NASA zdradza, co po Artemis II. Nad Ziemią będzie scena jak z Interstellar
Załoga misji Artemis II wróciła bezpiecznie na Ziemię, kończąc pierwszy od ponad pół wieku załogowy lot wokół Księżyca. Oczy całego świata, a przede wszystkim samej agencji NASA, kierują się już jednak w stronę kolejnego etapu. Zamiast natychmiastowego lądowania na Srebrnym Globie, czeka nas fascynujący i bezpardonowy wyścig technologicznych gigantów. Stawką jest historyczny powrót człowieka na powierzchnię naszego naturalnego satelity i otwarcie drogi na Marsa.

Piątkowe wodowanie kapsuły Orion z czwórką astronautów - Reidem Wisemanem, Victorem Gloverem, Christiną Koch i Jeremym Hansenem wywołało euforię nie tylko w kontroli lotów w Houston.
NASA nie zamierza jednak osiadać na laurach, bo tuż za rogiem czai się już misja Artemis III, zaplanowana wstępnie na połowę 2027 r. Wbrew pierwotnym założeniom, nie będzie to jeszcze lot z lądowaniem na księżycowym pyle. Zamiast tego NASA zafunduje nam spektakl na orbicie okołoziemskiej, czerpiący pełnymi garściami z legendarnego programu Apollo.
Celem Artemis III jest rygorystyczne przetestowanie niezwykle delikatnych procedur dokowania i spotkań na orbicie między kapsułą załogową a nowymi lądownikami. To manewr wymagający chirurgicznej precyzji, przypominający misję Apollo 9 z 1969 r., która w przestrzeni okołoziemskiej torowała drogę do sukcesu Neila Armstronga kilka miesięcy później.
Przyszli astronauci, których nazwiska NASA ma ogłosić już wkrótce, będą musieli dowieść, że potrafią bezbłędnie połączyć swój statek z potężnymi maszynami transportowymi. Mechanizm dokujący do tych kluczowych testów jest już zresztą na Florydzie, w Centrum Kosmicznym Kennedy'ego.
Starship kontra Blue Moon
Sukces całego programu Artemis nie zależy dziś wyłącznie od inżynierów rządowej agencji, ale w ogromnej mierze od dokonań firm Elona Muska i Jeffa Bezosa.
To właśnie SpaceX i Blue Origin biorą udział w wyścigu o to, czyj sprzęt jako pierwszy z powodzeniem zrealizuje postawione przed nim zadania. Sytuacja jest jednak napięta, a statystyki pokazują brutalną prawdę. Przed obiema firmami wciąż długa i wyboista droga, zanim ich technologie będą gotowe na utrzymanie ludzi przy życiu, nie mówiąc już o bezpiecznym transporcie na Księżyc.

Monstrualna rakieta Starship od SpaceX, wytypowana do tej roli, ma za sobą jedenaście lotów testowych, z których zaledwie dwa uznano za w pełni udane, a żaden nie osiągnął jeszcze pełnej orbity. Jakby tego było mało statek Muska nigdy nie był tankowany w przestrzeni kosmicznej, a jest to absolutny wymóg misji księżycowej. Lądownik SpaceX o nazwie Starship HLS (Human Landing System) wciąż oglądamy jedynie na wizualizacjach.
Z kolei konkurencja od Jeffa Bezosa wydaje się być jeszcze całkiem w przysłowiowym polu. Lądownik Blue Moon od Blue Origin nie był jeszcze w kosmosie, choć jego pomniejszona wersja ma podjąć próbę lądowania na Srebrnym Globie pod koniec tego roku.

To, który z lądowników ostatecznie weźmie udział we właściwym lądowaniu na Księżycu, zostanie rozstrzygnięte na podstawie ich wyników podczas zbliżającej się misji Artemis III.
Baza na biegunie i kierunek Mars
Jeśli testy na orbicie okołoziemskiej zakończą się pomyślnie, docelowe lądowanie na Księżycu nastąpi w 2028 r. w ramach misji Artemis IV (w tym samym roku ma odbyć się misja Artemis V). Dwoje astronautów obierze za cel rejon bieguna południowego.
Wybór tej lokacji to strategiczna decyzja. W wiecznie zacienionych kraterach tego obszaru niemal na pewno kryją się ogromne pokłady lodu, który może posłużyć nie tylko jako życiodajna woda, ale przede wszystkim jako surowiec do produkcji paliwa rakietowego dla kolejnych misji.
Więcej na Spider's Web:
Biegun południowy to również preferowana lokalizacja dla planowanej przez NASA bazy księżycowej, której koszt powstania szacuje się na kwotę od 20 do 30 mld dolarów.
NASA zaznacza, że to dopiero początek. Agencja zamierza z dużą częstotliwością (co pół roku) wysyłać kolejne misje, aby rozpocząć budowę trwałej placówki. To z kolei ma stanowić kluczowy przyczółek i poligon doświadczalny przed największym technologicznym wyzwaniem naszych czasów, załogową misją na Marsa, która mogłaby się odbyć już w połowie lat trzydziestych obecnego stulecia.



















