"Cholernie się boję" - napisała na Instagramie Anna Lewandowska, komentując przejście jej męża Roberta Lewandowskiego do Chicago Fire. Zmiana klubu oznacza dla rodziny przeprowadzkę: z Barcelony do Stanów Zjednoczonych. Lewandowska wyjaśniła, że stolica Katalonii stała się dla niej domem, a tymczasem trzeba się spakować i "zacząć od nowa". "Życie u boku sportowca to nie tylko blaski, to też trudne, rodzinne kompromisy" - wyznała na Instagramie. 

Ta mała spowiedź nie wszystkim przypadła do gustu. "Swoimi prywatnymi obawami wystarczyło podzielić się podczas kolacji ze znajomymi" - radził dziennikarz sportowy Mateusz Ligęza. "To jest temat rodzinny, do dzielenia się z rodziną i przyjaciółmi" - dodaje inny dziennikarz sportowy, Kuba Seweryn. W podobne tony uderzał piłkarski komentator Mateusz Borek, stwierdzając na antenie Kanału Sportowymi, że to "fajne i cenne myśli", ale swoje wątpliwości i słabości lepiej pozostawić do dzielenia się zaufanym gronie. 

W czasach, kiedy podobno tak bardzo brakuje nam autentyczności i szczerości, dość zaskakujące wyznanie od znanej osoby - która na dodatek zwykle publikuje treści nijakie i mdłe - jest krytykowane. I to właśnie za to, czego niby tak bardzo się pożąda: za prawdziwe emocje. 

Owszem, niewykluczone, że ten wpis był jednak przemyślany. To nie nagły przypływ szczerości, a celowo zaplanowane zagranie: Anna Lewandowska jako kobieta taka jak ty, mająca te same zwykłe problemy, co każda żona i matka. Można rzeczywiście lekko unieść brew czytając choćby ten fragment: 

Piszę to, bo wiem, że wiele z Was też mierzy się w życiu ze zmianami, które budzą strach. Chcę, żebyście wiedziały, że to normalne. Że nie musimy być zawsze silne i "happy". 

Jest to jednak nieco inna skala problemów, kiedy zmiana pracy męża wiąże się z tym, że będzie zarabiał  niecałe 20 mln dol. za sezon, a twoja linia kosmetyków - o czym donosi "Przegląd Sportowy" - trafi do dużej sieci sklepów. Łatwiej zamortyzować niepokoje. A może wcale nie i nawet ogromne pieniądze nie eliminują stresu związanego z przeprowadzką do nowego miejsca czy tęsknotę za miastem, które się pokochało. Co z tego, że dzieci chodzić będą do prywatnej szkoły, jeżeli muszą rozstać się ze swoimi znajomymi? 

Syty głodnego nie zrozumie. Szczerość w takich przypadkach wcale nie pomaga i dlatego może niektórzy chcieliby, żeby ci patrzący z góry zamilkli, bo co oni tak naprawdę wiedzą o zwykłym życiu i wymagającej codzienności. Tyle że często i my jesteśmy lub możemy być w pozycji skarżącego się na absurdalne troski, jak niedziałająca klimatyzacja w upalny dzień - wcale nie trzeba jeździć palcem po mapie, by znaleźć kraje pozbawione podobnych luksusów. Wystarczy zapytać sąsiadów z ulicy, jak minęły im upalne dni i noce.

Wszystko prawda: łatwiej ocierać łzy dolarami, ale może też nie do końca uczciwe wydaje się być odbieranie prawa do uczuć. To nie jest tak, że bogaci nie czują.

To jasne, że sytuacja Lewandowskiej jest zupełnie inna niż w przypadku skoku w nieznane, jaki wykonuje się wyprowadzając z małej miejscowości do dużego miasta, by znaleźć jakąkolwiek sensowną pracę. Łatwiej o innych ludzi wokół, gdy ma się pieniądze, pełna zgoda. Kasa rozwiązuje wiele problemów, ale nie wyłącza emocji.

Łatwiej wyjeżdżać, kiedy nie grozi wstydliwy powrót, gdy noga się powinie albo gdy planu B zwyczajnie nie ma.

