestach, w częstym życzeniu sobie miłego dnia, żartach, przelotnych rozmowach. 

Tej zmiany kompletnie nie widać jednak w internecie. Prosty przykład, który dał mi do myślenia. Na facebookowym profilu jednego z rodzimych zespołów zamieszczono wypowiedź wokalisty na temat pewnej zagranicznej kapeli. Lider grupy przyznał w rozmowie z gazetą, że kiedy na początku lat 90. usłyszał muzyków pochodzących z Anglii, przeżył "pozytywny szok". Był to dla niego ratunek od modnego wówczas grunge'u, od którego miał "odruchy wymiotne". 

Ostro, ale przecież tak mogło być. Wypowiedź przyciągnęła wielu komentujących. Jedni pisali, że grunge'owym kapelom szacunek się należy, inni cieszyli się, że wreszcie ktoś głośno to powiedział (tak jakby ktokolwiek zabraniał podobnych opinii), a jeszcze inni, że też lubili Anglików, ale ostatnia płyta jest do niczego. Z tym, że użyto bardziej dosadnego słowa. Nie obyło się też bez delikatnych wyzwisk. 

Znamienne, że akurat ta wypowiedź pobudziła do komentowania. Nieco mniej komentarzy miały np. wpisy o nowych piosenkach. O ile pod względem polubień wieści o płycie, okładce czy koncertach przebijały opinię o angielskim zespole i grunge'u, tak w komentarzach było odwrotnie. I nietrudno zrozumieć dlaczego: wyraziste zdanie uruchomiło zwolenników i przeciwników. 

To dowód anegdotyczny bardzo delikatny, niegroźny i stosunkowo niewinny - z łatwością dałoby się odszukać przykłady spektakularniejszych internetowych kłótni, z prawdziwie dzielącymi, krzywdzącymi opiniami i odpowiedziami na nie. Gdybyśmy tylko takie problemy mieli w sieci! Ale właśnie dlatego, że to rzecz niszowa, dobrze opisuje problem: bardzo łatwo zaognić sytuację. Wystarczy iskra i się dzieje. A najłatwiej wywołać zamieszanie hasłem: nie podoba mi się, nie lubię. 

I wcale nie mam pretensji do wokalisty, który podzielił się publicystyczną opinią. Bardziej chodzi o reakcje, które niemal zawsze są takie same - komentujący zachowują się jak byk, który zobaczył czerwoną płachtę. Gorących dyskusji nie wywołuje nowa piosenka, a niepochwalne zdanie o kapelach sprzed lat. 

Gdybym miał sobie wyobrazić i zobrazować prawdziwie zadowolone z życia społeczeństwo, opisałbym takie, które m.in. tego typu opinie kwituje wzruszeniem ramion. Nie jest to rzecz jasna najważniejszy czynnik wpływający na satysfakcję z życia, ale byłby niewątpliwie dowodem na radość - po prostu na zadowolonych jednostkach nie robi wrażenia fakt, że ktoś nie lubi czegoś, co oni. Wystarczy pod nosem mruknąć "a ja lubię" albo uznać, że coś w tym jest i dać serduszko, za to uaktywnić się w dzieleniu wrażeniami z odsłuchania singla. 

Nie chodzi mi o zabranianie posiadania opinii czy lekceważenie ich, a to, jak bywają odbierane. Tymczasem wciąż są sygnałem do walki, jakbyśmy tylko czekali na moment, w którym złe emocje mogą znaleźć ujście. Jakbyśmy ciągle musieli być w kontrze. 

Łatwo wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Wielokrotnie pisał o tym Rafał Gdak: Google i Facebook zarabiają na naszej irytacji. Emocje są paliwem algorytmów. Spirala się nakręca, a big techy liczą dolary.

Ciągle jednak zastanawiam się, czemu w tę ewidentną pułapkę dajemy się złapać. Gdybyśmy byli sfrustrowanymi, złym, ponurym społeczeństwem, to wtedy wszystko stałoby się jasne. Badania pokazują tymczasem, że coraz więcej w nas radości i optymizmu. Ale ciągle nie w internetowych dyskusjach. 

Może to tylko maska? Fałszywy uśmiech wymaga tak wiele energii, że później trzeba sobie to odbić w internecie? A może kłamiemy w badaniach, oszukujemy ankieterów i samych siebie, żeby wypaść dobrze, zaś prawdziwa twarz to ta znana z sekcji komentarzy? 

