Awantura o 1 centymetr. Tanie linie lotnicze zamieniły nas w dojne krowy
Nie chodzi tylko o przyczepianie się do dodatkowych centymetrów. Dziś wszystko musi być skomplikowane, więc nic dziwnego, że ludzie się denerwują.

Z doniesień wynika, że kontrole na lotniskach nie ustają i nawet lekko nadmiarowy bagaż, w postaci wystającej szelki plecaka, może zakończyć się finansowym upomnieniem.
Sytuacja jest naprawdę napięta. Na jednej z grupek widziałem nawet nawoływania, aby pozywać pracowników, którzy według podróżnych zbyt nadgorliwie podchodzą do swoich obowiązków i ponoć celowo polują na pasażerów, aby zgarnąć wyższą premię. To właśnie z powodu bonusów kontrole mają być tak drobiazgowe - dla pracowników to szansa, aby łatwo sobie dorobić.
Swoją drogą, spójrzmy tylko, jaki to jest majstersztyk - jedni nakręcają się na drugich. Mniej istotne staje się to, kto ustanowił zasady i dlaczego, a złość kierowana jest wobec tych, którzy starają się przepisy egzekwować.
Często w takich dyskusjach pada argument, że zasady są po to, aby się ich trzymać. Skoro wymiary są podane to należy zaakceptować regulamin przewoźnika. Nie brakuje również głosów, że podróżni sami doprowadzili do takich sytuacji, wnosząc na pokład o wiele za duże plecaki, torby i walizki.
Stoję jednak na stanowisku, że wystarczy bardziej ludzkie podejście
1 cm w jedną czy drugą naprawdę aż tak nie wadzi. Oczywiście linie lotnicze powiedzą co innego, a niektórzy nie będą unikać przy tym mocnych słów. Bo dlaczego na 1 cm przymknąć oko, a na 2 lub 3 cm już nie? Dasz palec, to wezmą rękę i po chwili zabraknie miejsca na bagaż, bo do skrytek nad głowami trafią torby-giganty.
Może i zgodziłbym się z tym podejściem, gdyby lotniskowe miarki nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Tymczasem urządzenia służące pomiarom raczej nie pomagają w obiektywnych sądach. Oczywiście możemy uznać, że pracownicy wiedzą więcej i dlatego wiedzą też, jak interpretować wyniki. Problem w tym, że podróżni z wyrokami się nie zgadzają i stąd ciągłe afery.
I można by pewnie tego uniknąć, gdyby tylko linie lotnicze zainwestowały w bardziej specjalistyczne urządzenia, dzięki którym wyników nie dałoby się łatwo podważać. Dziś jedna osoba mówi, że plecak wystaje, a druga odpowiada, że wcale nie. Tyle że pierwsza osoba ma interes w tym, aby tak uznać, a druga - wręcz przeciwnie.

Niby wszystko jasne, ale nie do końca / Fot. Pietukhova / Shutterstock
Nie wiem, jak takie zmyślone przeze mnie urządzenie miałoby działać i czy w ogóle takie rozwiązania istnieją, ale pewny jestem jednego - na pewno sporo by kosztowało. I postaw teraz taki sprzęt na wielu lotniskach w Europie, a już wychodzi sumka, od której kręci się w głowie. Linie lotnicze chcą zarabiać, a nie wydawać, więc nie jest to w ich interesie.
A teraz - sprzęt idealny. Kilka złączonych ze sobą rurek czy blach i jest miernik-stojak. Nieobiektywny, niedokładny, nieprecyzyjny? Tylko zdaniem pasażerów. Liniom taki wynalazek pozwala wychwycić podejrzany, bo zbyt duży bagaż. Podróżni płaczą, ale płacą - i o to chodzi.
To wszystko naprawdę mogłoby być prostsze
I powinno być, bo przecież tego oczekujemy od świata nowoczesnego, pędzącego, rozwijającego się. Może wielkich trudności nie da się rozwiązać w mig, ale te błahe już powinno.