Nigdy nie będziemy wiedzieć, czy rzeczywiście Lewandowska pozwoliła sobie na chwilę szczerości, czy może po prostu założyła maskę zwykłej kobiety. Czemu jednak od razu, automatycznie, doszukiwać się w tym gry i wyrachowania, gdy w końcu mowa jest o strachu, stresie, ciężarze psychicznym - uczuciach tak bardzo ludzkich, jak tylko się da. Czy nie tego oczekiwaliśmy? Czy nie to mieliśmy na myśli, licząc na więcej autentyczności i prawdziwości, wszystkiego tego, czego nie ma we współczesnym świecie? Nie fałszywy uśmiech, nie zachwyt nad wspaniałym życiem, do którego doszło się dzięki sobie i wyłącznie dzięki sobie, a coś zupełnie odmiennego. Lęk i niepokój. 

Nikt nie oczekuje twojej szczerości? Ilustracja: RioRita / Shutterstock

Sobowtóry wchodzą do akcji

"Każdy z nas, kto kreuje w internecie swoją postać lub awatar, tworzy własnego doppelgangera – wirtualną wersję siebie, którą prezentuje innym" - zauważała Naomi Klein w książce "Doppelgänger. Podróż do lustrzanego świata".

W tej kulturze doszło do tego, że wielu z nas uważa się za osobiste marki i kreuje podzieloną tożsamość, będącą nami, a zarazem nie nami, sobowtórem, którego bez ustanku odgrywamy w cyfrowym świecie, taka jest bowiem cena, jaką trzeba zapłacić, żeby odnaleźć się w gospodarce opartej na pazernym zabieganiu o uwagę - pisała Klein. 

Stresująca się Lewandowska, szczera i autentyczna, padła więc ofiarą swoich sobowtórów, które wcześniej, dbając o osobistą markę, pokazywały głównie szczęśliwe życie. Kiedy więc do głosu doszedł prawdziwy człowiek, reakcje są mieszanie. A my pragnąc autentyczności, zginęliśmy od własnej broni, nie spodziewając się takiego scenariusza. Prawdziwość przyszła z najmniej spodziewanej strony.

A może to zazdrość, że jednak tak można. 

Lewandowska może liczyć na uwagę i oprócz spodziewanego hejtu także na poklepywanie po plecach - bo komentarzy dodających otuchy mimo wszystko nie brakowało, choć raczej stanowiły mniejszość. Przeciętna osoba decydująca się na takie wyznanie wie, że to nie przejdzie, no bo właśnie - trzeba pokazywać wyłącznie tę idealną część życia. A przynajmniej trzeba było przez dłuższy czas. Co powiedzieliby bliscy, rodzina i znajomi, gdyby wprost napisać, że się boisz? Nie, że od razu depresja albo coś poważnego, po prostu zwykła niepewność przed jutrem. A może nie powiedzieliby nic, bo media społecznościowe nie wyświetliłyby im żalów - jeszcze jedna przewaga bogatych i znanych, oni zawsze są na świeczniku. Algorytmy rzadko kiedy wpuszczają odstępstwa od normy, przede wszystkim ma się klikać. 

Właśnie dlatego Facebook podrzucił mi też wpis pisarki Ludwiki Włodek. "I co? Nie warto trochę się pomęczyć w dzień dla takich wieczorów?" - napisała na swoim facebookowym profilu po wyjątkowo gorącym dniu, sugerując, że warto przetrwać piekło upałów, aby potem móc relaksować się podczas chłodniejszego, dużo przyjemniejszego wieczoru. Zobaczyłem tę pogodową obserwację dlatego, że w komentarzach się działo i to dużo. Rzecz w tym, że mieszkający w rozgrzanych mieszkaniach, otoczonych miejskimi wyspami ciepła, jakoś nie podzielali entuzjazmu autorki. Ja też nie: było mi duszno, bolała mnie głowa, spacer do parku był nieznośny, noc poszarpana, bo dalej doskwierały nam tropikalne noce. A i tak miałem przecież względnie dobrze: nie musiałem wychodzić z domu, jeśli nie chciałem, przy biurku stał wiatrak. 

Ten nieświadomy brak empatii - a przynajmniej głównie jej brak został dostrzeżony - był uderzający, ale też Włodek nie napisała niczego aż tak skandalicznego. Owszem, u niej na wsi było przyjemnie - i to właśnie ta różnica perspektyw zadecydowała o całym zamieszaniu. Ale czy fakt, że mnóstwo istnień - ludzi i zwierząt - cierpi z powodu upału, oznacza, że ci, którym jest w miarę w porządku, mają zamilknąć? Czy wszystko musi być odbierane jako przejechanie prętem po klatce? Nie może być już po prostu wyznanie, że komuś jest dobrze? 

