Mieszkam w mieście pod Instagrama. Tylko co my zrobimy z tymi polubieniami?
Gdyby za polubienia i wszelkie inne internetowe wyrazy uznania dało się inwestować w miasto. Kupować tramwaje, naprawiać drogi, budować tanie mieszkania na wynajem. Łódź byłaby pewnie najlepszym miejscem do życia. Ale może kiedyś ta wirtualna waluta nabierze wartości i wtedy to my będziemy triumfować.

Pisząc o świetnej książce "Łódź. Ziemia wymyślona", doszedłem do wniosku, że Łódź jest miastem z TikToka. Ciągle to podtrzymuję. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi i to cały czas jest fascynujące. Wystarczy przejść drugą stroną ulicy, tą, którą nigdy nie chodzisz, by nagle zobaczyć dobrze znane kamienice z innej perspektywy. Raptem delikatna zmiana trasy sprawia, że oswojone widoki zaskakują - coś się wyłania, pokazuje inne oblicze. Padające słońce rozświetla kamienicę i w tym momencie staje się twoją ulubioną, chociaż wcześniej nie robiła większego wrażenia.
Łódź jest miastem z TikToka: przesuwasz palcem i raz trafisz na blichtr, a raz na zrujnowaną kamienicę. Coś pięknego, a potem architektoniczny potworek.
Łódź jest jednak jednocześnie także miastem pod Instagrama
Nie z Instagrama - pod Instagrama, dla Instagrama. Powstające tu rzeczy mają zabłysnąć w internecie. Nieść się viralem po mediach społecznościowych, dzięki czemu ktoś przyjedzie właśnie do Łodzi, a nie do Krakowa czy Gdańska, żeby też mieć fotkę w tym specyficznym, widowiskowym miejscu.
To sprytny zabieg, ale dość problematyczny z punktu widzenia samych mieszkańców. Spójrzmy na dwie planowane inwestycje. Pierwsza szykowana w pasażu Rubinsteina, gdzie obecnie straszy ruina po dawnej pizzerii. Teren ma stać się "zieloną oazą", co brzmi więcej niż dobrze. Ale sama zieleń to nie wszystko.
Miasto zapowiada, że powstanie instalacja artystyczna na ścianie, która stanie się "nowym symbolem Pasażu Rubinsteina i stworzy charakterystyczny punkt orientacyjny w tej części centrum".
Wieczorem przestrzeń będzie się zmieniać, dzięki nowemu oświetleniu. Nad Pasażem zawisną sieci lamp, które pozwolą rozświetlać teren w różnych kolorach podczas świąt, wydarzeń miejskich czy ważnych okazji. W Pasażu pojawi się również wiele lekkich krzeseł, które mieszkańcy będą mogli dowolnie przestawiać i samodzielnie aranżować przestrzeń - zapowiada miasto.
Na wizualizacjach widzimy mnóstwo różowych krzeseł - zarówno na powierzchni, jak i wiszących na ścianach.
Mogę sobie wyobrazić, że rzeczywiście ludzie będą się tam gromadzić, siadać, spędzać czas w letnie wieczory. Nie zakładam od razu, że teren będzie niszczał, a krzesła zostaną wyniesione. Denerwuję mnie takie podejście, bo zakłada, że nic nie wolno robić - zawsze znajdzie się przecież ktoś, kto nie uszanuje i zniszczy. Nie tędy droga.
Wiem, dlaczego tę przestrzeń zaaranżowano właśnie tak - bo ma się podobać. Ma dobrze wyglądać w mediach społecznościowych. Różowe krzesła mają bić po oczach, mają dopasowywać się do filtrów aparatów. Ma być efekt wow i jest.
A nie o to powinno chodzić - a przynajmniej nie wyłącznie o to. Można zrobić przestrzeń, w której będzie się miło spędzało czas bez efekciarstwa. Zwykłe ławki wśród drzew są w stanie to zapewnić. Kwiaty, rośliny, płotki. Nawet w Łodzi widać miejsca, gdzie mądrze ustawiane ławki powodują, że ludzie się tam spotykają, rozmawiają, spędzają czas.
W tym pasażu nie chodzi o to - on ma wyglądać, kiedy go się odwiedza, a potem idzie dalej i nie wraca, najwyżej za rok, przy kolejnych odwiedzinach Łodzi. Siadasz, cykasz fotkę, przesuwasz krzesło i efekt zrealizowany. Jeżeli ludzie mimo wszystko będą się tam zbierać, odpoczywać, to uda się to osiągnąć raczej przy okazji, mimo to, a nie dzięki temu. Nie to jest głównym celem, a że upiecze się dwie pieczenie na jednym ogniu, dobra nasza. Sam fakt, że planowaną przestrzeń reklamuje się możliwością jej aranżacji sugeruje, że celem jest zabawa, a nie zwykłe spędzanie czasu, bycie. Musi być aktywnie! Musi się coś dziać!
I trudno myśleć inaczej, skoro Łódź pełna jest takich migających bajerków
Pasaż Róży zachwycił, więc idzie się tym śladem. Mógłbym czasami skracać sobie drogę, wchodząc w to charakterystyczne miejsce, ale wolę nie - nie mam takiej potrzeby. A bardzo często idę jakąś drogą tylko dlatego, że mogę minąć skwer, ładne drzewa, rośliny, coś ciekawego.
Na jednym z podwórek wiszą żyrandole. Zimą jest park miliona świateł. Powstała ściana pełna neonów, tyle że to nawet nie prawdziwe neony - galeria jest substytutem, namiastką dawnego świata, ale dobrze wygląda na zdjęciach. Argumentem przemawiającym za ścieżką w koronach drzew - inwestycji głośno krytykowanej przez mieszkańców - ma być to, że zachwyci nie tylko samych Łodzian, ale też turystów.
Trudno też nie dojść do wniosku, że podobne myślenie przyświecało przy projektowaniu nowej hali targowej. I chociaż nie jestem zwolennikiem podejścia, że nowy budynek zawsze musi pasować do otoczenia, tak w tym przypadku ewidentnie kontrastuje z okoliczną architekturą, pełną pięknych kamienic.
Nic nie wnosi, a jedynie szokuje - jedni się zachwycą, że tak można, drudzy popukają się w czoło. I nie chodzi nawet o to, że hala targowa nie może wyglądać ładnie, ciekawie czy po prostu inaczej - ale tutaj po prostu znowu miało być widowiskowo, żeby ludzie mówili. Jakże wymowne jest to, że nawet na wizualizacjach ludzie nie noszą zakupów, nie wychodzą z torbami - za to widać, że jedna z pań robi sobie selfie na tle elewacji. I o to w tym wszystkim chodzi. Niestety.
A mieszkańcy - cóż, po prostu chcieliby chodzić korzystać z miasta, a nie mieć Instagrama na żywo.
„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.