Chciał zrobić z Polski wysypisko, ale głupio wpadł. Państwo musi wyciągnąć wnioski
Blisko 3000 ton zużytych gaśnic miało trafić do Polski bez wymaganych zgód. Gdyby nie kontrola, odpady mogłyby zostać problemem na lata. Właśnie dlatego transport odpadów musi być śledzony cyfrowo.

Zaczęło się od ciężarówki zatrzymanej na A4. W środku były zużyte gaśnice, które według śledczych wjechały do Polski bez wymaganej zgody. Potem z jednego transportu zrobiła się sprawa obejmująca aż 218 zarzutów i blisko 3000 ton odpadów sprowadzanych do kraju przez kilkanaście miesięcy. To nie jest tylko historia o papierach. To historia o tym, co mogło zostać w Polsce na lata.
Jedna ciężarówka odsłoniła większy mechanizm
Włoch zrobił sobie z Polski prywatne wysypisko. Chodziło o 43-letniego obywatela Włoch, prezesa spółki z Małopolski, który ma stanąć przed sądem za nielegalny transgraniczny przewóz odpadów.
Według prokuratury odpady trafiały do Polski m.in. z Włoch, Norwegii i Chorwacji. Chodziło o zużyte gaśnice. Od stycznia 2024 r. do września 2025 r. do kraju miało wjechać blisko 3000 ton takich odpadów bez przeprowadzenia procedury uprzedniego pisemnego zgłoszenia do Głównego Inspektora Ochrony Środowiska i bez wymaganej zgody.
Najważniejszy moment przyszedł we wrześniu 2025 r., gdy funkcjonariusze Wojewódzkiej Inspekcji Transportu Drogowego zatrzymali na autostradzie A4 ciężarówkę z takim ładunkiem. Inspektorzy ochrony środowiska przeanalizowali dokumentację przewozową, potwierdzili rodzaj odpadów i zaplombowali naczepę. Dopiero potem sprawa zaczęła układać się w większy obraz.
To właśnie ten moment jest kluczowy. Nie zatrzymano hałdy odpadów już porzuconych gdzieś na uboczu, tylko transport w ruchu. Państwo złapało więc proceder za rękę, zanim cały strumień odpadów zdążył ostatecznie rozpłynąć się po magazynach, zakładach i dokumentach.
Gaśnica to nie pusta puszka po napoju
Gaśnica kojarzy się nam z bezpieczeństwem, nie z odpadem. Problem jednak w tym, że zużyty albo uszkodzony sprzęt gaśniczy nie jest zwykłym kawałkiem metalu do wrzucenia na złom.
W zależności od typu gaśnicy w środku mogą znajdować się pozostałości proszków gaśniczych, pian, gazów, elementy pod ciśnieniem, zawory, tworzywa, uszczelki i powłoki wymagające właściwego demontażu. Część materiałów da się odzyskać, ale trzeba to zrobić w kontrolowanych warunkach. Najpierw trzeba sprawdzić stan urządzenia, bezpiecznie je rozładować, rozebrać, oddzielić frakcje i skierować je do odpowiednich procesów.
Jeśli taki strumień wypada poza legalny system, to zaczyna się ryzyko. Nie musi ono oznaczać natychmiastowej katastrofy ekologicznej. Znacznie częściej wygląda bardziej podstępnie: odpady leżą miesiącami, sprzęt koroduje, substancje resztkowe trafiają do gruntu, pojemniki pękają, dokumentacja się rozjeżdża, a odpowiedzialność zaczyna znikać między kolejnymi podmiotami.
Gdyby procederu nie wykryto, to koszt mógł zostać w Polsce
W legalnym modelu odpady przemieszczane przez granice mają mieć jasną trasę, odbiorcę, dokumenty i zgodę właściwych organów. Państwo powinno wiedzieć, co wjeżdża, dokąd jedzie, kto to odbierze i co się z tym stanie. Jeśli te elementy wypadają z układanki, robi się niebezpiecznie nie tylko dla środowiska, lecz także dla finansów publicznych.
Bo jeśli firma znika, bankrutuje albo okazuje się niewypłacalna, koszt zagospodarowania odpadów często spada na kogoś innego. Na gminę, administrację, właściciela terenu albo państwo. Społeczeństwo płaci za to, że ktoś wcześniej zarobił na tańszym przewozie albo uniknięciu legalnej procedury.
Przy blisko 3000 tonach zużytych gaśnic skala ma znaczenie. I to ogromne. To nie jest kilka sztuk. To masa, która wymaga logistyki, miejsca, zabezpieczenia i przetworzenia. Jeśli taki strumień trafia do systemu bez pełnej kontroli, problem może długo nie wyglądać spektakularnie. Dopiero po czasie okazuje się, że w kraju został odpad, którego nikt nie chce legalnie rozliczyć.