Co przecież wcale jeszcze nie oznacza radości, że innym jest źle, ha-ha, gińcie w męczarniach, niech żyje katastrofa klimatyczna, precz z zakrętkami i systemem kaucyjnym! 

Być może gdyby Włodek napisała to inaczej, ładniej ubrała to w słowa… Czyli zaczęła się krygować, zaznaczać, że są różne punkty widzenia, podkreślać, że ktoś być może właśnie z powodu upału umiera i to oczywiście bardzo przykre, ale u niej na wsi, tak jakoś wyszło, jest w miarę przyjemnie, a na dodatek ona lubi ciepłe wieczory - wtedy byłoby lepiej?

A jednak nieustanne dbanie o komfort innych bywa frustrujące i na dłuższą metę zaburza poczucie siebie. Udawanie przytłacza. W końcu tracimy poczucie tego, co czujemy i kim jesteśmy naprawdę. Więcej nawet: podejrzewam, że w wyniku wychowania i podporządkowania się normom społecznym większość z nas nie miała nigdy szansy, by odkrywać i tworzyć swoje prawdziwe „ja”. Czy możemy więc pozwolić sobie na to, żeby nie zawsze było miło, a tylko zwyczajnie, neutralnie, zdawkowo, a nawet nieco szorstko i obco? - pisze Aldona Kopkiewicz, której eseje dotyczące poszukiwań szeroko rozumianego własnego "ja" ukazały się w książce "Kim jest ona, gdy mnie nie ma".

"Kim jest ona, gdy mnie nie ma", wyd. Czarne

Powyższy cytat dotyczył sytuacji w pracy, kiedy autorka została poproszona przez jedną z asystentek o to, aby była bardziej miła. Relacje w pracy są zupełnie inne niż pomiędzy użytkownikami internetowej dyskusji, ale zadane przez Kopkiewicz pytania też pasują. Chodzi w końcu o to samo: czy nie ma innej drogi, jak konieczność ukrywania tego, co się myśli, czuje. Stale jesteśmy do tego zmuszani albo stosujemy autocenzurę uprzedzając ewentualne zarzuty, a jednocześnie, w tym samym czasie, zachęca nas się do szczerości, autentyczności za wszelką cenę. 

No to jak - mamy być prawdziwi, co oznacza również to, że ktoś zdenerwuje się na naszą perspektywę, czy jednak trzeba gryźć się w język, bo nie wypada, nie czas i nie miejsce. Autentyczność z jednej strony każe odpisać: "nie, nie jest nam miło, jest nam za gorąco, nie możemy wyjechać z miasta". Ale z drugiej pozwala też stworzyć wpis opiewający czerwcowe noce.

"Najgorsze jest jednak to, że większość ludzi tylko gada, że trzeba być sobą, a potem nie są w stanie znieść żadnej dziwności i osobności – na pewno nie w ich towarzystwie" - pisze dalej Kopkiewicz. 

Też mi dziwność, kiedy ktoś stresuje się przeprowadzką do Chicago, by zarabiać kolejne miliony, gdzie witana będzie jak królowa - czego wielu nigdy nie znana, o czym może co najwyżej pomarzyć; pewnie niejedna osoba z chęcią wskoczyłaby w wygodne buty Lewandowskiej, aby za nią nieść ten ciężar - albo gdy ktoś mówi, że jej akurat jest fajnie, kiedy prawie wszyscy roztapiają się z powodu wysokich temperatur. To nie dziwność, a… no właśnie, co? Egoizm? Brak empatii? A może wcale nie i te reakcje, często bardzo intensywne, to po prostu niewygoda, że czyjeś "ja" się odezwało. Zdjęło maskę. Przestało udawać i wyszło z roli. 

Autentyczność ma swoje konsekwencje. Ilustracja: Kaleo / Shutterstock

Sama Kopkiewicz zdaje sobie sprawę, do czego to prowadzi. "Już widzę to wyzwolenie w imię autentyczności, emocjonalny chaos egocentrycznych 'ja', arenę popędów, targowisko roszczeń" - pisze. Zresztą nie trzeba sobie tego wyobrażać, tak wygląda dzisiaj nie tylko internet. To w zasadzie niekończące się ja, ja, ja. Co chwila komuś coś nie pasuje, ktoś komuś przeszkadza - najczęściej ten inny, obcy, nieznany. 

