Żołnierze to ostateczność. Tak NATO chce bronić granicy z Rosją

NATO chce widzieć pierwsze, decydować szybciej i uderzać wcześniej. Pomóc ma AI, drony, satelity i wspólna sieć danych.

Drony przed żołnierzami. NATO zmienia obronę wschodniej flanki

Granica NATO z Rosją i Białorusią ma przestać być tylko linią na mapie, za którą stoją czołgi, samoloty i żołnierze. Ma stać się rozproszonym systemem czujników, dronów, satelitów, robotów, sztucznej inteligencji i środków rażenia. Tak w skrócie można opisać Eastern Flank Deterrence Initiative, czyli nową koncepcję odstraszania na wschodniej flance NATO. Najpierw mają zobaczyć maszyny, potem algorytmy mają pomóc dowódcom zrozumieć sytuację, a dopiero później do gry wchodzić mają klasyczne siły. Żołnierze nadal będą potrzebni, ale nie powinni jako pierwsi przyjmować na siebie uderzenia.

To nie mur, tylko sieć

W klasycznym myśleniu o obronie granicy widzimy przede wszystkim fortyfikacje, rowy przeciwczołgowe, miny, zasieki, patrole, posterunki, czołgi, artylerię i samoloty. Wszystko to nadal ma znaczenie. NATO nie wyrzuca Leopardów, Abramsów, HIMARS-ów ani F-35 do muzeum. Nowa warstwa ma jednak działać wcześniej.

Chodzi o to, żeby potencjalny rosyjski atak został wykryty, zrozumiany i zatrzymany, zanim osiągnie tempo, które pozwala mu głęboko wejść w terytorium państw Sojuszu. Oznacza to połączenie wielu źródeł danych: satelitów, radarów, czujników naziemnych, kamer, dronów rozpoznawczych, nasłuchu elektronicznego i systemów dowodzenia.

Business Insider opisuje ten układ jako kill web, czyli sieć, która ma skracać drogę od wykrycia celu do decyzji o jego zwalczaniu. W polskim opisie lepiej mówić o sieci rozpoznania i rażenia. Nie chodzi o jeden superkomputer, który obroni całej granicy. Chodzi o to, żeby wszystkie elementy pola walki widziały więcej, szybciej dzieliły się informacją i pozwalały dowódcom reagować w minutach, a nie godzinach.

Jak pisaliśmy w tekście: Polska umacnia granicę z Rosją i Białorusią. Nowe centra obrony w każdej gminie, wschodnia flanka nie jest już abstrakcyjną linią strategiczną. To konkretna przestrzeń, w której buduje się drogi wojskowe, umocnienia, logistykę, zaplecze i systemy reagowania. NATO dokłada do tego warstwę cyfrową.

Widzieć pierwszym, decydować szybciej, uderzać wcześniej

W oficjalnych materiałach amerykańskich dotyczących EFDI pojawia się bardzo konkretna triada: zobaczyć pierwszym, zdecydować szybciej i uderzyć skalowalnymi efektami. To odpowiedź na doświadczenia Ukrainy.

Na współczesnym polu walki tempo jest zabójcze. Jeżeli dron widzi kolumnę pojazdów, ale informacja godzinę krąży między szczeblami dowodzenia, to cel może zniknąć, rozproszyć się albo uderzyć pierwszy. Jeśli radar wykrywa zagrożenie, ale system nie potrafi szybko dobrać najlepszego środka reakcji, to nawet świetny sensor nie wystarczy. Jeśli państwa NATO mają własne dane, ale nie umieją ich sprawnie połączyć, sojusz traci cenny czas.

EFDI ma skracać ten łańcuch. Dron wykrywa ruch, czujniki naziemne potwierdzają aktywność, satelita daje szerszy obraz, radar doprecyzowuje trajektorię, AI porządkuje dane i pomaga stworzyć wspólny obraz sytuacji, dowódca wybiera, czy reagować dronem, artylerią, systemem rakietowym, lotnictwem, walką elektroniczną czy obserwacją.

Najważniejsze jest to, że informacja nie ma utknąć w jednym miejscu. Jeśli jeden węzeł sieci zostanie zakłócony, zniszczony albo odcięty, inne mają przejąć jego funkcję. To jest właśnie różnica między pojedynczym systemem a siecią.

Maszyny mają przyjąć pierwszy cios

Najbardziej radykalna część tej koncepcji dotyczy pierwszej linii kontaktu. NATO chce, żeby w pierwszej kolejności z agresorem konfrontowały się systemy bezzałogowe: drony rozpoznawcze, drony uderzeniowe, roboty naziemne, czujniki, zdalnie sterowane stanowiska i środki walki elektronicznej.

To nie znaczy, że żołnierze znikną z pola walki. To znaczy, że mają nie być pierwszym i najtańszym sensorem przeciwnika. Jeżeli Rosja próbuje rozpoznać obronę, wciągnąć ją w walkę, nasycić rejon dronami albo posłać rozpoznanie bojem, to pierwszą odpowiedzią mają być maszyny. Żołnierze mają wejść później, z lepszą wiedzą i w momencie, w którym ich użycie ma największy sens.

To jest ogromna zmiana mentalna. Przez dekady siła wojsk lądowych kojarzyła się z masą: brygadami, batalionami, kolumnami, czołgami, artylerią. Jednak masa bez rozpoznania i ochrony jest łatwym celem. Kolumna pojazdów może zostać wykryta przez tani dron, skorygowana przez drugi, trafiona artylerią, a potem dobijana amunicją krążącą.

Jak pisaliśmy w tekście: Czy dron może sam wybrać cel? Sprawdzamy granice nowej technologii na wojnie, najważniejsza dyskusja nie dotyczy już tego, czy drony są potrzebne. Dotyczy tego, jak dużo autonomii można im dać i gdzie ma pozostać człowiek. EFDI będzie testem tej granicy w praktyce.

To nie znaczy, że AI sama będzie strzelać

AI kill web brzmi jak system, w którym algorytm sam wykrywa cel, sam wybiera broń i sam naciska spust. Taki obraz może i jest efektowny, ale zdecydowanie jest zbyt prosty.

W rzeczywistym systemie AI ma przede wszystkim pomagać w analizie danych. Ma łączyć informacje z wielu źródeł, usuwać duplikaty, wskazywać wzorce, przyspieszać rozpoznanie, pomagać priorytetyzować cele i pokazywać dowódcom możliwe opcje. Decyzja o użyciu ognia ma pozostać decyzją wojskową, polityczną i prawną, a nie automatycznym odruchem programu.

Przeczytaj także:

To jednak nie usuwa oczywiście wszystkich problemów. Im szybciej działa system, tym większa presja na człowieka. Jeżeli algorytm pokazuje cel, sugeruje środek rażenia i liczy czas do utraty okazji, dowódca formalnie nadal decyduje, ale robi to w środowisku zaprojektowanym pod maksymalne skrócenie reakcji. Tu zaczynają się najważniejsze pytania: jak kontrolować błędy, jak audytować decyzje, jak unikać automatycznego zaufania do podpowiedzi AI i jak zachować odpowiedzialność.

Wojna maszynowa nie musi oznaczać, że człowiek znika z pętli. Może oznacza, że człowiek zostaje, ale pętla robi się tak szybka, że coraz trudniej mu zachować pełny dystans.

*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI

Marcin Kusz
Redaktor

O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.