Tymczasem w zasadzie coraz mniej rzeczy jest prostszych i łatwiejszych. Zanim osądzi nas wątpliwa miarka na lotnisku, kupno biletu to już bieg z przeszkodami. Może to nawet lepiej - w końcu pewnie z korzyścią dla środowiska by było, gdyby więcej osób zrezygnowało z samolotów i przesiadło się np. do pociągów albo po prostu zostało w domu. Tyle że nie zawsze to możliwe i lecieć trzeba. Linia lotnicza przy każdym ruchu chce cię oskubać, czeka na twój błąd i liczy na to, że jednak weźmiesz walizkę, ubezpieczenie, transport - a jeśli nie dasz się złapać w te sidła, to system rezerwacji zrobi wszystko, abyś się umęczył, abyś nie miał satysfakcji, abyś pożałował tej decyzji. I dlatego zasypuje stosem komunikatów.
Robię zakupy w sklepie. Odpalam aplikację, dzięki której rachunek będzie nieco mniejszy. Ale zanim przejrzę kupony, muszę wyłączać powiadomienia, komunikaty o nowych promocjach, o rzeczach, których kupić nie chciałem, nie chcę i nie zamierzam - ale i tak muszę zobaczyć informację o obniżce, ofercie 2 za 1. Tego nie da się policzyć - a jeśli się da, to sklepy na pewno nie zechcą się podzielić rezultatem - ale ciekaw jestem, o ile mniejsze byłyby kolejki, gdyby aplikacje nie wyświetlały tak wielu informacji. Jeśli chcę promocji, to sam do nich trafię. Nie chcę, żeby były pierwszą rzeczą, która wyskakuje na ekranie głównym.
Nawet aplikacje kurierskie nie wyglądają inaczej. Po prostu chcę odebrać paczkę, a biorę udział w biegu przez płotki, omijając zupełnie niepotrzebne rzeczy w postaci informacji, komunikatów itp. rzeczy. Albo po prostu czekam, aż ten kombajn się odpali, bo dziś aplikacja do odbierania paczek nie służy wyłącznie do tego.
Zrzędzę, powiedzą niektórzy, i być może nawet będą mieć rację
Bo przecież wcale nie muszę się męczyć. Mogę zrezygnować z promocji. Z zakupów przez internet. Z podróży. Wtedy nie będę przechodził przez upokarzającą procedurę mierzenia bagażu, nie będę obawiał się, że coś wystaje o centymetr bądź milimetr. Nie stracę czasu i nerwów na klikanie, że nie chcę tego i owego przy rezerwowaniu biletu.
Abstrahując od tego, czy jest to opłacalne (bo często nie jest), pozostaje inny problem: czy naprawdę zgadzamy się, że tak to powinno wyglądać? Jasne, to są problemy pierwszego świata, ale naprawdę w 2026 r. nie możemy być w stanie obiektywnie ustalić, czy bagaż mieści się w miarce, czy nie? Czy taka procedura naprawdę nie może rozwiewać wszelkich wątpliwości od razu?
Nie możemy zyskiwać czasu na zakupach, ale za to go tracimy, bo trzeba omijać komunikaty o kolejnych promocjach, które niekoniecznie nas interesują.
Niedawno Albert Żurek pisał, że młodzi ludzie z pokolenia Z są zmęczeni technologią.
Jak wynika z nowego badania ClickMeeting, w grupie osób w wieku 18–29 lat (czyli przedstawicieli pokolenia Z) aż 46 proc. badanych deklaruje, że nadmiar narzędzi i aplikacji związanych ze sztuczną inteligencją powoduje cyfrowe zmęczenie. Wynika to z szybkiego rozwoju rynku. W świecie AI coraz częściej pojawiają się nowe narzędzia oraz funkcje i osobie, która nie interesuje się nowymi technologiami, nie jest łatwo pozostać ze wszystkim na bieżąco. Trzeba się ciągle uczyć nowości. Ponadto 50 proc. badanych twierdzi, że rozwój AI postępuje szybciej, niż są w stanie za nim nadążyć.
Mam wrażenie, że największym kłopotem jest to, że nie osiągamy korzyści. Wszystko jest skomplikowane, niepotrzebnie utrudniane. To męczy.
A powód, dlaczego tak się dzieje, jest prosty. Firmy chcą zarabiać. Firmy nie chcą tracić. Więc to my się poświęcamy: klikamy, czekamy, analizujemy. Prosta rzecz, jaką jest wzięcie bagażu do samolotu, nagle okazuje się przedmiotem długich sporów, konfliktów, a kto wie - być może i spraw sądowych.
Świat dzisiaj naprawdę mógłby być prostszy, ale wielu stronom wcale na tym nie zależy.
Zdjęcie główne: Tupungato / Shutterstock.com
„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.