Za wzór autentyczności i szczerości bierze się kogoś, kto kieruje się chłopskim rozumem. “Ten gość jest prawdziwy, mówi jak jest” - czytamy komentarze dotyczące dziennikarza-celebryty, który monetyzuje społeczny gniew. Gwiazdor sieci wie co mówić, aby grać na nucie autentyczności, bo jego decyzje biznesowe i życiowe to chłodna kalkulacja, żaden żywioł, pasja czy namiętność. 

Która twarz jest prawdziwa

Niedawno w piłkarskim podkaście dziennikarze sportowi gościli innego dziennikarza sportowego i pytali go, dlaczego na żywo jest dusza człowiek, śmieje się, sypie anegdotami, a na Twitterze co rusz się z każdym kłóci, wyzywa, blokuje i banuje. "A może to ta internetowa wersja mnie jest prawdziwa?" - odpowiada mniej więcej w tym stylu gość, choć oczywiście żartuje. A jeśli nie? Może to na Twitterze ściąga maskę pisarza, dziennikarza, dobrego męża, cudownego ojca, przyjaciela i wreszcie jest sobą. Ten banalny kontrast, tak dobrze znany, bo o wielu osobach, które znamy lub nie, da się to samo powiedzieć - w internecie inny, na żywo inny. Albo nawet w dyskusji o muzyce czy sporcie normalny, ale wystarczy zahaczyć o politykę, a widzisz innego gościa. I nie oszukujmy się: to samo może działać w drugą stronę, tak samo jesteście postrzegani.

Ale może akurat w tym przypadku - smutnej Lewandowskiej i zadowolonej Włodek - te osoby faktycznie nie miały na myśli niczego złego i zrobiły to, do czego zachęca je kultura: wreszcie były sobą. I to zdziwiło.

Zaskoczyło, bo przecież - pisze autorka "Kim jest ona, gdy mnie nie ma" - w mediach społecznościowych autentyczność została przekształcona w styl.

Jesteśmy zachęcani, by „pokazać siebie”, ale tylko w formie atrakcyjnej, przewidywalnej, dostosowanej do algorytmu. Władza nie polega już na represji, lecz na nakazie ekspresji – człowiek nie musi być szczery, ale musi stale aktualizować swój wizerunek i wydawać się szczery w tym, jak pokazuje się innym poprzez media. Wciąż gra i wciąż bywa w tym kreatywny, ale coraz częściej monetyzuje: liczy followersów i lajki.

"Najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić, jest po prostu być sobą" - śpiewa Morrissey na swoim najnowszym, świetnym albumie. Ten prosty, banalny fragment, za każdym razem mnie wzrusza, gdy go słyszę. Może dlatego, że miałem szczęście słyszeć premierowe wykonanie tej piosenki i to na koncercie, który był moim pierwszym od lat - nie wierzyłem, że jeszcze kiedykolwiek stanie się to możliwe. A może po prostu dlatego, że to dalej mocne przesłanie, nawet jeśli jest tak mocno zawłaszczone, a przez to skompromitowane? Może nawet w szczególności dlatego, bo przecież chodzi o to, aby je odzyskać. To artysta, poeta, ma mnie zachęcać do bycia sobą, a nie firma.

Nie zliczę momentów, kiedy pocieszałem sam siebie słysząc ten fragment - w chwilach zwątpienia, słabości, złego humoru. Dodawał sił i wiary, nawet jeżeli ciągle nie wiem, co to w zasadzie znaczy: być sobą. 

Nie wiadomo, pewne jest za to to, że bardzo się od tego oddalamy. Jak zauważa Kopkiewicz, "wszyscy w swoim życiu odgrywamy role, w których nie czujemy się w pełni sobą". Nie może być inaczej, skoro stawiane przed nami wymogi są tak różne i się ze sobą kłócą. 

"Mamy być sobą naprawdę i mamy dbać o innych, a także o przyrodę, zwierzęta, przyszłych ludzi, dobro planety. Mamy być sobą, a jednocześnie mamy przetrwać w rygorze kapitalistycznej pracy, w logice, w której liczą się zysk, sukces i widzialność" - zauważa.