Czytaj też: Cześć, to moje nowe konto. Bo tamto to już nie ja

Wtedy jednak wynik badań zadowolenia z życia powinien być mniej więcej na podobnym poziomie. Trudno uwierzyć, że mania oszukiwania dotyka coraz więcej osób, że kolejni Polacy czują potrzebę wkręcania, że żyje im się dobrze, choć tak naprawdę nie. Że dla wszystkich to jedna wielka gra, blaga, nieszczery uśmiech pod publiczkę.

Doskonale wiem, że do tego typu badań należy podchodzić z odpowiednim dystansem. To uśredniona opinia, a nie realne odczucia każdego pojedynczego rodaka. Może ci zadowoleni nie komentują, za to normę wyrabiają ci, którzy nie mają z czego się cieszyć. Ale i tak jest wyraźny dysonans pomiędzy światem rzeczywistym, który coraz częściej się uśmiecha, a tym wirtualnym, który chce wciągnąć w bagno. 

Zawsze śmieję się z mojego taty, który prosząc mnie, abym coś mu sprawdził, używa charakterystycznego sformułowania: "wejdź w internet". Jakby ten proces wymagał wstania od stołu, podejścia do komputera, uruchomienia przeglądarki i odpalenia internetu. To rozgraniczenie jest zabawne i świadczy o różnicy pokoleniowej - wprawdzie ja nie urodziłem się w czasach, kiedy jest się online cały czas, ale i dla mnie te podziały były niepotrzebne, archaiczne i przede wszystkim nienaturalne.  

"Nie ma czegoś takiego jak świat wirtualny" - nie bez powodu powtarzano z uporem maniaka przez lata. Coś zaczyna się jednak zmieniać. Wraz z modą na powrót do sprzętów analogowych, z próbami znalezienia sposobów na to, aby mniej czasu spędzać przed ekranami, granice zaczynają znowu być wyraźniejsze. Przede wszystkim - zaczynają być na nowo potrzebne.

Może ten podział najlepiej widać na przykładzie ludzkich zachowań. Maski były od zawsze, ale dziś różnice wydają się być zadziwiająco duże: ludzie na co dzień są coraz szczęśliwsi, a w internecie coraz bardziej źli, sfrustrowani, niechętni. 

Albo tacy się wydają

Z niedawno opublikowanego badania Fundacji Nowej Wspólnoty i Uniwersytetu SWPS "Stan polaryzacji 2026" wynika, że "Polki i Polacy, niezależnie od sympatii partyjnych, są zgodni co do najważniejszych kwestii". Są to: dostęp do lekarzy i szpitali, koszty życia i wynagrodzenia oraz zagrożenie ze strony Rosji.

Polaryzacja ideologiczna jest umiarkowana. Żadna z 13 kwestii ważnych w 2026 roku nie dzieli nas na silne, przeciwstawne obozy. "Wnioskujemy, że istnieje duża przestrzeń do porozumienia" - czytamy w raporcie.

Czujemy się w Polsce bardziej podzieleni, niż faktycznie jesteśmy. 69 proc. widzi duże różnice poglądów, choć faktyczne różnice między nami są umiarkowane. Pragniemy społeczeństwa z silnym centrum i takie faktycznie mamy – ale tak się nie postrzegamy, zapewne pod wpływem silnie polaryzującego dyskursu polityków i mediów - podkreślono. 

Bardzo łatwo odgadnąć, dlaczego wydaje nam się, że wszędzie czają się przeciwnicy - tak po prostu wygląda internet. A tymczasem wciąż więcej nas łączy niż dzieli, jednak tego media społecznościowe nie są w stanie przekazać czy udowodnić. Nie są, bo po prostu tego nie chcą - to się nie opłaca. 

Naprawdę chciałbym wierzyć, że ta radość i zadowolenie z życia przełożyło się też na to, jak wygląda współczesny internet. Żeby znowu stał się bardziej ludzki. Czy to możliwe na aktualnych platformach społecznościowych, które żerują na przeciwnych emocjach? Dziś wydaje się, że nie. 

Ale gdyby kilka lat temu ktoś wam powiedział, że Polacy będą jedną ze szczęśliwszych nacji, też pukalibyśmy się w czoło. Może jeszcze wszystko jest możliwe. Inne media społecznościowe także. 

Adam Bednarek
Redaktor

„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.