Nowe przepisy mają utrudnić znikanie odpadów w papierach
Od 21 maja 2026 r. zaczęły obowiązywać nowe unijne przepisy dotyczące transgranicznego przemieszczania odpadów. Chodzi o rozporządzenie UE 2024/1157, które zastępuje wcześniejsze regulacje i wprowadza cyfryzację procedur. Jednym z najważniejszych elementów tej zmiany jest DIWASS, czyli Digital Waste Shipment System.
DIWASS to centralny system prowadzony przez Komisję Europejską, który ma umożliwiać elektroniczne przekazywanie i wymianę informacji oraz dokumentów w ramach procedur transgranicznego przemieszczania odpadów. Na pierwszy rzut oka brzmi to jak kolejny nudny system administracyjny. Może być on jednak jednym z narzędzi ograniczających dokładnie takie sytuacje, jak ta z gaśnicami.
W obrocie odpadami papier jest idealnym miejscem do chaosu. Dokumenty mogą być niepełne, spóźnione, rozproszone, trudne do sprawdzenia podczas kontroli albo przekazywane między wieloma podmiotami. Elektroniczny system nie rozwiąże całego problemu, ale może skrócić drogę od pytania do odpowiedzi: kto organizuje transport, co przewozi, na jakiej podstawie, do kogo i czy ma na to zgodę.
DIWASS nie jest tylko dla firm
Najważniejsze jest to, że DIWASS ma służyć nie tylko przedsiębiorcom. Według Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska z systemu korzystać będą także organy właściwe w zakresie transgranicznego przemieszczania odpadów oraz służby kontrolne: wojewódzkie inspektoraty ochrony środowiska, Inspekcja Transportu Drogowego, Straż Graniczna, Krajowa Administracja Skarbowa i Policja.
Jeśli służby mają szybki dostęp do danych o zgłoszeniach, decyzjach i dokumentach transportowych, kontrola na drodze może być czymś więcej niż sprawdzaniem papierów przewoźnika. Może stać się realnym testem, czy transport istnieje w systemie i czy to, co widnieje w dokumentach, pasuje do tego, co jedzie w naczepie.
Oczywiście są też przepisy przejściowe. GIOŚ poinformował, że w przypadku dokumentów z załącznika VII w okresie od 21 maja do 31 grudnia 2026 r. dopuszczalne będzie jeszcze korzystanie z formy papierowej poza DIWASS, przy spełnieniu określonych warunków. Obowiązek wykorzystywania DIWASS w procedurze notyfikacji wszedł jednak w życie bez zmian od 21 maja 2026 r.
Cyfryzacja nie zastąpi ludzi przy drodze
Sprawa zużytych gaśnic pokazuje też drugą stronę problemu. Nawet najlepszy system nie zastąpi funkcjonariusza, inspektora i kontroli w terenie. DIWASS może ułatwić weryfikację, ale ktoś nadal musi zatrzymać ciężarówkę, zajrzeć w dokumenty, ocenić ładunek, zaplombować naczepę i uruchomić dalsze czynności.
W tej historii tak ważna jest współpraca służb. Transport zatrzymała Inspekcja Transportu Drogowego, odpady sprawdzali inspektorzy ochrony środowiska, dalsze śledztwo prowadzili policjanci z Mysłowic pod nadzorem prokuratury. Nielegalny obrót odpadami rzadko mieści się w jednej szufladce. To gospodarka, logistyka, środowisko, prawo karne, granice i dokumenty naraz.
Jeśli nowe przepisy mają zadziałać, to nie wystarczy uruchomić systemu. Trzeba jeszcze sprawić, żeby służby rzeczywiście z niego korzystały, miały czas na kontrole i potrafiły szybko łączyć informacje. Cyfrowy ślad ma sens tylko wtedy, gdy ktoś umie go odczytać.
Polska nie może być tanim końcem trasy
Odpady wcale nie muszą wyglądać groźnie, żeby stanowiły problem. Często nie ma żadnych czarnych beczek w lesie, toksycznych chmur ani płonących składowisk. Zamiast tego jest zwyczajnie wyglądający transport, normalna ciężarówka, firma, dokumenty i ładunek, który nie powinien trafić do kraju bez dokładnej kontroli.
Przeczytaj także:
Właśnie dlatego państwo musi być bezwzględnie nudne, dokładne i nieufne. Przy odpadach nie opłaca się wierzyć na słowo. Każdy transport powinien mieć cyfrowy ślad, każda zgoda powinna dać się szybko sprawdzić, a każda próba obejścia systemu powinna być droższa niż legalna utylizacja. Inaczej Polska nadal będzie idealnym miejscem dla ludzi, którzy chcą zarobić na cudzym problemie i zostawić nam rachunek. DIWASS nie rozwiąże wszystkiego, ale jest krokiem w dobrą stronę: mniej zaufania do papieru, więcej danych dla służb, mniej miejsca na opowieści, że to przecież tylko gaśnice.
*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.