Ja już tego nie pamiętam, ale rodzice przypomnieli mi kiedyś, że jak byłem mały, nie mogłem usiedzieć w kościele, biegałem, a raz wskoczyłem mamie na plecy, gdy ta przyjmowała komunię. To pamiętam lepiej: gadałem non stop w pojazdach komunikacji miejskiej, dzieliłem się wszystkimi faktami z życia rodziny, w wagonie pociągu oburzałem się na telewizję, która straszyła końcem świata - i co, szanowni współpasażerowie, jedziemy, życie toczy się dalej. W którym momencie ten nieskrępowany chłopak zamienił się w wstydliwego, raczej lękliwego i nieśmiałego mruka, który mówi jedynie pytany i tylko zdawkowo? Czy to było prawdziwe "ja", które mogło istnieć jedynie przez chwilę - a jeśli tak, to dlaczego tak krótko? 

Być nie-sobą

Łatwiej byłoby mi odpowiedzieć, co znaczy nie bycie mną. Ostatnio się w tym specjalizuję. 

Mam wrażenie, że na Facebooku nie robię już niczego innego. Nie wiem, czy to autorzy dawno zapomnianych przeze mnie profili - muzycznych, kulturalnych, koncertowych, światopoglądowych, opiniowych - postanowili stoczyć ostatnią nierówną walkę z algorytmami i wrócili do publikowania po długim okresie zniechęcenia, czy może sam Facebook, niczym okrutny kapryśny władca, z nudów wypuścił przetrzymywane strony i pokazuje je teraz po długich miesiącach czy nawet latach przerwy. Bawi się, przypominając o dawno niewidzianych nazwach i awatarach, tylko po to, żeby za chwilę znowu zamknąć strony w swoim lochu i słuch o nich raz jeszcze zaginie. 

Już się o tym nie przekonam. Widzę konto, które dalej mógłbym śledzić, być może nawet z zainteresowaniem, ale i tak klikam: "przestań obserwować". Działam już automatycznie, choć sam nie wiem, skąd we mnie tyle uporu. 

Nie chodzi nawet o to, że wszystkie te strony przypominają mi o złych czasach, niewesołych wydarzeniach, że kojarzą się z czymś, o czym pamiętać nie chcę. Nie, nierzadko nawet wręcz przeciwnie. 

Ich jedyną winą jest to, że to nie ja. To już nie ja. 

Inaczej reaguję na płyty czy książki, kupione w momencie dziwnej manii, kiedy myślałem, że oto spotkałem nowy ulubiony zespół czy autora, ale szybko mi przeszło, jak zwykle. Śmieję się widząc tytuły na półce, przypominają o tych krótkotrwałych zachwytach, dziś już niezrozumiałych. Wstydliwych, ale przez to uroczych; tak w końcu było, nie ma co ukrywać. 

Może to przez to, że to już skończone - w przypadku artystów, którymi zachwycałem się przez chwilę, wiem, że z tego powodu nie przybędzie ich kolejna płyta czy książka. W przypadku profilu, który przypomina mi o pasjach czy opiniach sprzed roku lub sześciu lat kryje się pewna potencjalność. To jednak bardziej wyrzut sumienia niż szansa, że jeszcze można wrócić. W końcu mogę znowu zainteresować się daną muzyką, trzymać rękę na pulsie, wiedzieć, co się dzieje w innych miastach, kto gra, kto przyjeżdża, kto co wydaje, o czym sądzi i dlaczego.  Wystarczy, że zobaczę wpis i coś kliknie na nowo. Dopuszczam do siebie takie możliwości, ale… nie, nie chcę, nie interesuje mnie to. Już nie. To już nie ja. Czy kiedykolwiek to byłem ja? 

Której ja będzie prawdziwe? Ilustracja: Rawpixel.com / Shutterstock

Pozbywam się bez żalu, przestaję obserwować, rezygnuję z dawnych zainteresowań i pasji, jakbym powoli wygaszał części dawnego siebie. 

Chciałbym napisać, że żegnam je bez żalu, ale sam nie wiem, czy to prawda. Zaskoczyła mnie ta gwałtowność z jaką kasuję dawną część mojego cyfrowego życia. 

Znam proporcje, to tylko Facebook, medium już w ogóle antyspołecznościowe, ale jednak coś mną kierowało, że kiedyś zdecydowałem się obserwować, wchodzić w interakcję, czekać na wpisy, śledzić dyskusje. Przeraża mnie strach, że tak naprawdę wcale mnie to nie obchodziło, udawałem, wydawało mi się, że powinienem? Bo widziałem, że inni, których znam i lubię, też obserwują, więc a nuż coś wpadnie ciekawego. Dopiero teraz jestem szczery i uczciwy mówiąc, że to nie dla mnie? A może gorsza jest świadomość, że się zmieniam i to całkiem szybko? 

W jednym z esejów wchodzących w skład "Kim jest ona, gdy mnie nie ma" Kopkiewicz zastanawia się, jak by to było, gdyby jej twarz przestała ją zdradzać? "Gdyby przestała kamienieć, wątpić, obrażać się, dystansować i unieobecniać w towarzystwie innych ludzi". Twarz "wyraża to, co czuję, bo nie wyraża tego, co czuję". Podobnie robi internetowa twarz, choć nieco inaczej: szczerzy się, wyraża entuzjazm, zapał i zaangażowanie - bo przecież obserwujemy, śledzimy, mamy kontakt.

Tę internetową twarz łatwiej okiełznać. Może stąd mój zapał, bo to jedyna rzecz, na którą można mieć jako-taki wpływ.

Konfrontacje z naszymi sobowtórami nieuchronnie rodzą egzystencjalnie niebezpieczne pytania - pisze Klein w "Doppelgangerze".

Czy jestem tym, za kogo się uważam, czy też osobą, za którą uważają mnie inni? A jeśli odpowiednio wielu innych ludzi zacznie widzieć kogoś odmiennego ode mnie, to kim właściwie będę? - zastanawia się Klein.

Najchętniej po prostu usunąłbym konto, ale nie po to, żeby uciec, ale żeby szybko wrócić i zacząć raz jeszcze. To byłoby dziwne, bo musiałbym do paru osób napisać, że to ja, mam nowe konto, bo… no właśnie, dlaczego? Bo tamto nie było już mną tak bardzo, jakbym tego chciał? Mógłbym skłamać, napisać coś o zapomnianym haśle, awarii, ale nie wiem, czy byłbym wiarygodny. Zresztą nie po to przywdziewa się nową maskę i zaczyna od zera, żeby błyskawicznie splamić ją kłamstwem. 

Wyobrażacie sobie dostać taką wiadomość? "Cześć, to moje nowe konto, bo tamto to już nie ja". Pomyślałbym sobie, że ktoś robi sobie ze mnie żarty albo doszło do kradzieży tożsamości. To w sumie nawet zabawne, że naprawdę łatwiej byłoby uwierzyć oszustowi, który kradnie hasła i podszywa się pod istniejące osoby, prosząc o pilną pożyczkę Blikiem, niż całkiem serio przyjąć wyznanie szczerości. Chociaż mogę się mylić.

"Nie piszę już listów" - wyznaje Malte, bohater powieści Rilkego o tym samym tyle. "Po co mam mówić komuś, że się zmieniam? Jeśli się zmieniam, to przecież nie jestem już tym, którym byłem, a jeśli jestem kimś trochę innym niż dotychczas, to jasne, że nie mam znajomych. A do obcych, do ludzi, którzy mnie nie znają, nie mogę przecież w żadnym wypadku pisać listów". 

Coś jest w tej logice, więc lepiej ciosać tę maskę, którą już się ma. Nawet jeśli jest niewygodna. I w sumie to nigdy wygodna nie była. 

Może więc właśnie dlatego próbuję się skurczyć, wyeliminować wszelkie ewentualności, żeby tych masek i wariantów było jak najmniej. Żeby ta internetowa maska, internetowa tożsamość, nie wymknęła się spod kontroli, musi być jak najmniejsza, skoncentrowana. Bardziej konsekwentna i nierozproszona. Skoro wszystkiego jest za dużo, niech mnie będzie mniej. Mnie-słuchacza, mnie-czytelnika, mnie-każdego-innego-w-internecie. Mnie, który mógłby zobaczyć czyjeś polecenie, czyjąś opinię, nie zgodzić się z nią, zdenerwować. Trzeba ograniczyć pole działań licznym sobowtórom. Najłatwiej będzie po prostu się ich pozbyć. 

Autentyczność przegrywa ze strachem przed akceptacją. Ilustracja: TierneyMJ / Shutterstock

Która internetowa maska była tą pierwszą? Powstała od razu wraz z wejściem do internetu czy może w chwili, gdy wpisałem swój pierwszy nick. Wpisałem, nie wymyśliłem - zawsze miałem z tym problem. Nie potrafiłem wymyślić żadnego sensownego pseudonimu, czegoś innego, co nie byłoby powiązane z imieniem, nieudolną, nieciekawą i nudną wariacją na jego temat. Zazdrościłem pseudonimów innym. Możliwe, że je kradłem - nie pamiętam tego, ale miałoby to sens. Podebrać nick komuś z forum muzycznego i wykorzystać go np. na piłkarskim. Wszystkie moje przydomki były beznadziejne, żałowałem ich od razu po zarejestrowaniu. Śmiało można powiedzieć, że się ich wstydziłem. W moim przypadku to przejście ze świata prawdziwego do wirtualnego, wykreowanego, od razu zaczynało się katastrofą. 

Fałszywe były opisy na Gadu-Gadu. Fragmenty piosenek, te najbardziej poetyckie, ale też dosadne, brutalne, bezkompromisowe: ja-punkowiec, ja-kontestator-rzeczywistości. To śmieszne, ale trochę też urocze. O coś w końcu chodziło. To złe, że ludzie przestali wrzucać piosenki, które lubią. Wiersze, które ich wzruszają. Cytaty, które chwytają za serce. I co z tego, że robią to po to, żeby pokazać swoją inną, lepszą, może trochę udoskonalą, bo uduchowioną twarz. Lepsze to niż jej zakrywanie.

Fałszem był też profil na last.fm. Chciałem nabijać jak najwięcej piosenek Kultu, żeby dobić do liderów znanych z forum. Żeby pokazać, że ja też jestem jednym z najwierniejszych, że całe moje życie kręci się wokół ulubionego zespołu. Nikogo to nie obchodziło, nikt mnie nie znał, ale nie chciałem zostać w tyle. 

Last.fm, dzisiaj portal, za którym się wzdycha - "ech, kiedyś to było" - był areną oszustów. W książce "Hałas" Małgorzata Halber pisała: 

To był naprawdę stresujący moment. Mój znajomy specjalnie manipulował słuchanymi przez siebie płytami, żeby wyglądać na interesującego. Okładki wyświetlały się przy użytkowniku, a on chciał być znany jako człowiek, który słucha Suicide, Shellaca, Fugazi i Death in June. To musiało być trudne, jeśli niechcący wtedy (2009) zdarzyło mu się posłuchać The Kills, Devendry Banharta albo Björk. Blamaż. Naprawdę. Akurat wtedy tam siedziałam, tkwiłam w tym, nazwijmy to, muzycznym środowisku, gdzie o muzyce pisali głównie chłopcy i wyśmiewali każdego, kto nie miał wysublimowanego gustu, do momentu gdy jeden z tych chłopców, charyzmatyczny i mądry, napisał, że nie istnieje nic takiego jak guilty pleasure i że słuchanie popu jest OK. Mój boże.

Zabawne, bo nie miałem wokół siebie nikogo, na kim robiło wrażenie, że słucham tyle polskiego punk-rocka, ani nikogo nie obchodziło, że słuchałbym czegoś innego. A jednak sam próbowałem się dopasować. Potem wyłączałem last.fm, żeby posłuchać Happysadu albo Pidżamy Porno i żeby czasami jeden z tych zespołów nie wyprzedził takiego, którego wstydzić się nie trzeba. 

Może gdy wtedy wcześniej pozwolono sobie na tę dziwność, odkryłbym wiele rzeczy, które później słuchałem, szybciej. Wystarczyło pozbyć się tego ciężaru. Nic takiego się nie stało i dalej ten wstyd targam(y) ze sobą. 

"Może więc wiara, że wszyscy jesteśmy trochę jedyni w swoim rodzaju i powinniśmy pielęgnować swoje dziwactwa, zrobiłaby nam dobrze?" - zastanawia się Kopkiewicz i mam wrażenie, że coś w tym jest. Nie potrafię zdefiniować dziwności, ale też chciałbym, żeby było jej więcej. Może trzeba te dziwności zaakceptować i oswoić. 

Jak sobowtóry, do czego zachęcała z kolei Klein. 

"Lecz sobowtóry, mieszając nam w głowach i odzierają nas ze złudzeń suwerenności, mogą nas czegoś nauczyć: nie jesteśmy od siebie tak odseparowani, jak mogłoby się nam wydawać. Nie jako jednostki i być może nawet nie jako grupy jednostek urodzonych, by toczyć rozmaite pozornie wiecznie bratobójcze pojedynki".

Jak dodaje Klein, trzeba mniej zazdrośnie strzec granic naszych ja. Bo w końcu to ja bez innych nie istnieje.